Doktor Śmierć

Doktor Śmierć

Nikt nie chciał uwierzyć starszej pani, która pewnego czerwcowego dnia 1997 r. zapukała do drzwi swoich sąsiadów i jęknęła: - Lekarz mnie okradł. Jak się później okazało, był to początek dramatycznej serii ataków na emerytów, która trwała przez co najmniej trzy lata i kosztowała życie 11 mieszkańców Petersburga.

Emerytka zanosiła się płaczem,, opowiadając, jak w jej mieszkaniu pojawił się sympatyczny wysoki pan doktor i zatroskanym głosem powiedział, że wpadł z niezapowiedzianą wizytą, ponieważ bardzo zaniepokoiły go wyniki badań krwi pacjentki. – Przecież ja pana nie znam – zdziwiła się kobieta, jednak ufnie wpuściła mężczyznę w białym kitlu do mieszkania. Chwilę później lekarz zmierzył jej ciśnienie i pokiwał głową: - Zdecydowanie za wysokie. Trzeba natychmiast podać zastrzyk! – po chwili starsza pani zobaczyła tylko, jak lekarz wbija igłę w jej żyłę i straciła przytomność. Gdy doszła do siebie zobaczyła, że mieszkanie zostało splądrowane, zniknęło kilka niezbyt wartościowych przedmiotów. Odruchowo chciała zadzwonić na milicję, ale postanowiła najpierw poradzić się sąsiadów. Ci ją wyśmiali – przecież to niemożliwe, żeby lekarz dopuścił się banalnej kradzieży! Dlatego kobieta zrezygnowała z alarmowania funkcjonariuszy. Tymczasem lekarz zdążył odwiedzić jeszcze jedną pacjentkę, której również zrobił zastrzyk "na podwyższone ciśnienie". Ona też została okradziona. Emerytka poszła na milicję, tam jednak nikt nie przejął się zbytnio tą sprawą – zgłoszenie przyjęte, proszę czekać na rozwój dochodzenia.

Do kolejnego napadu doszło niecały miesiąc później. Schemat działania był taki sam – wizyta lekarza, badanie ciśnienia, zastrzyk, utrata przytomności, kradzież.

Proceder zapewne trwałby wiele lat, gdyby nie to, że bezkarność i buta rozzuchwaliły sprawcę. Zaczął zabijać…

Chłopak z porządnego domu

Maksim Pietrow urodził się 14 listopada 1965 r. w Leningradzie (obecnie Petersburg – red.). Rodzice i siostra Tatiana byli całym jego światem – od dzieciństwa był bowiem wycofany i nieśmiały. Nie ganiał z kolegami za piłką, lubił za to zwierzęta i często dokarmiał bezdomne koty z podwórka. Bardzo lubił biologię, dlatego po szkole postanowił zdawać na medycynę. Nie należał do wybitnych studentów, ale był systematyczny i obowiązkowy, dlatego bez problemu ukończył studia i specjalizację z pediatrii. Postanowił jednak zatrudnić się w pogotowiu – liczył na lepszą pensję i dodatki do nocnych wyjazdów w karetce. Były jednak lata 90., czas narodzin wielkich fortun rosyjskich oligarchów, ale też potężnej biedy. Wielu pracowników fabryk, zakładów, a przede wszystkim tzw. budżetówki miesiącami nie dostawało wypłat, więc każdy dorabiał, jak tylko mógł.

Pietrow, który miał za sobą jedno nieudane małżeństwo, ożenił się po raz drugi i wkrótce został ojcem dwójki dzieci. Płacił też alimenty na syna z pierwszego związku. Dlatego boleśnie przeżywał fakt, że pieniędzy nie wystarczało nie tylko na opłaty i ubrania, ale nawet na jedzenie. Podczas gdy jego koledzy dorabiali jako taryfiarze lub handlowali przywiezionymi z zagranicy towarami, Pietrow postanowił okradać swoich pacjentów. Nie wiadomo, co skłoniło go do przejścia na "ciemną stronę mocy", często jednak narzekał, że emeryci, do których jeździ na wezwanie, żyją w luksusach, wśród ikon, obrazów i kryształów, podczas gdy on nie może nawet kupić dzieciom najtańszej zabawki.

Postanowił wykorzystać fakt, że na wyposażeniu karetki były leki usypiające i uspokajające – podkradał fiolki, fałszując dokumentację. Modus operandi (sposób działania – red.) był banalnie prosty – Maksim Pietrow wykorzystywał fakt, że starsi ludzie bez wahania wpuszczają do mieszkania lekarza, który od progu informuje, że stan ich zdrowia jest na tyle niepokojący, że konieczne jest natychmiastowe podanie zastrzyku. Przychodził z rana, by zdążyć na popołudniowy dyżur, a starsze panie zazwyczaj były same. Kradł wszystko, co tylko wpadło mu w oko: kryształy, ikony, papierośnice, medale, książki, czasem nawet pościel, drobne AGD i sprzęt muzyczny. Zawsze zabierał pieniądze z portfela. Nie gardził napoczętymi opakowaniami cukru, makaronu czy ciastek. Liczył jednak przede wszystkim na odnalezienie pieniędzy, odkładanych na tzw. czarną godzinę – liczył, że wtedy to już na pewno się obłowi. Łupy odsprzedawał koledze z bazarku, który upłynniał kradzione rzeczy "pod ladą".

Swoje ofiary wybierał spośród osób, które zgłosiły się do pobliskiej przychodni na fluorografię (badanie rentgenowskie polegające na fotografowaniu obrazu, który powstają na ekranie fluoroscencyjnym podczas prześwietlania narządu lub części ciała – red.). Wyniki badań były bowiem umieszczane w skrzynce, do której dostęp miały wszystkie osoby, wchodzące do przychodni – zarówno lekarze, jak i pacjenci i osoby postronne. Na wynikach podane były dane pacjenta, jego wiek oraz dokładny adres. Wszystko podane na tacy.

Zbrodnia na urodziny

Zdarzały się jednak wpadki. W przypadku emerytek z nadwagą zawartość jednej fiolki ze środkiem psychotropowym nie wystarczała do uśpienia "pacjentki" na dłużej. Czasem ofiary budziły się po kwadransie, czasem nie traciły przytomności. Początkowo lekarz uciekał, wkrótce jednak doszło do zdarzenia, po którym nie zawahał się już przekroczyć ostatniej czerwonej linii. Zmarła jego matka, która zawsze uważała syna za najmądrzejszego mężczyznę na świecie. Jak zeznawał Pietrow, narastała w nim wściekłość, że jego ukochana mama już nie żyje, a inne kobiety, starsze od niej, wciąż cieszą się dobrym zdrowiem.

Na pierwsze zabójstwo zdecydował się w swoje urodziny, 14 listopada 1998 r. Po uśpieniu ofiary i okradzeniu mieszkania Pietrow odkręcił kurki na kuchence – liczył, że ofiara umrze po zatruciu gazem. Kobietę uratowali sąsiedzi, zaniepokojeni zapachem ulatniającego się gazu. W tym czasie Pietrow plądrował już kolejne mieszkanie na sąsiedniej ulicy – również w tym przypadku odkręcił gaz, jednak mąż ofiary, który wrócił do mieszkania dosłownie kilka minut po wyjściu Pietrowa, zdążył uratować żonę.

Maksim Pietrow na próżno szukał w prasie doniesień o śmierci starszych pań – media nie informowały nawet o tym, że dokonano kradzieży ("bandycki Petersburg" dostarczał znacznie ciekawszych wiadomości), dlatego postanowił niczego już nie pozostawiać losowi. Nie tylko podawał większą dawkę środka usypiającego, ale też dobijał osoby, które się przebudziły, dusząc je lub dźgając ostrymi przedmiotami. By mieć pewność, że okradzeni emeryci nie przeżyją napadu, podpalał ich mieszkania. Był też coraz bardziej pewny siebie. Na lustrach zostawiał napisane szminką przerażające "liściki", np. "Życie jest piękne" albo "Ładna z ciebie babka, gdybyś tu była, to bym cię…" ze strzałką, wskazującą na zdjęcie córki ofiary.

Milicja przez długi czas nie była świadoma, że w mieście działa seryjny morderca. Podejrzewano, że za kradzieże i zabójstwa emerytów odpowiadają dwie osobne grupy przestępcze. Nikt nie przypuszczał, że mordów z taką częstotliwością i okrucieństwem może dopuścić się jedna osoba. Jedną z najgłośniejszych zbrodni Pietrowa stała się sprawa byłej primabaleriny z Teatru Maryjskiego w Petersburgu Jelizawiety Piersowej i jej córki. Wtedy śledczy powiązali ze sobą podobne zabójstwa, do których doszło w kilku dzielnicach miasta. W międzyczasie Pietrow dokonał kilku kolejnych mordów, jego ofiarami padali też starsi mężczyźni.

Pielęgniarz

Przełom nastąpił w styczniu 2000 r. Jedna z napadniętych przez Pietrowa kobiet ocknęła się, krzyknęła, a wtedy "lekarz" uderzył ją w głowę toporkiem. Na szczęście rana nie była głęboka, a kobieta udawała martwą. Gdy tylko usłyszała, że zbrodniarz opuszcza mieszkanie, zadzwoniła na milicję. Podczas składania zeznań przypomniała sobie, że doktor powołał się na złe wyniki fluorografii, którą kobieta robiła jakiś czas wcześniej, nigdy jednak nie dostała wiadomości, że może się zgłosić po opis zdjęcia RTG. Ta wiadomość była kluczowa dla śledztwa. Ustalono, że dostęp do danych pacjentów można było zdobyć od ręki. Ponadto ustalono, kto może paść następną ofiarą "Pielęgniarza", jak zaczęli nazywać go milicjanci. Spośród ponad 600 emerytów wytypowano 77 osób, których wyników nie było w skrzynce w przychodni, a jednocześnie nie pokwitowały odbioru badań. Opracowano zaskakujący swym rozmachem plan zatrzymania zabójcy. Śledczy uznali, że w każdym z 77 mieszkań emerytów z listy powinni w tym samym czasie dyżurować funkcjonariusze. W akcji wzięło udział ponad 700 milicjantów z całego Petersburga.

17 stycznia 2000 r., drugiego dnia "obławy", podejrzany przyszedł do pacjentki ok. 8:30. Powiedział, że ma niepokojące wieści o wynikach badań i musi sprawdzić ciśnienie starszej pani. Gdy tylko wkroczył do pokoju, został powalony na ziemię i skuty. Oszołomiony, tłumaczył, że przyszedł w zastępstwie kolegi z karetki, który poprosił go o zbadanie emerytki. Twierdził, że dziwna zawartość lekarskiego kufra – fiolki z lekami, strzykawki, brzytwa, czarna pończocha – są mu potrzebne, ponieważ po pracy ofiaruje swoje usługi jako weterynarz i usypia chore psy. Pończocha np. była mu rzekomo potrzebna do przewiązywania psich łap – śledczy jednak od razu zauważyli, że podobnymi pończochami uduszono co najmniej pięć z 11 ofiar "pielęgniarza".

Maksim Pietrow, który początkowo przyznał się do niemal 50 kradzieży i 11 zabójstw, na pierwszej rozprawie odwołał wszystkie zeznania i twierdził, że zostały one wymuszone przez torturujących go śledczych. Prokuraturze udało się jednak zdobyć niezbite dowody jego winy, m.in. przedmioty skradzione z domów emerytek czy odciski palców i włosy Pietrowa na miejscu zbrodni.

Maksim Pietrow został skazany na dożywocie i odsiaduje karę w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze o wdzięcznej nazwie "Biały Łabędź". Nie ustaje w pisaniu pism ze skargami na warunki panujące w "Łabędziu", udało mu się nawet wywalczyć ponad 16 tys. euro rekompensaty od Europejskiego Trybunału Praw Człowieka za zbyt długie przetrzymywanie go w izolatce oraz wyjawienie informacji dziennikarzom przez władze więzienia.

Żona rozwiodła się z nim po siedmiu latach od jego zatrzymania. Siostra Tatiana wciąż utrzymuje kontakt z bratem i wysyła mu paczki. Za osiem lat Pietrow będzie mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie za dobre sprawowanie. W wywiadzie dla gazety "Moskiewski Komsomolec" Pietrow powiedział, że chciałby po wyjściu z więzienia zatrudnić się jako dozorca. "To dobra praca dla emeryta" – stwierdził morderca, który w 2029 r. będzie miał 64 lata.