Chwile uniesień, których ceną była rodzina...

Chwile uniesień, których ceną była rodzina...
Zdrada, pixabay

To był zwykły dzień. Jak każdego ranka wstała, umyła się, przygotowała śniadanie dla całej rodziny i wyszła do pracy. Nic, absolutnie nic, nie zwiastowało tego, co się miało zaraz wydarzyć. Matko, gdyby ona wiedziała, co ją spotka, to czy brnęłaby w to?

Zjechałam windą do podziemnego garażu, w którym stał mój zaparkowany samochód. Chłód tego dna był wyjątkowo przejmujący, choć na zewnątrz miało być ciepło. Może to był jakiś znak? Ja jednak nie umiałam czytać znaków. Jak każdego dnia ruszyłam do pracy. To miał być dzień jak każdy inny. Zwykły. Ot, dom, praca, zakupy, dom.

Ten jednak dzień miał okazać się inny.

Zatem wyjechałam z garażu i żwawo ruszyłam w kierunku pracy. Na kolejnych światłach, równolegle do mnie, stanęło jakieś auto. Kątem oka zauważyłam, że kierowca macha do mnie. Otworzyłam szybę, myśląc, że może coś wystaje z mojego auta, albo że gość chce zapytać o drogę.

W jakimże ja byłam błędzie. Facet bezczelnie oświadczył, że jestem najpiękniejszą kobietą jaką widział. Uśmiechnęłam się zdawkowo zamykając szybę i myśląc jednocześnie, że bujać to my, ale nie nas i pomknęłam do biura.

Gdy wparowałam do biura z rozwianym włosem zobaczyłam jakiś niecodzienny ruch – ludzi biegających w tę i z powrotem, by w końcu udać się do sali konferencyjnej, w której miało odbyć się nieplanowane spotkanie.

Rzuciłam torebkę i płaszcz w gabinecie i udałam się tam, gdzie wszyscy.

Weszłam i nogi się pode mną ugięły. Na środku sali stał on, facet z auta. Tysiące myśli przebiegło mi przez głowę – kim jest? Co tu robi? A może to policjant, który mnie śledził? Czego od nas chce?

Nerwowo ściskałam dłonie wilgotne od potu, gdy usłyszałam, jak się przedstawia – że nasz dotychczasowy szef z przyczyn osobistych musiał nagle odejść i że to właśnie on przejmie stery w mojej firmie.

Nie wiedziałam, czy się cieszyć, czy bać. Jego wzrok był taki przejmujący, taki świdrujący, a czułam coś czego nie powinnam była czuć – przecież jestem żoną i matką trójki dzieci, już nie wspominając o tym, że jestem panią dyrektor w wielkim korpo. Pomyślałam, że to tylko moje imaginacje i przelotne uniesienie.

„Nowy” jednak chciał poznać wszystkich, oczywiście zaczynając od nas, na najwyższych stanowiskach, co nie było trudne do przewidzenia. Szłam do jego gabinetu pewna siebie, gotowa na merytoryczną rozmowę. Weszłam bojowo nastawiona i… cała pewność i bojowość zostały za drzwiami, gdy spojrzał na mnie tym samym szelmowskim spojrzeniem co na światłach…

Nie mogłam pojąć skąd u mnie brało się to nerwowe chichotanie, potrząsanie włosami? Halo! Wołałam sama do siebie: „ogarnij się, jesteś matką i żoną, bądź rozsądna”.

Jednak nie byłam. Wraz z wiosną i budzeniem się przyrody do życia, we mnie obudziły się zapomniane emocje, a właściwie niektóre nieznane dotąd. I choć wiedziałam, że to nie ma sensu i przyszłości, brnęłam w to dalej jak nastolatka. Trochę zaciekawiona tego co będzie dalej, ale i trochę żądna nowej przygody.

Ani się nie obejrzałam jak tkwiłam po uszy w dziwnej relacji. Dlaczego dziwnej? No był moim szefem, bo ja miałam męża i byłam matką trójki dzieci a on do tego był młodszy ode mnie. On miał łatwiej o tyle, że był po rozwodzie i bez dzieci. Targały mną sprzeczne emocje – broniłam się rękami i nogami przed tym, a jednocześnie niczego bardziej nie pragnęłam.

Dzieciom kazałam robić sobie samym śniadanie, bo nowy szef, bo większe wymagania, bo muszę się wykazać, a tak naprawdę biegłam do pracy jak na skrzydłach nie mogąc doczekać się spotkania z nim. Nagle też pojawiły się wyjazdy służbowe. Oczywiście nie naprawdę, tylko na niby, dla mojego męża.

Właściwie wiedziałam, że to jest zbyt piękne, by trwało wiecznie.

To był ten kolejny „wyjazd służbowy”. Zaszyliśmy się w jednym z hoteli w naszym mieście. Jaka cudowna perspektywa – cały weekend z nim – od rana do nocy i od nocy do rana. Zadekowaliśmy się w piątek wieczorem, ale nie mieliśmy potrzeby opuszczania pokoju – szampan i proste przekąski były wystarczające, przecież mieliśmy siebie. Z naszego azylu wyszliśmy następnego dnia na śniadanie, potem długi spacer, wtuleni w siebie, niewidzący otaczającego nas świata. Wracając ze spaceru, tuż w drzwiach hotelu, usłyszałam znajomy głos wołający mnie. Ale zaraz, przecież on jest obok mnie, więc kto mnie może wołać?

Nerwowo zaczęłam się rozglądać, by zobaczyć mojego osobistego męża we własne osobie. Cholera! Co ona tam robił? Nie miał być w domu z dziećmi? Stałam jak wryta, nie bardzo wiedząc co powiedzieć. No bo co można powiedzieć własnemu mężowi stojąc w ramionach innego faceta? – cześć kochanie, jak się masz? – cześć kochanie, z kim zostały nasze dzieci?

Pierwsze pytanie zadał mąż – a ty nie miałaś być na wyjeździe służbowym w Gdańsku? Wykorzystałam to odpowiadając pytaniem na pytanie – a ty nie miałeś być z naszymi dziećmi?

Ależ mówiłem ci, że mam dziś jednodniową konferencję, podczas której mam wykład, a dziećmi w tym czasie zajmie się moja mama.

No tak, coś chyba mówił, ale nie bardzo słuchałam tak byłam zaaferowana moim „wyjazdem służbowym”.

***

Nie udało się posklejać mojego małżeństwa. Chyba nie było co sklejać. Mąż odebrał mi dzieci.

A ja? No cóż, przestałam być atrakcyjna dla mojego szefa i jako pracownik, i jako partnerka. Tego jednego dnia straciłam wszystko, dla kilku nieistotnych chwil. Wiem, że stąd, gdzie teraz jestem, łatwo jest mówić – uważajcie, pomyślcie, zastanówcie się, ale naprawdę to zróbcie. Kilka tygodni uniesień kontra wasze życie – dzieci i mąż. Czy naprawdę warto ryzykować?

***

Imię i nazwisko bohaterki znane redakcji Damosfery.