Braterska "przysługa". Zabił, by brat nie poszedł siedzieć

Braterska "przysługa". Zabił, by brat nie poszedł siedzieć

Dzieci uwielbiają straszne historie. Opowiadane po zmroku kolonijne bajki o duchach, zombie i wampirach oraz nocnych wyprawach na cmentarz wywołują dreszcze przerażenia, potem jednak można otulić się kołdrą i zasnąć z westchnieniem ulgi, że to tylko wymysły. Latem 1997 r. dzieci z rosyjskiego miasta Ufa szeptały tylko o jednym: o dwugłowym potworze, który napada na dzieci i wykłuwa im oczy. Najgorsze jednak było to, że potwór istniał naprawdę. I miał brata…

2 czerwca 1997 r.

Albina Katalewicz właśnie szykowała kolację, gdy usłyszała wołanie sąsiadki: "Pani doktor, przy windzie zasłabł chłopczyk!".

Albina była pediatrą i często leczyła dzieci mieszkające w tym samym wieżowcu, dlatego odruchowo ruszyła na pomoc, tym razem jednak poczuła w sercu ukłucie strachu. Gdy podbiegła do nieprzytomnego malca i rozpoznała go, z trudem opanowała krzyk – to był jej synek, pięcioletni Wadim, który dosłownie pięć minut wcześniej wyszedł z mieszkania szczęśliwy, że mama pozwoliła mu pobawić się na podwórku. Teraz leżał niemal bez życia, a z jego zamkniętych oczu płynęła krew. Przerażona Albina zawołała męża, ten pobiegł zadzwonić po karetkę, która przyjechała dopiero po kilkudziesięciu minutach. Przez cały ten czas matka tuliła chłopca, co kilka chwil usiłując go ocucić. Dopiero po tym, jak pięciolatek trafił na stół operacyjny, okazało się, że na szyi ma ślady sznura, na ciele wybroczyny jak po ciężkim pobiciu, a w jego oczy sprawca kilkukrotnie wbił długą igłę. Chłopiec, mimo długotrwałej operacji, stracił wzrok. Sprawcy wystarczyło zaledwie kilka minut, by zmaltretować malca niemal na śmierć. Na dodatek lekarze znaleźli dowody na to, że doszło do usiłowania gwałtu.

Po wielu długich godzinach Wadim odzyskał przytomność, okazało się jednak, że nie pamięta momentu napadu. Pięciolatek opisał jedynie, że stał przy windzie z panem o jasnych włosach i wąsach. Dodał, że pan był "w takim wieku, jak tata, nie jak dziadek". Po kilku dniach chłopiec zaczął odzyskiwać pamięć – powiedział, że "pan był niezbyt wysoki, o wiele niższy od taty" i zarzucił dziecku na szyję linę, którą od razu zaczął go dusić.

Okrucieństwo, z jakim dokonano napaści na małego chłopca, wstrząsnęło mieszkańcami Ufy. Miasto dopiero dochodziło do siebie po sprawie pedofila, który przez wiele lat gwałcił dzieci (jego ofiarami padło co najmniej ośmioro, ostatnia ofiara nie przeżyła) i wpadł przez przypadek, gdy jednej z dziewczynek udało się uciec i zaalarmować dorosłych. Okazało się, że to szanowany urzędnik, spokojny, żonaty mężczyzna.

13 czerwca 1997 r.

Milicjanci z Ufy i okolicznych miast zaczęli badać wszystkie doniesienia od mieszkańców. Był początek wakacji, zaczęły się naprawdę ciepłe dni, ale na podwórzach nie było słychać śmiechu dzieci – rodzice starali się wysłać je do rodziny na wieś lub na kolonie, a te, które pozostały w mieście, często bały się wychodzić z mieszkania, by pobawić się z rówieśnikami. I choć całe miasto trwało w ogromnym napięciu, oczekując złapania okrutnego gwałciciela, 13 czerwca, zaledwie po 11 dniach od ataku na Wadima, doszło do kolejnego przestępstwa. Tym razem ofiarą napastnika była 10-letnia Albina. Ok. godz. 14 wyszła do koleżanki. Gdy weszła do windy, w ostatniej chwili wskoczył za nią mężczyzna z jasnymi włosami. Gdy przejechali już kilka pięter, nagle zatrzymał windę i złapał dziewczynkę za gardło, podduszając ją przez kilkanaście sekund. Później uderzył jej głową o ścianę. Albina zaczęła tracić przytomność, a mężczyzna dokonał próby gwałtu. Wystraszyła go jednak sąsiadka dziewczynki, która zaczęła dobijać się do drzwi i wołać montera. Mężczyzna błyskawicznie uciekł. Nieprzytomną Albinę szybko przewieziono do szpitala. Tam okazało się, że ona również ma przekłute igłą oczy.

Gdy po operacji dziewczynka dochodziła do siebie – na szczęście okazało się, że częściowo udało się przywrócić jej wzrok – zaczęła przypominać sobie wygląd i zachowanie napastnika. Na podstawie jej zeznań oraz słów innych świadków milicjantom udało się stworzyć portret pamięciowy sprawcy. Miał ok. 32-37 lat, był niskiego wzrostu, a jego cechą charakterystyczną były jasne, żółte od tytoniu wąsy. Plakaty z jego podobizną zostały rozklejone w całym mieście.

- Wydaje mi się, że znam tego człowieka. Kilka lat temu, po rozwodzie, mieszkał w akademiku, który znajduje się w pobliżu domu pierwszej ofiary. Nazywa się Michaił Kożeparow – powiedział jeden z milicjantów. – Tylko że ten mężczyzna nie mieszka już w Ufie. Jest nauczycielem, ale właśnie stracił pracę w szkole – dodał.

Milicjanci natychmiast zatrzymali Kożeparowa. Ten dwukrotnie rozwiedziony 37-latek mieszkał z matką i dwoma braćmi w domu pod miastem Asza, ok. 200 km od Ufy. Jako jedyny z rodziny miał wyższe wykształcenie, był nauczycielem, wcześniej nie był karany nawet mandatem. Choć miał alibi na czas popełnienia drugiego przestępstwa, okazało się, że materiał biologiczny znaleziony na miejscu zdarzenia pasuje do próbek pobranych od podejrzanego. Mężczyzna od razu trafił do aresztu. Nikt z jego znajomych nie mógł uwierzyć, że to Kożeparow jest gwałcicielem. Wszyscy jak jeden mąż twierdzili, że Misza zawsze był "rozsądny, spokojny, mało pił", a jeśli już się napił, szybko zasypiał. – Chyba musiał mu peron odjechać, jeśli to faktycznie on – zaznaczał jeden z kolegów.

5 sierpnia 1997 r.

Biegli, którzy badali stan psychiczny podejrzanego, wykluczyli niepoczytalność. Stwierdzili, że jest wycofany, wyobcowany, usiłuje wtopić się w tłum i nie wyróżniać. Podczas badania podkreślał, że kocha dzieci i dlatego został nauczycielem. Dopiero podczas wizji lokalnej na miejscu pierwszego przestępstwa Kożeparow rozpłakał się i przyznał do ataku na pięciolatka. Ze szczegółami opowiedział, co zaszło. Igły używał, by ofiary nie mogły go rozpoznać – słyszał o niedawno zakończonej sprawie seryjnego mordercy Andrieja Czikatiło, który był przekonany, że na siatkówce zmarłej osoby zarejestrowany jest ostatni obraz widziany przed śmiercią i dlatego wykłuwał swoim ofiarom oczy.

Wraz z zatrzymaniem Michaiła Kożeparowa miasto odetchnęło. Maluchy wróciły na place zabaw, matki nie wyglądały co chwilę przez okno w obawie o bezpieczeństwo swoich dzieci, które poszły do sklepu po bułki. Ale 5 sierpnia 1997 r. na klatce schodowej wieżowca, mieszczącego się w sąsiedztwie bloku, w którym doszło do drugiego ataku, znaleziono ciało 13-letniej Katii D. Sprawca zgwałcił ją i udusił, a oczy wykłuł igłą, zadając jej ponad 30 ciosów. Milicjanci wpadli w panikę – czyżby zatrzymali niewinnego człowieka? Były jednak znaczące różnice w modus operandi (stylu działania) sprawcy trzeciego czynu. Oczy dziecka zostały przekłute po śmierci, przez zamknięte powieki, podczas gdy Michaił Kożeparow przekłuwał oczy ofiar, gdy te patrzyły na niego. Michaił Kożeparow nie odwołał swoich zeznań, jednak wiele osób było przekonanych, że to nie on był sprawcą dwóch pierwszych ataków, a prawdziwy napastnik, który już przekroczył ostatnią granicę i zaczął zabijać, jest na wolności.

Śledczy uznali, że należy przesłuchać wszystkie osoby, które miały dostęp do akt sprawy, przede wszystkim zaś wszystkich bliskich Michaiła Kożeparowa. Milicjanci przypomnieli sobie, że młodszy brat Michaiła, Władimir, był bardzo wzburzony aresztowaniem brata i wykłócał się z milicjantami, by nie zamykali niewinnego człowieka. Już 7 sierpnia, dwa dni po znalezieniu ciała uduszonej nastolatki, Władimir został zatrzymany. Pod paznokciami ofiary znaleziono fragmenty jego naskórka, krwi, a także włókna koszulki, która należała do młodszego z braci Kożeparowów.

Po kilku godzinach przesłuchania Władimir Kożeparow przyznał się do zamordowania dziewczynki. Twierdził, że nie chciał jej zabić, chciał ją tylko poddusić, by sposób działania przypominał dwie poprzednie sprawy. Był jednak silniejszy od brata i nie wziął pod uwagę delikatnej budowy ciała dziecka. Władimir przyznał się do tego, że chciał uratować brata przed karą i stworzyć wrażenie, że prawdziwy przestępca jest na wolności.

Proces trwał krótko. Okrutne szczegóły sprawy szokują po dziś dzień. Władimir Kożeparow został skazany na karę 25 lat pozbawienia wolności w kolonii karnej i po dziś dzień siedzi w więzieniu. Michaił również usłyszał wyrok 25 lat pozbawienia wolności, jednak podczas apelacji sąd obniżył wyrok do 16 lat więzienia. Michaił wyszedł na wolność w kwietniu 2014 r. Zamieszkał w domu rodzinnym, z którego w czerwcu 1997 r. wyprowadzili go milicjanci.