Magda Kosińska-Król: Wydawnictwo Amaltea – brzmi pięknie. A kto tworzy to wydawnictwo?
Ludmiła Koza: Założycielką i prowadzącą wydawnictwo – od strony merytorycznej po finansową jestem ja. Mogłam i mogę liczyć na pomoc siostry, tłumaczki Radosławy Janowskiej-Lascar, a także mojej rodziny w sprawach, nazwijmy to, technicznych – bardzo im wszystkim za tę pomoc dziękuję.
Amaltea ma bardzo wyrazisty profil – literatura czeska i rumuńska. Co było impulsem do założenia wydawnictwa o tak konkretnych preferencjach?
Wydawnictwo założyłam w styczniu 2010 roku. Początkowo miało ono profil usługowy. W 2013 roku moja siostra, Radosława Janowska-Lascar, która była – i jest – tłumaczką przysięgłą z języka rumuńskiego, zaproponowała wydanie dwóch powieści rumuńskich pisarzy. Siostrze znudziły się tłumaczenia przysięgłe i techniczne, zapragnęła odmiany. Te zaproponowane książki to wspaniałe, lubiane przez czytelników powieści „Matei Brunul” Luciana Dana Teodorovici i „Medgidia, miasto u kresu” Cristiana Teodorescu. I tak – wespół w zespół – udało nam się opublikować polskie przekłady. Początkowo, przy pierwszej publikacji, ten „zespół” to Amaltea, Radosława i wrocławska Oficyna Wydawnicza Atut – napisaliśmy aplikację o grant na przekład, udało nam się pozyskać środki z programu Rumuńskiego Ministerstwa Kultury. Bez grantu na przekład wydawanie tak niszowej literatury byłoby praktycznie niemożliwe.
Pierwszą książką wydaną w listopadzie 2014 roku przez Amalteę była powieść „Matei Brunul”, a w następnym roku, w 2015 Lucian Dan Teodorovici został nominowany za ten tytuł do finałowej siódemki Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus! W ścisłym finale tej nagrody mieliśmy też kolejne powieści: w 2016 roku „Medgidia, miasto u kresu” Cristiana Teodorescu, w 2017 „Dni króla” Filipa Floriana i w 2024 roku „Pod prąd” Olega Serebriana. Bardzo polecam Czytelnikom te tytuły!
Skąd u nas literatura czeska? Redaktorka Aleksandra Ziemlańska, z którą współpracowaliśmy, zaproponowała nam kilka czeskich tytułów. I tak to popłynęło.
Mamy świetnych tłumaczy zarówno z języka czeskiego, jak i rumuńskiego, bardzo dobrych autorów, dlatego z przekonaniem proponujemy Czytelnikom wartościową literaturę naszych obecnych i byłych sąsiadów.
I tak krok po kroczku, udało nam się wydać 15 przekładów z literatury rumuńskiej – w tym dwa pisarza z Mołdawii, 11 powieści czeskich autorów i 5 polskich.
Czy literatura czeska i rumuńska mają wspólne DNA?
Na pewno wspólnym mianownikiem może być powojenna historia i podobne warunki życia przez około 44 lata w tym „najlepszym z możliwych” ustroju. Podobne doświadczenia od końca II wojny światowej do 1989 roku bardzo zbliżają, jest to jakaś wspólna przestrzeń emocji, historii rodzinnych, przynajmniej dla czytelników 55+, a jednocześnie odmienność kulturowa, religijna może być również tym elementem ciekawym i przyciągającym.
Tak, wyobrażam sobie, że historia powojenna jest płaszczyzną porozumienia między Rumunami, Czechami i Polakami. Może dlatego rumuńska i czeska literatura tak dobrze się tutaj przyjmują. A wracając do historii Wydawnictwa: czy jest książka, o którą musieliście zawalczyć?
Nie mamy takiej siły przetargowej, żeby walczyć o książkę. Czasami jest to szczęśliwy przypadek, że prawa do książki ważnej i nagradzanej są akurat wolne… W pewnym sensie walczymy o jeden tytuł, który chciałabym wydać. Zdaniem tłumacza i moim – bardzo ciekawej książki – bo są to przedwojenne reportaże. Na razie na przeszkodzie stają kwestie formalne, tj. musimy dowiedzieć się, kto jest – i czy w ogóle jest – spadkobiercą praw autorskich, mamy sprzeczne informacje.
Pozostaje mieć nadzieję, że sprawa wkrótce się wyklaruje. Tymczasem wybór pozycji wydanych przez Amalteę już dziś jest szeroki. W Waszym katalogu mamy Alenę Mornštajnovą, Filipa Floriana, Cristiana Teodorescu – autorów, których polscy czytelnicy mogliby nie znać, gdyby nie Amaltea. Co – poza wspomnianymi kwestiami wspólnego historycznego DNA – urzekło Was w twórczości ich czy ich krajanów i pozwoliło wierzyć, że polscy czytelnicy ulegną temu czarowi?
To są świetni autorzy, bardzo popularni w swoich krajach, np. wszystkich powieści Aleny Mornštajnovej sprzedano w Czechach ponad milion egzemplarzy – a nie jest to łatwa literatura. Cóż, to są wspaniali opowiadacze ważnych historii, każdy z nich ma swój niepodrabialny styl, a w przypadku Floriana i Teodorescu – specyficzne poczucie humoru. To jest przepis na piękną powieść.
Przyznam, że to specyficzne poczucie humoru i mnie oczarowało. Wracacie do niektórych nazwisk – jak wspomniana już Alena Mornštajnová czy Cristian Teodorescu. Co sprawia, że decydujecie się budować autora długofalowo, a nie wydawać pojedynczy tytuł? Kiedy wiecie, że to „Wasz” pisarz?
Nasi czytelnicy o tym decydują, przekazują nam wrażenia z lektury w bezpośrednich rozmowach, np. na targach książek, kupują kolejne książki, pytają i domagają się następnych powieści tych autorów. My – proponując nowego autora – zaczynamy „jazdę bez trzymanki” obarczoną dużym ryzykiem… Akurat w tej branży każdy nowy tytuł to jest prototyp, mali wydawcy w Polsce to są nieuleczalni hazardziści, którym czasami uda się coś wygrać, a wielu przypadkach – nie. Dlatego apelujemy do czytelników o wsparcie i na przykład kupowanie książek u wydawcy. Polski rynek książki jest, delikatnie mówiąc, dziwny, nieprzyjazny dla niewielkiego wydawcy – rabat dystrybutora to zwyczajowo 50%, 55% od ceny okładkowej, książka w dniu premiery w księgarniach internetowych jest tańsza o 35%, 40%. Proszę się zastanowić, jaki to ma wpływ na kalkulację ceny okładkowej…
Ależ wpływ musi być ogromny! I podejrzewam, że trudno w takich warunkach utrzymać stały poziom motywacji do działania. To piękne, choć nieco smutne stwierdzenie, że mali wydawcy to „nieuleczalni hazardziści”. Ale zmieniając ton na bardziej pozytywny: wiem, że Amaltea ma swoje wierne grono wielbicieli. I wiem, że jednym z magnesów są opowieści Adriana Cioroianu o historii rumuńskiej. To projekt naprawdę monumentalny. Czy te książki pozwoliły nam lepiej poznać i zrozumieć Rumunów? Kto po to sięga?
Książki profesora Cioroianu to jest, moim zdaniem, podręcznikowy przykład, jak można ciekawie opowiadać o historii i nie przynudzać! Publikacje te powstały po programie telewizyjnym „Pięć minut historii” wymyślonym przez profesora Cioroianu w celu popularyzacji dziejów Rumunii wśród rodaków i odkłamania historii po 1989 roku. Program od razu zyskał ogromną popularność, nawet mimo tego, że początkowo był emitowany w dni robocze bodajże o godzinie 14. Nakręcono 4 sezony, a później powstały książki. Kolorystycznie okładki 3 tomów polskiego wydania tworzą rumuńską flagę. Warto dodać, że wydanie tych książek zaproponował i przekładu wszystkich części dokonał Bogumił Luft, były ambasador Polski w Rumunii i Mołdawii.
Kto u nas sięga po „Piękną opowieść o historii Rumunów”? Czytelnicy ciekawi Rumunii, czytelnicy interesujący się historią, turyści jadący tam w podróż lub ci, którzy już ją odbyli, są tym krajem zafascynowani i chcą się jak najwięcej dowiedzieć, studenci korzystający z programu „Erasmus”. Wielu z nich bardzo chwali sposób napisania tych książek, zarówno język, jak i formę, i wraca po kolejne tomy „Flagi” – tak niektórzy nazwali te 3 części.
Chciałabym jeszcze dodać, że wkrótce autor przyjedzie do Polski. 31 lipca odbędzie się spotkanie z profesorem Cioroianu i Bogumiłem Luftem podczas Nadmorskiego Pleneru Literackiego w Gdyni.
Wspaniała atrakcja dla polskich wielbicieli tych książek. A swoją drogą, jak trudno było czy jest dotrzeć do polskiego czytelnika z literaturą środkowoeuropejską?
Łatwo nie jest i nie było. Na pewno pomocna jest nasza częsta obecność na targach książek, na kilkunastu imprezach w roku, rozmowy z czytelnikami, zaproszenie do rozmowy właśnie na targach. I tutaj dygresja – zarówno Amaltei, jak i innym malutkim wydawcom pomogła nieformalna grupa Świadomi Wydawcy stworzona przez Wydawnictwo Claroscuro, czyli Agnieszkę Kowalik-Urbaez i Juana Diego Ramíreza. Działaliśmy razem przez około osiem lat i to była wartościowa współpraca pozwalająca zaistnieć na rynku wydawnictwom, które w pojedynkę miałyby mniejszą szansę na rozpoznawalność. Zawsze mamy na stoisku informację, z jakiego kraju książki można u nas kupić. Taka podstawowa identyfikacja, czasami zastanawiam się, czy to jest potrzebne, bo przecież nie kraj jest najważniejszy, ale to, o czym jest dana książka, jakiego problemu dotyczy, w jaki sposób jest napisana. Z drugiej strony jest to pierwsza informacja o nas, która zaciekawia i przyciąga, oczywiście nie zawsze.
Na targach spotykamy się też z ciekawymi sytuacjami, niektórzy czytelnicy podchodzą, mówią, że nie znają takiej literatury i proszą o polecenie jakiegoś tytułu lub o rozmowę; inni znowu mówią, że nic nie wiedzą, nie znają i odchodzą, są też „barwniejsze” reakcje, ale coraz rzadsze i nie warto o nich pisać. W przypadku naszego wydawnictwa dużą rolę odegrały i bardzo nam pomogły osoby piszące o książkach w mediach społecznościowych, czy też prowadzące swoje strony z recenzjami książek – teraz to już chyba rzadkość. Może nie będę wymieniać, bo boję się, że kogoś pominę, ale bardzo im wszystkim dziękuję za pomoc. Nie do przecenienia jest też rola Rumuńskiego Instytutu Kultury w Warszawie i Czeskiego Centrum w promocji, zapraszaniu autorów – co jest kosztowne itp. Pomocne też były nominacje do ścisłego finału czy to w Angelusie, czy też w innych konkursach: Ambasador Nowej Europy przy Europejskim Centrum Solidarności – powieść Ivana Binara „Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila” i „Listopad” Aleny Mornštajnovej, Ogólnopolska Nagroda Translatorska im. Boya-Żeleńskiego i Olga Czernikow w finałowej piątce w 2021 roku za przekład publikacji „Corvina, czyli książka o krukach” Petra Rákosa. W tym roku możemy się pochwalić nominacją do finału Pyrkonowej nagrody literackiej w kategorii „Fantastyczna Książka” dla powieści „Piasek i dym” Joanny Stogi.
Dotarcie do bardzo szerokiego kręgu odbiorców jest bardzo kosztowne, często poza naszym zasięgiem. Staramy się, jak możemy. Długo to trwa, ale jest lepiej niż kilka lat temu.
To niebagatelna lista osiągnięć jak na wydawnictwo kameralne. Dodam od siebie, że hasło „literatura rumuńska” przy stoisku działa niczym magnes. Przyciąga i tych zainteresowanych Rumunią i tych, którzy pomyślą: „o, coś innego”. Chciałabym jeszcze dopytać, jakie jest największe ryzyko w prowadzeniu wydawnictwa niezależnego, stworzonego – i to komplement – dla czytelników wymagających, szukających w literaturze głębi?
Największe jest ryzyko finansowe, trzeba balansować, co jest potrzebne, co może mniej. Dla mnie osobiście ważna jest jakość wydanej książki: ciekawa opowieść, odpowiedni tłumacz, niezbędny redaktor i korektor. Zdarzają się „wpadki”, ale staramy się, aby ich było jak najmniej. A nasi czytelnicy, poszukujący dobrej książki, widzą to i doceniają. Mam nadzieję, że trafi ich do nas coraz więcej…
Tę dbałość o jakość publikacji naprawdę widać i jest to jakość coraz rzadsza na rynku wydawniczym. Myślę zarówno o estetyce, rzetelnej redakcji, jak i samej literaturze. A czy literatura ambitna musi dziś walczyć o uwagę z mainstreamem?
Tak. I jest to nierówna walka. Ale cóż, „sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”. Jeżeli ktoś jest zainfekowany dobrą literaturą, to ciężko mu pójść na łatwiznę. Chyba zawsze tak było. Nie mówię tego, żeby się wymądrzać, może to jest indywidualna skaza. Dalej będziemy wydawać książki, które, mam nadzieję, wnoszą jakąś wartość w życie czytelnika.
Trzymam za słowo. Chciałabym jeszcze porozmawiać o niewidocznych bohaterach – autorach przekładów. Wiemy już, że Amaltea współpracuje z wybitnymi tłumaczami. Czy zdarza się, że to oni podpowiadają tytuły, czy raczej najpierw znajduje Pani książkę, a potem tłumaczkę/tłumacza?
Różnie bywa. W większości przypadków to tłumacze przynoszą swoje propozycje, czasami inne osoby, na przykład powieści Olega Serebriana polecił mi dr Piotr Oleksy z Wydziału Historii UAM, autor m.in. książki o Naddniestrzu. Czasami znajduję książki, przeglądając strony internetowe wydawnictw w Czechach lub Rumunii. Tak znalazłam m.in. ze trzy lata temu niezwykłą powieść Miroslava Hlaučo, która w polskim przekładzie Anny Maślanki będzie nosić tytuł „Zielone Świątki” i ukaże się w lipcu 2026. Rok temu powieść ta zdobyła najważniejszą czeską nagrodę literacką – Magnesia Litera – w kategorii Książka Roku. Po czesku „Letnice” zachwyciły czytelników i jury swoją atmosferą, oryginalnością oraz wyjątkową opowieścią. A zdarza się też, że sami czytelnicy proponują jakiś tytuł.
Tłumacz literatury rumuńskiej czy czeskiej to zawód niszowy. Czy łatwo jest znaleźć odpowiednich ludzi do takiej pracy?
Jest kilku wspaniałych tłumaczy literatury rumuńskiej: Radosława Janowska-Lascar, Joanna Kornaś-Warwas, Kazimierz Jurczak, Dominik Małecki i czeskiej, m.in. Olga Czernikow, Agata Wróbel, Anna Maślanka, Anna Radwan-Żbikowska, Dorota Dobrew, Julia Różewicz. Z niektórymi z nich współpracowaliśmy, ewentualnym problemem może być zgranie terminów tłumacza i wydawnictwa.
Czy jest książka, z której jest Pani szczególnie dumna? Taka, która coś zmieniła – w wydawnictwie, u czytelników?
Myślę, że takie najbliższe sercu są dwie pierwsze, które wydaliśmy: „Matei Brunul” Luciana Dana Teodorovici i „Medgidia, miasto u kresu” Cristiana Teodorescu. Odbiór tych powieści przez czytelników dał nam sygnał, że to, co robimy, jest ciekawe i ma sens.
A z drugiej strony – czy jest jakiś autor, który pozostaje w sferze marzeń, czeka na swój moment?
Bardzo chciałabym znaleźć środki i wydać ten zbiór przedwojennych reportaży, o którym wspominałam wcześniej, a także książkę, której akcja dzieje się w Mołdawii w latach 20. i 30. zeszłego wieku. Nie podam szczegółów, żeby nie zapeszyć. Proszę trzymać kciuki, aby te projekty nam się udały.
Będę mocno trzymać. Rok 2026 wydaje się rokiem literatury czeskiej. Jakie tytuły Amaltea zaproponuje w tym roku?
To będzie wysyp czeskich tytułów! Pięć wspaniałych powieści:
- Marek Torčík „Rozbierasz pamięć” w przekładzie Anny Maślanki, wyd. czerwiec 2026. Debiut pisarza urodzonego w 1993 roku, Magnesia Litera w 2024 roku w kategorii „Proza” i prawa do powieści sprzedane do 27 krajów,
- Alex Sevruk „Europejka. Gawędy z Polesia”, przekład Anny Maślanki, wyd. lipiec 2026,
- Miroslav Hlaučo „Zielone Świątki”, przekład Anny Maślanki, wyd. sierpień 2026, Magnesia Litera w 2024 roku w kategorii Książka Roku,
- Radka Denemarková „Godziny z ołowiu”, przekład Olgi Czernikow, wyd. sierpień 2026, Magnesia Litera 2019,
- Alena Mornštajnová „Čas vos” (czeski tytuł, pracujemy nad polskim), przekład Anny Maślanki, wyd. wrzesień/ październik 2026.
Gdyby mogła Pani polecić jedną książkę komuś, kto nigdy nie czytał ani czeskiej, ani rumuńskiej literatury – która to byłaby i dlaczego akurat ta?
Na pewno z chęcią polecę tytuł „Medgidia, miasto u kresu” Cristiana Teodorescu i – ze względu na wielokulturowy świat przedstawiony w powieści i kapitalnie sportretowanych mieszkańców małego miasteczka, z którego pochodził dziadek autora.
A z naszych czeskich propozycji – „Hanę” Aleny Mornštajnovej. To jest książka tak wspaniale przemyślana i napisana, że nie można oderwać się od lektury. Uwaga – chusteczki konieczne przy czytaniu.
Myślę, że pasja, z jaką Pani opowiada o książkach wydanych przez Amalteę przyciągnie wiele osób szukających dobrej literatury.
Bardzo dziękuję za rozmowę, za zaproszenie i możliwość przedstawienia wydawnictwa! Pozdrawiam serdecznie czytelników „Damosfery” i życzę wielu ciekawych lektur.
Więcej o kulturze i sztuce znajdziecie tutaj.








