Anna Krauss: W rozmowie z Tobą na onet.pl można wyczytać, że „opowiadasz o ludzkich losach; a kobiece bohaterki są najbliższym Ci sposobem opowiadania o człowieku” – co w ludzkim losie najbardziej Cię interesuje?
Ewa Cielesz: Cóż, całego człowieka nie widać od razu. I właśnie to, co niewidoczne dla oka najbardziej mnie pasjonuje. Mam na myśli sposób myślenia, rozumowania, emocje, uczucia. To, co nosimy w sobie, o czym milczymy, dlaczego podejmujemy decyzje, które komuś z zewnątrz mogą wydawać się niezrozumiałe. Bywa, że pragniemy bliskości, a odpychamy. Powinniśmy odejść, lecz zostajemy. Brak nam odwagi, jednak brniemy w coś do końca. Chcę zrozumieć, co się za tym kryje, szukam odpowiedzi. A ona nie nadchodzi natychmiast. To długi proces poznawania człowieka. I bywa, że to poznawanie prowadzi donikąd. Bo ktoś jest skryty, bo życie podważa nasze wyobrażenie o kimś. Można rozważać czyjeś decyzje przyglądając się z boku, ale to konkretne sytuacje lub relacje weryfikują słuszność jego działań. Na tej podstawie buduję swoje bohaterki. One nie mogą być proste, jednoznaczne. W procesie tworzenia zaskakują nawet mnie. Potrzeba ich zrozumienia prowadzi mnie przez powieść. I okazuje się, że nie są idealne, często rozczarowują, ale dzięki temu są wiarygodne.
„Starasz się rozumieć decyzje kobiet, nawet jeśli nie zawsze się z nimi zgadzasz; szukasz odpowiedzi na pytanie, co naprawdę nimi kieruje.” Dlaczego nie zgadzasz się z kobietami? Co najczęściej kobietami kieruje?
Te pytania dotyczą właśnie decyzji moich bohaterek. Próba rozumienia, dlaczego któraś z nich postępuje w określony sposób nie oznacza na to zgody. Chcę jednak poznać jej racje, również wtedy, gdy są dalekie od moich.
Przekonałam się, jak trudno jednoznacznie wskazać, co kieruje kobietami. Każda ma własne doświadczenia, pragnienia i obawy. Poczucie obowiązku, empatia, determinacja czy lęk – każda z tych emocji wiedzie ku innym rozwiązaniom. Czasem wszystkie te powody mieszczą się w jednej osobie i ona sama w nich się gubi. Cóż dopiero autorka, która musi to wszystko ogarnąć! Ta niejednoznaczność jest intrygująca.
Nie czujesz się uprawniona, by mówić głosem mężczyzn. Kim są mężczyźni w Twoich książkach?
To prawda, z ostrożnością wchodzę w męską perspektywę, ponieważ znacznie lepiej znam psychikę kobiet. Ale nie unikam męskich bohaterów. Są obecni, głównie jako postaci drugoplanowe. Tworząc ich wizerunki korzystam z obserwacji, rozmów, z domysłów.
Mężczyźni muszą mówić swoim głosem, ich świat jest twardszy, bardziej logiczny niż intuicyjny, silniejszy. Mają swoje pasje, zajęcia, racje, uczucia, ale i wojny…
Staram się rozumieć mężczyzn jako osobnych ludzi, z ich widzeniem świata. Czytelnik często poznaje ich poprzez relację z bohaterką, lecz ta relacja nie wyczerpuje wszystkiego, co można o nim powiedzieć. A ja lubię te niedopowiedzenia.
„Twoje bohaterki ostatecznie znajdują moc, by sobie poradzić z przeciwnościami losu; ich przemiana dokonuje się powoli — poprzez relacje, straty, wybory i konfrontacje”… Czy refleksja, która Ci towarzyszy przy pisaniu, wzbogaca Cię w życiu?
Tak, choć podczas pisania często przybywa mi pytań. Przyglądam się bohaterce, analizuję jej przeszłość, uwikłania, relacje i zaczynam rozumieć wahanie, a potem wybory. Akceptuję, choć rozmyślam o tym także poza książką. Przymierzam do własnego życia. Bywa, że niewiele wiemy o człowieku, którego oceniamy. I niewiele wiedzą ludzie, którzy oceniają nas. Nauczyłam się ostrożności. Pisanie pozwala mi również dostrzec własne sprzeczności. Zdarza się, że bohaterka robi coś, czego jej nie życzę, a ja nie próbuję jej przed tym powstrzymać. Z premedytacją pakuję ją w kłopoty, z których jako autorka będę musiała ją wyciągnąć. W prawdziwym życiu też ryzykujemy. Pisanie więc uwrażliwia mnie na dostrzeganie błędów i szacowanie wysiłku, jaki trzeba włożyć, by je naprawić.
Jesteś absolwentką nie tylko Wydziału Nauk Historycznych i Pedagogicznych, ale także krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej (Filia Wrocław), Wydziału Reżyserii. Wow! 🙂 Jak studia przydają Ci się w pisaniu, w budowaniu historii?
Przydaje mi się sceniczny sposób myślenia. Podobnie jak podczas pisania scenariuszy, widzę swoich bohaterów na scenie, czyli mam ich jak na dłoni. Przewiduję gesty, mimikę, emocje. Ale dialogi piszą się spontanicznie i dopiero wtedy dowiaduję się, czego każda z postaci chce od drugiej, co próbuje przekazać, co ukryć, dlaczego w pewnym momencie milknie. Niesamowite, i może dla kogoś niezrozumiałe jest to, że podczas pisania sama jestem ciekawa, jak przebiegnie dyskusja. Kiedy bohaterowie rozmawiają, błyskawicznie przebieram palcami po klawiaturze, by nie zgubić ich myśli. Podobnie jak fikcyjnych rozmówców zaskakuje mnie urwane słowo, ostre spojrzenie, zajęcie rąk czymś pozornie błahym, żeby uniknąć odpowiedzi. To oglądanie postaci na wyobrażonej scenie pomaga mi budować napięcie i sprawdzać, czy postać jest wiarygodna.
Reżyseria nauczyła mnie też patrzeć na scenę jako na część całości. Każdy fragment musi coś wnosić do historii. Czasem trzeba zrezygnować z urywka, który się bardzo polubiło, ale odstaje od całości.
Podczas pisania powieści historycznych muszę powściągnąć wodze fantazji i uważać na dziewiętnastowieczne obyczaje. Tu przydaje się wiedza historyczna i pedagogiczna dyscyplina.
Czy myślisz, że Twoja wyobraźnia inaczej pracuje dzięki zdobytej w czasie studiów wiedzy?
Myślę, że tak, choć trudno oddzielić wpływ studiów od późniejszej pracy w teatrze, lektur i własnych doświadczeń. Wyobraźnia korzysta z tego wszystkiego, często bez mojego świadomego udziału. Kiedy rodzi się pomysł, widzę konkretną scenę, słyszę dialogi, wyczuwam rytm rozmowy. Sądzę, że nie tylko studia, ale późniejsze doświadczenia w teatrze miały na to wpływ.
Jesteś nauczycielem i instruktorem teatralnym – czego uczysz?
Od dawna nie pracuję jako nauczycielka, jestem instruktorką teatralną. Warsztaty, które prowadzę uczą świadomego posługiwania się głosem i ciałem, zapamiętywania, rozumienia tekstu, pracy nad rolą. Dużo uwagi poświęcam słuchaniu, nie jedynie skupieniu na własnej roli. Wszystkie kwestie muszą się uzupełniać, wtedy scena zaczyna żyć. W pracy teatralnej jest też miejsce na próbowanie, pomyłki i szukanie własnego sposobu wyrażania emocji. Nie każdy musi zostać aktorem. Samo doświadczenie, że można zabrać głos, zostać wysłuchanym i wspólnie coś stworzyć, ma dużą wartość.
Odwracając pytanie, czy pisanie przydaje Ci się w pracy?
Tak, szczególnie w tworzeniu postaci i dialogu. Wszystko, co powstało przy biurku mogę zweryfikować na scenie, umieścić w konkretnych miejscach, w usta aktorów włożyć słowa, ocenić gesty i mimikę. Podczas prób możemy wspólnie zastanowić się, jak postać powinna wypowiadać daną kwestię, co chce dzięki niej osiągnąć i czy mówi tak, jak naprawdę czuje. Tylko wtedy jest wiarygodna, gdy sama wierzy w wypowiadane słowa.
Pisanie i reżyseria uzupełniają się. Wypowiedzenie na głos zapisanych zdań wzmacnia wrażliwość na rytm i brzmienie języka. Ujawnia, gdzie potrzebna jest pauza, które słowo należy zaakcentować, a które usunąć. Doświadczenie pisarskie pomaga mi pracować nad sceną, a teatr uczy mnie słuchać własnej prozy.
Piszesz wiersze, także dla dzieci („Gdy ujrzysz gwiazdę”, zbiorek poezji) – który odbiorca jest łatwiejszy, ten dorosły, czy dziecko?
To różni odbiorcy, ale nie oceniałabym w kategorii: łatwiejszy, trudniejszy. Dziecko szybko daje znać, kiedy tekst go nuży, po prostu przestaje słuchać. Jeśli dotrze się do jego bogatej wyobraźni, nie trzeba mu niczego objaśniać. Wystarczy dobrać odpowiedni zasób słów, mieć wyczucie rytmu, humoru i nie traktować go z góry. Bardzo lubię ich spontaniczne przeżywanie. Poezja jest wrażliwa. Natychmiast słychać w niej fałszywą nutę, zbędne słowo czy emocję, jeśli autor próbuje ją wymusić. Dziecięcy odbiorca nie zwalnia ze staranności pisania.
Dorosły odbiera wiersz inaczej. Wnosi do lektury więcej doświadczeń, własne skojarzenia, wspomnienia. Ten sam wers może dla każdego znaczyć coś innego. W tym przypadku lubię przestrzeń, w której czytelnik odnajduje coś swojego.
Jaką miałabyś radę dla młodych pisarzy, którzy dopiero zaczynają pisać czy wydawać swoje książki?
Trzeba dużo czytać i dostrzegać, dlaczego jakiś tekst porusza, a przy innym traci się zainteresowanie. Warto przyglądać się zdaniom, dialogom, sposobowi budowania postaci. I podejmować próby pisania, bo własnego głosu szuka się w pracy. Radziłabym też po ukończeniu dzieła nie spieszyć się z wydaniem pierwszej wersji. Tekst należy odłożyć, wrócić do niego po pewnym czasie, dać do przeczytania komuś, kto potrafi go obiektywnie ocenić. Nauczyć się poprawiać i skreślać, nawet jeśli żal ulubionego fragmentu. Przyjmować uwagi, ale nie ślepo. Proponowana zmiana może nie służyć tej konkretnej książce, więc nie każdą sugestię trzeba zaakceptować. A przed publikacją uważnie czytać umowy, pytać o niezrozumiałe zapisy. Warto dać sobie czas, żeby świadomie zdecydować, komu powierza się swoją pracę.
Dziękuję za rozmowę.
Więcej o kulturze i sztuce znajdziecie tutaj.








