Nigdy ci nie wybaczę

Nigdy ci nie wybaczę

Komisarz Renata Zamojska wystawiła twarz na wiosenne słońce wpadające przez okno. Poczuła jak przepełnia ją ciepła energia życiodajnej gwiazdy i pomyślała, że to na pewno będzie piękny, dobry dzień. A potem odwróciła się i napotkała spojrzenie tego mężczyzny. To były najsmutniejsze oczy, jakie widziała w życiu. Urok wyjątkowej chwili prysł w jednej sekundzie.

- Kim pan jest? - spytała go.

Pokręcił zrozpaczony głową.

- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Nic nie pamiętam – odpowiedział.

Spojrzała pytająco na szefa techników.

- Kręcił się w pobliżu miejsca tego wczorajszego zabójstwa.  - wyjaśniał. -  Po prostu stał tam na ulicy i… patrzył. Wyglądał… dziwnie, więc…

- Uznali go za podejrzanego? - spytała Zamojska.

- No chyba. Niech mu się pani sama przyjrzy.

Rzeczywiście, mężczyzna jakoś nie pasował do wszystkiego, co kojarzyło się z ulicą prowincjonalnego miasta, w którym żyli. Nosił znoszoną dżinsową kurtkę w kolorze khaki, był bardzo chudy, miał ciemną, opaloną skórę, długie włosy i brodę, w których na słońcu błyskały pojedyncze siwe włosy. I te oczy, smutne, błękitne.

- Nie miał przy sobie żadnych dokumentów – kontynuował szef techników.

Mężczyzna nie zareagował na to, że w jego obecności mówili o nim w trzeciej osobie. Jakby w ogóle nie pojął, że rozmawiają właśnie o nim.

- Nie potrafił powiedzieć kim jest i co tam robił, więc funkcjonariusze  zatrzymali go do wyjaśnienia.

- I naprawdę nie wiemy o nim nic? – dopytywała Zamojska.

- Miał przy sobie tylko tę wizytówkę i stare zdjęcie – szef techników podał Zamojskiej małą zniszczoną fotografię z polaroidu i wymięty papierowy kartonik.

- Simon Radetzky. Pertamina. Oil Company of Indonesia. Numer telefonu i adres e-mailowy nie do odcyfrowania – odczytała z wizytówki.

Potem przyjrzała się fotografii.

- Co na niej właściwie jest? - spytała. - Nie dość, że małe to zdjęcie, to jeszcze bardzo zniszczone.

- No właśnie, chyba jakaś postać. Może powiększymy to do A4?

- Koniecznie – odpowiedziała.

- Nic pan nie pamięta? Nazwisko, adres, cokolwiek? – zwróciła się ponownie do mężczyzny o smutnych oczach.

Wskazał ręką zdjęcie.

- Sylwia – powiedział, a potem rozłożył bezradnie ręce. - Sylwia – powtórzył.

- Sylwia jest na tym zdjęciu, tak? - spytała komisarz. - A nazwisko? Sylwia i co dalej?

- Sylwia. Sylwia…

- Nie sądzę, żeby miał coś wspólnego z tym zabójstwem – zauważył szef techników. – Powinniśmy go wypuścić.

- Ja też tak nie myślę – odpowiedziała komisarz Zamojska. - Ale jest jednak zagadką. A zagadki to nasza rzecz, nie?

***

- Już wiem – powiedział szef techników, pokazując Zamojskiej powiększone zdjęcie. - Na szczęście moja żona jest wielbicielką portali plotkarskich. Od razu ją rozpoznała. Na zdjęciu z polaroidu jest Sylwia Suzin. Kojarzy pani?

- Nie, a powinnam?

- A nazwisko Roman Suzin coś pani mówi? To jeden z najbogatszych ludzi w Polsce. A Sylwia to jego córka.

- Ten od fabryki leków? O! I to miałaby być ta Sylwia? A jaki ona ma związek z naszym nieznajomym? - spytała policjantka.

- Ano chyba ma – powiedział mężczyzna drapiąc się po głowie. - Nie jestem pewien, ale to chyba ta historia: jakiś rok temu, krótko przed ślubem jej narzeczony, Sławomir Tokarz pojechał ze swoim przyszłym teściem na ponurkować. Tam doszło do wypadku, Tokarz się nie wynurzył. Roman Suzin zeznał, że Tokarz popełnił błąd podczas nurkowania i został na dole. Zorganizowali akcję ratunkową, trwała nawet kilka dni, ale go nie odnaleźli.

- I ciała też nie?

- Nie, ale tamtejsza administracja uznała go za zmarłego. Wystawili akt zgonu.

- Naprawdę? Szybko. Wszystko zaczyna się układać w całość. Ja znalazłam w sieci tego Radetzky’ego. Okazało się, że to z pochodzenia Polak.

- To może uda się z nim jakoś skontaktować?

Komisarz Renata Zamojska roześmiała się.

- Nie docenia mnie pan. Już z nim rozmawiałam. I wiem wszystko.

- Tak?

***

Simon Radetzky okazał się być strasznym gadułą, chętnie rozmawiającym w języku swoich przodków. Trochę kaleczył język polski, mylił końcówki albo ich w ogóle nie uwzględniał, czasami brakowało mu jakiegoś słowa, ale bardzo się starał. Od razu wiedział, o kogo pyta policjantka.

- Ale to była historia, pani – opowiadał podekscytowany. - Zupełny zrządzenie losu. Szedłem na ulicy Dżakarta i zobaczyłem tego człowieka. Krzyczał coś na głos, tak do siebie, i ja w ogóle nie zwrócił uwagi na niego, tylko ja nagle słyszę, że to polski język! To się zainteresował i go zagadnął. Nic nie mogłem zrozumieć, kto on jest i co tam robi. Ale tyle się dowiedział, że on chce do Polski, do jakiejś Sylwia, tak?

- Tak, często powtarza jej imię. I co pan z nim zrobił?

- Zrobiło mi się żal człowieka. Nic nie pamiętał. Nie miał żadne dokumenty. Nie wiedział, kto jest. Wyrobienie nowy paszport, wszystkie te formalności w Indonezja to by była wieczność, a ja nie miałem ten czas. Ale mogłem zrobić coś inne. Mój znajomy, też Polak, jest kapitan statku, tankowca. I on wypływał właśnie za kilka dni w rejs do Polska. I ja tego młodego tam na ten statek ulokowałem. Dałem mu parę dolarów i moją wizytówkę. Trzeba pomagać rodaków.

- Rzeczywiście niesamowita historia – powiedziała Zamojska.

***

- Czy powinienem przyjść tutaj z moim prawnikiem? – spytał szczupły szpakowaty mężczyzna, siedzący naprzeciw komisarz Zamojskiej.

Musiała w myślach przyznać, że dawno nie widziała kogoś tak dobrze ubranego. I jeszcze ta woda kolońska. Już od drzwi poczuła wyjątkową mieszankę kwiatowych zapachów i piżma i teraz nadal miło kręciła ją w nosie.

- Nie sądzę - odpowiedziała. – Chodzi o wyjaśnienie pewnej sprawy, która w ostatnim czasie się skomplikowała.

- Ach tak? – zaciekawił się Roman Suzin. Pochylił się do przodu i oparł ręce o stół. – A jaka to sprawa?

- Sprawa zaginięcia Sławomira Tokarza.

- Ach to – powiedział niemal z ulgą. A potem przybrał smutny wyraz twarzy i dodał:

- Bardzo tragiczna historia. Moja córka strasznie przeżyła jego śmierć. Była w nim bardzo zakochana, mieli plany, a tu taka historia…

- Pan był świadkiem jego śmierci? – spytała komisarz.

- Tak, niestety. Zaraziłem go moim hobby. Byliśmy razem ponurkować na Sumatrze. Cudowne miejsce, choć trochę niebezpieczne. Niestety nie doceniłem zagrożenia. Sławek zaplątał się w starą rybacką sieć i nie mógł wynurzyć. Próbowałem go ratować, ale mieliśmy końcówkę tlenu i musiałem wypłynąć na powierzchnię.

- Tak pan podobno zeznał indonezyjskiej policji. Ale kiedy pan i inni nurkowie znowu zeszli pod wodę nie odnaleźliście ciała? Tak było, prawda?

- Jest pani dobrze poinformowana – zauważył Suzin. Na jego twarzy pojawiło się wyraźnie jakieś napięcie. Rysy się wyostrzyły, a zaciśnięta szczęka zrobiła się jeszcze bardziej kwadratowa.

- To się zdarza. Ciało wyplątało się z sieci i porwał je prąd… - tłumaczył.

- No tak. Tylko… widzi pan… Sławomir Tokarz żyje i właśnie się odnalazł.

Roman Suzin przez dłuższą chwilę wpatrywał się w Zamojską milcząc, jakby dokładnie ważył każde słowo, które miał zamiar teraz wypowiedzieć.

- To niemożliwe. Widziałem jak umarł – powiedział wreszcie.

- A jednak – odpowiedziała komisarz. – Nie ma wątpliwości. Rozpoznała go matka i brat. Mimo, że bardzo się zmienił, bo bardzo wiele przeszedł. Trudno sobie nawet wyobrazić, jak wiele.

Mężczyzna rozejrzał się po pokoju.

- To nie jest oficjalne przesłuchanie, prawda? Nie nagrywa pani tego?

- Oczywiście, że nie. Rozmawiamy. Ja chcę po prostu poznać prawdę.

Znowu na nią patrzył i nic nie mówił.

- Prawdę? Proszę bardzo. Pani wie, że nic mi nie możecie zrobić. To się zdarzyło daleko stąd. A ja się wszystkiego wyprę. I mam najlepszych prawników w tym kraju.

- Wiem – powiedziała Zamojska. – Chce tylko wiedzieć jak było. I dlaczego pan to zrobił?

- Jak to dlaczego? Ten cały Sławek pojawił się znikąd. Nic nie miał, nic nie umiał. Potrafił tylko słodzić Sylwii, opowiadać jej, jak bardzo ją kocha i trzymać ją za rączkę. Poza tym był nikim, zwykłym kundlem. Rozumie pani? Kundlem. Więc potraktowałem go jak kundla.

- Tak, rozmawialiśmy z nim…

- No to wiecie… Wcale nie nurkowaliśmy. Zainscenizowałem to wszystko. A wcześniej dostał ode mnie w łeb i zrzuciłem go ze zbocza, podczas wycieczki. Nie mam pojęcia, jak przeżył. Ale to nieważne. Sylwia już o nim zapomniała, wkrótce wyjdzie za mąż. I to będzie prawdziwa partia dla niej. A nie ten…

- Kundel – dokończyła policjantka. – Tak, mówił już pan.

- Niech się pani nie sili na ironię – warknął. – I powtarzam, nawet nie próbujcie mnie oskarżać. Moi prawnicy was rozszarpią.

Komisarz Zamojska pokiwała głową ze zrozumieniem, a potem odpowiedziała:

- A jednak jakaś kara pana nie minie.

Suzin parsknął nerwowym śmiechem.

- Wiedziałem, że będzie pani próbowała. Ale mówię pani, moi prawnicy…

Ale Zamojska już go nie słuchała. Wstała od stołu podeszła do drzwi i otworzyła je szeroko.

- Proszę, pani Sylwio. Proszę wejść. Mam nadzieję, że dobrze było słychać.

W drzwiach stanęła młoda zapłakana kobieta.

Roman Suzin wpatrywał się w nią z otwartymi ustami.

- Nigdy Ci tego nie wybaczę – powiedziała. – Słyszysz? Nigdy ci nie wybaczę!