Zbigniew Wodecki
Bardzo brakuje nam tego artysty! Kochaliśmy i Kochamy Go za Jego głos, piosenki, grę na skrzypcach czy trąbce, ale też niezwykłą osobowość i poczucie humoru.
Członek partii Bacha!
Pan Zbyszek był cały muzyką. Od początku był wierny jak mówił w wywiadzie do książki „Wodecki, tak mi wyszło” – Partii JSB. Od niego zawsze zaczynał ćwiczenia, bo Jan Sebastian Bach był najtrudniejszy.
Zacznij od Bacha, nim słońce po dachach
Zeskoczy, jak kot po nocy ćmej.
I zacznij od Bacha, gdy w progu się waha
Ktoś, kto winien wejść, a może nie…
Był z pokolenia, które uczyło się od mistrzów. Ważne było mieć autorytety i umiejętności poparte rzetelną wiedzą. Przez całe lata ćwiczył grę na skrzypcach. W czasach, kiedy dorastał, nikt nie zostawał artystą w ciągu kilku miesięcy.
– Im ktoś więcej wie, tym większą ma szansę, by stać się kimś, by się zbliżyć do guru – mówił.
Ćwiczył po 4 godzinny dziennie, więc trochę wkurzało go, gdy publiczność przede wszystkim domagała się komercyjnych hitów „Pszczółki Mai” czy „Chałup” w czasie koncertów.
Trema od lat ta sama
Bilety na jego koncerty sprzedawały się na pniu. Publiczność go kochała, ale on jak tylko miał przerwę w występowaniu, od razu tracił pewność siebie. Musiał sobie przypominać, że grał tu i tam, przywoływać dobre opinie o sobie. Że niby czego się boi?
– Wchodzę i jest fajnie. Ale mimo tylu lat ten robak strachu cały czas we mnie siedzi. Czy kiedykolwiek go zwalczę? Czasu coraz mniej – mówił.
Uważał siebie za lesera, któremu się udało, bo urodził się w Krakowie i trafił w środowisko wspaniałych, zdolnych ludzi. Podobno w dzieciństwie był chuliganem i gdyby nie srogi ojciec, który zmuszał go do długich godzin ćwiczeń – nic by z niego nie było. Był też wielkim marzycielem. W dzieciństwie wymarzył sobie, że wygra kiedyś festiwal muzyczny i będzie występował w telewizji. I tak też się stało.
Nie nagram już żadnej płyty. Mam dość
Często to powtarzał w wywiadach, ale zaraz dodawał: po prostu preferuję spotkania bezpośrednie z publicznością, koncerty. A płytę to sobie każdy może nagrać. Dodawał też, że tyle pięknej muzyki na świecie nagrano, że ludzie nie są w stanie jej wysłuchać. Kto zna wszystkie kompozycje Beethovena, Quincy Jonesa, po co komu jeszcze muzyka napisana przez gościa mieszkającego w Europie?
– Wychowałem się w kręgu ludzi, których smak muzyczny był zbliżony do kręgów operetkowo-operowych, którzy słuchali także amerykańskich klasyków, czyli rzeczy melodyjnych. Jestem przekonany, że gdybym urodził się w Stanach czy Anglii nagrywałbym jak Rod Steward, płyty z amerykańskimi standardami: mnie się świetnie śpiewa takie piosenki jak „Mona Lisa” czy „When I Fall in Love” – mówił.
Jednak w czasie koncertów słyszał od widzów przede wszystkim: Dawaj pszczołę! Podobno krzyczeli też, żeby śpiewał „Zacznij od Bacha” i „Z tobą chcę oglądać świat”. Kiedyś go ta pszczółka Maja bardzo irytowała. Ale zrozumiał, że słuchacze chcą jej słuchać, bo kojarzy im się z młodością i dzięki niej wracają wspomnienia. Przywołują młodość.
Taniec z gwiazdami
Pod koniec życia artysta był w jury telewizyjnego show „Taniec z gwiazdami”. Kiedy dostał tę propozycję, ucieszył się, bo przed nią akurat nie był na topie i nie miał takich propozycji jak w trakcie programu. Co ciekawe zachowywał się w nim tak swobodnie, bo wszystkie teksty miał napisane na prompterze, co dawało mu poczucie bezpieczeństwa. Udział w show pomógł mu utrzymać się w show biznesie.
– Ludzie zobaczyli: O, to on jeszcze mówi? Bo do tej pory znali mnie jako smutasa z plerezą, co w kółko śpiewa „Oczarowanie” w telewizyjnym Koncercie życzeń. I oczywiście „Pszczółkę Maję” – mówił.
W maju wszystko się zaczęło i skończyło
Lubił maj. To był jego miesiąc. 6 maja wypadały jego urodziny, a 22 maja umarł. Maj był po prostu jego miesiącem. Na oficjalnej stronie artysty po jego śmierci 22.05.2017 r. pojawił się wpis: „Jeszcze w niedzielę czuł się dobrze i rozmawiał z bliskimi. Niespodziewanie 8 maja nad ranem doznał rozległego udaru mózgu. Mimo niezwykłej woli życia i staraniom lekarzy udar dokonał nieodwracalnych obrażeń. Odszedł od nas w dniu 22.maja w jednym z Warszawskich szpitali. Żona i dzieci byli przy nim.”
Cygan: napisałem tekst „Chwytaj dzień”, a on umarł
Rok po śmierci Wodeckiego na sklepowe półki trafił album „Dobrze, że jesteś”. Powstał na bazie jego niedokończonych utworów z udziałem m.in. Kayah i Kuby Badacha. W wywiadzie dla gazeta.pl Jacek Cygan wspomniał, jak napisał tę ostatnią piosenkę dla artysty.
– Zbyszek krótko przed śmiercią dał mi swoją muzykę i poprosił o słowa do niej. „Jacuś, tylko żeby nie było za dużo tekstu, bo się nie nauczę” – żartował. Cały Zbyszek. W maju 2017 roku skończyłem pisać tę piosenkę w domu pracy twórczej ZAiKS-u w Zakopanem. Była druga w nocy. Najpierw pomyślałem, że od razu mu wyślę, ale ostatecznie zdecydowałem, że rano jeszcze przeczytam tekst i dopiero pokażę Zbyszkowi. Następnego dnia wstałem, włączyłem komputer i zobaczyłem nagłówki: „Zbigniew Wodecki miał udar”. Parę dni później Zbyszek odszedł. Napisałem tekst „Chwytaj dzień”, a on umarł. Nigdy tego tekstu nie poznał – wyznał tekściarz.
Wodecki często słyszał pytanie: dlaczego nosi ciemne okulary.
– Po to ja mam okulary ciemne, żeby nikt nie zobaczył, co mam w oku – odpowiadał.
Fenomen Zbigniewa Wodeckiego to totalna muzykalność, która narodziła się w czasach, w których melodia potrafiła zdobyć tłumy, ale która przetrwała mimo wszechobecnej komercji i bylejakości. Na te ostatnie zawsze się wściekał. Bo fenomen Zbigniewa Wodeckiego to również szczerość ponad wszystko. Szczere zachwyty nad ludźmi, muzyką, szczera złość na to, co głupie i płaskie.
„Trzeba robić to, co człowiek ma w sercu, i czekać na swój czas” – powiedział w 2016 roku tuż po tym, jak odebrał dwa Fryderyki.
Txt: Damosfera
Zdjęcie: wikipedia cc
Źródła: Fundacja im. Zbigniewa Wodeckiego, wypowiedzi pochodzą z książki pt. „Wodecki, tam mi wyszło”, Kamil Bałuk, Wacław Krupiński, Wyd. Agora.



