W drodze
Podczas wczorajszej przeprawy autobusem rozprawialiśmy z Julkiem o ważnych i bieżących sprawach. Droga się dłużyła, kaloryfer nieźle dogrzewał spod siedzeń, bo przecież zima w rozkwicie, więc naturalnie zeszliśmy na temat słońca.
– Mamo, a gdzie zachodzi słońce? – pyta mój czterolatek
– No na zachodzie – odpowiedziałam rezolutnie. Brawo.
– Ale gdzie zachodzi – pyta zniecierpliwiony – Wpada do DZIURY? – dopytuje.
Urocze
O mamma mia. Ale to urocze, myślę sobie. W świecie dzieci, w ich wyobraźni wszystko jest tak piękne i fantasmagoryczne a jednocześnie, jakby pomyśleć, przekłada się 1:1 na rzeczywistość. No bo, gdzie podziewa się słońce spełzając za horyzont. Wpada do wielkiej dziury! Jak do kieszonki! To jasne jak… słońce!
– Synku, to jest tak, że słońce nie wpada do DZIURY. Słońce nigdzie nie wpada – zaczynam ale za chwilę zacznę wić się jak piskorz. No bo, jak to było z tym układem słonecznym? Skupiam się, aby czegoś nie pomylić i wytłumaczyć zgodnie z prawdą. – Spójrz, ta rękawiczka jest słońcem, ta jest ziemią. Ziemia kręci się wokół własnej osi ruchem obrotowym, ale też wokół słońca ruchem obiegowym i nam się wydaje, że słońce się chowa do dziury, ale tak naprawdę to my jakby uciekamy od tego słońca, chowając się na drugą stronę, jakby plecami do słońca. I wtedy mamy noc.
Oczy Julka zdradzały wielki znak zapytania. Moje również by zdradzały, gdybym była na jego miejscu. Wtedy zrobiłam małą woltę w opowieści: i w ten oto sposób słońce chowa się do DZIURY.
Ufff, kolejna dziecięca wyobraźnia uratowana. Czarownica Joanna nie zdołała jej zabić.
Tekst: Joanna Plesnar
więcej felietonów Joanny tutaj



