Może musiałam sięgnąć dna...

Może musiałam sięgnąć dna...
Depresja

Kiedy ci się wydaje, że jesteś pępkiem świata, masz świat u stóp i jesteś ideałem. Kiedy każdy patrzy ci głęboko w oczy i mówi, że jesteś piękna, mądra, kreatywna, zadbana i że zawsze dasz sobie radę. A Ty cierpisz, wycierasz nos w chusteczkę i cierpisz dalej. Bo wiesz, że oni widzą to, co chcą, a ty widzisz i co gorsza, wiesz wszystko. Boisz się, bo nie wiesz na ile starczy ci jeszcze czasu i siły i jak długo będziesz mogła pozwolić sobie na ten teatr. Każdego dnia jesteś przerażona i każdego dnia wiesz, że musisz trwać. Nie wiem, czy wiesz i o tym, w sumie pewnie nie wiesz, ale nie jesteś w tym sama.

Ja boję się każdego dnia i boję się o wszystko. O to, że nie dam sobie rady i nie będę umiała żyć. Przeraża mnie samotność, brak wiary w siebie, brak pomysłów i nadziei. A teraz najbardziej przeraża mnie niemoc. Jakbym to nie ja kierowała swoim życiem, jakbym staczała się coraz niżej i niżej, a boję się dna, bo już tam byłam i wiem jak się ciężko od tego dnia odbić. Czuję, że popełniłam masę błędów, a największy z nich to bycie naiwną, nie nauczyłam się być cyniczną suką, a dziś widzę, że bycie nią daje więcej możliwości. Nie umiem być taka jak oni i ponoszę konsekwencje. A wolałabym albo chciałabym być szczęśliwa.

Ja nie wiem, co to znaczy być szczęśliwym, nawet jak bardzo bym tego chciała – nie potrafię. Przyklejam się do ludzi, którzy mnie mamią, a potem patrzę jak mnie niszczą. Minuta po minucie, jak wysysają ze mnie energię, a przecież ja im tak ufałam. Po co Ci to mówię… żebyś nie czuła się samotna, żebyś spojrzała na mnie i zrozumiała, że jeśli czujesz to, co ja, trzymaj głowę na wysokości, tak podobno łatwiej się odbijesz od dna, bo widzisz ciągle wyjście.

Nie jestem wariatem, może gdybym nim była, ktoś znalazłby dla mnie rozwiązanie, tabletki albo coś innego, co by mi pomogło. Jednak wariatem nie jestem. Kim jestem nie wiem, czasem boję się sięgnąć do najczarniejszej strony mojej duszy, bo zwyczajnie boję się, co tam zobaczę.

Wracam do domu i patrzę na siebie w lustrze i nie wiem, kim jestem. Maluję obraz kogoś kim chcę być, ale zwyczajnie nie umiem być sobą, potwornie zagubioną osobą, która błaga o pomoc, ale nie wie skąd ta pomoc miałaby nadejść. Wyciągam ręce do osób, ale one tego nie widzą, błagam siebie i innych, ale nie wiem jak wstać z kolan i pójść dalej.

Bywają dni, kiedy wydaje mi się, że jest lepiej, ale to chwila, która szybko mija i przestaje mnie cieszyć nawet największa niespodzianka. Moje życie to 45-metrowe mieszkanie, w którym gdzie się nie obrócisz napotykasz ścianę, widzisz okna i drzwi, ale nie wychodzisz przez nie, bo wiesz, że po drugiej stronie nie ma nic albo jest coś, co jest straszniejsze niż twoje mieszkanie. Nie umiałam nazwać swojego stanu bardzo długo, coś przeczytałam, coś usłyszałam, coś mi się wydawało. Jednak najgorsze było to, że wydawało mi się, że tak ma być i nie ma innej opcji. I pewnie dalej by wszyscy myśleli, że jestem chodzącym ideałem, gdyby nie ten jeden dzień, który na zawsze rozbił ich mniemanie na temat mnie.

Piękny dzień, w którym wszystko pękło, we mnie pękło i rozbiło się na milion kawałków. Idąc ulicą nie radziłam sobie z niczym, próbowałam planować, ale nie dawałam rady. Chciałam przebiec na drugą stronę ulicy, jednak nie wyszło. Usłyszałam pisk i krzyk ludzi, a potem zrobiło mi się strasznie ciepło. Jakbym wylądowała w najlepszym miejscu na świecie i nie miałam planów, nie liczyło się nic. Było idealnie, błogo i bezpiecznie. Obudziłam się w szpitalu. Biały sufit i ból ogromny całego ciała, strach, przeraźliwy strach, gdzie jestem i co się stało, i ta niemoc, czułam się jak uwięziona we własnym ciele, ból był ogromny i miałam wrażenie, że powoli dociera do mnie co się stało. Słyszałam głos pielęgniarki, mamrotała coś, że miałam szczęście, żebym się uspokoiła i, że zaraz poda mi leki. Ja nie mogłam powiedzieć nic, ale też czułam, że coś poszło nie tak. Przypomniałam sobie ten cholerny dzień… i wiesz, co było najgorsze… że ja nie uważałam tego za jakiś cholerny wypadek. Ja czułam w środku, że chciałam tam być i chciałam zrobić to, co zrobiłam i nie wiem, na co liczyłam, chyba na to, że ten dzień, w którym się obudzę, nie nastanie. Ale wiesz, co poczułam… coś wielkiego jak nastał. To był spokój, to był taki odruch szczęścia. Ja pomyślałam jedno ważne zdanie: Boże, jak dobrze. Nie zdarzyło mi się dawno tak pomyśleć. I ogarnął mnie spokój, jakby jakiś etap mojego życia się skończył, a inny się zaczął. Czułam, że wygrałam los na loterii, tylko raczej grałam w swoim życiu w ruletkę niż loterię. Wiesz co to było? To dno, którego tak się bałam i tak bardzo przed nim uciekałam.

Jednak czasem chyba człowiek musi sięgnąć dna, żeby poczuć, jak smakuje moment odbicia i moment, w którym wychodzi się na powierzchnię. Mogłam poradzić sobie bez tego dna, a może nie mogłam. Kilka dni w szpitalu i płacz innych był ukojeniem dla mnie. To źle brzmi, ale w końcu ktoś usłyszał mój płacz i mój ból. To bardzo źle brzmi, ale ich łzy były moim paliwem, bo ktoś w końcu widział mój upadek i nie liczył na szybki powrót na właściwe tory. Jak bardzo głośno miałam krzyczeć. Wiesz, zaczęłam się zastanawiać czy to czasem nie jest tak, że to ja powinnam usłyszeć sama siebie, bo nikt inny nie powinien mi pomagać z takim zaangażowaniem jak ja sama sobie.

Miałam depresję, dziś umiem to nazwać i umiem powiedzieć sobie i innym, tak miałam, ale pomoc specjalistów i zrozumienie, jak bardzo kocham życie, pomogło mi odbić się od dna i wyjść na prostą. Dziś wiem, ile znaczę, dziś wiem, ile powinnam znaczyć dla siebie.

Ludzie w naszym życiu przychodzą i odchodzą, a to my potrafimy być sami ze sobą nawet w najgorszych sytuacjach. Trzeba to tylko umieć zrozumieć i być. Świat ma różne kolory i nie zawsze jest idealny, ale przecież to nie on ma być idealny, to my mamy widzieć go idealnym dla nas samych. Jednak jeśli chociaż przez chwilę zaczniesz iść drogą, która ja podążałam, daj sobie pomóc. Zrozum, że mimo tego, że zagubiłaś się w tunelu, nie musisz spadać w dół, podnieś głowę i poproś o pomoc. Kochaj siebie i kochaj to, że masz tyle możliwości. Nie odbieraj ich sobie sama, bo nie jest dobre stać przed jedynymi drzwiami w pokoju i rozpaczliwie do nich pukać, zamiast złapać za klamkę i po prostu przez nie wyjść.