Nurek, asceta, zabójca. Mordował, by zdobyć broń

Nurek, asceta, zabójca. Mordował, by zdobyć broń

Julia miała 15 lat, gdy poznała Aleksandra. Mężczyzna był znacznie starszy od niej. Odsłużył w wojsku, był strażakiem. Zauroczony sympatyczną nastolatką o charakterystycznym śmiechu zaproponował, by zostali parą. Wydawał się doskonałą partią. Było w nim jednak coś, co sprawiało, że Julia przy każdym spotkaniu miała dreszcze jak po dotknięciu lodowej rzeźby – chłód, wycofanie, stalowe spojrzenie brązowych, niemal czarnych oczu odpychały ją i przerażały. – Nigdy cię nie kochałam – powiedziała Aleksandrowi podczas wieczoru przed rozstaniem. Niemal dekadę później to właśnie te oczy były ostatnim, co Julia zobaczyła przed śmiercią.

Aleksandr Gieraszczenko urodził się 5 stycznia 1971 r. w Solikamsku w obwodzie permskim. Miasto od wieków słynęło z wydobycia soli, w czasach Związku Radzieckiego stało się zaś jednym z miejsc, do których zsyłano tysiące więźniów i robotników przymusowych m.in. z Polski, Ukrainy czy krajów bałtyckich. Wchodziło w skład tzw. Archipelagu GUŁag (obecnie mieści się w nim zresztą jedna z najcięższych kolonii karnych w Rosji, która nosi poetycką nazwę „Biały Łabędź”). Aleksandr jednak nie zawracał sobie ciemną stroną historii. Miał jasno wytyczony cel – służba w armii, później kariera wojskowa, może jakaś rodzina. Od dziecka fascynował go sport – uprawiał boks, lekką atletykę, a dzięki szczupłej figurze doskonale pływał. Lubił porządek i dyscyplinę, żył według dokładnie sporządzonego planu dnia. Gdy trafił do upragnionego wojska, doceniono jego umiejętności – służył w jednostce piechoty morskiej na Morzu Czarnym. Został profesjonalnym nurkiem zwiadowcą. I gdy już na horyzoncie zamajaczył kolejny stopień wojskowy, a przyszłość wydawała się zaplanowana, Związek Radziecki rozsypał się na kawałki. Jednostka Aleksandra została rozwiązana. Nikt nie mógł mu zaproponować służby w armii, której w zasadzie nie było. Dlatego wrócił do Solikamska i został strażakiem.

Mars

W oczach kolegów był człowiekiem z innej planety. Gdy z rzadka zaglądali do jego mieszkania, dziwili się, że zamiast łóżka ma na podłodze cienki materac, a z mebli jedynie kilka szaf, biurko i stół. Aleksandr był solidny, pomocny, oczytany, po pracy chodził na zajęcia z Qigong – ćwiczeń, zakładających precyzyjne panowanie nad ciałem i umysłem za pomocą specjalnej gimnastyki, postawy i technik koncentracji. Aleksandr lubił też muzykę klasyczną i literaturę, zwłaszcza Szekspira, który według niego był pisarzem wszech czasów. Unikał alkoholu, nie miał nałogów, a jako urodzony sportowiec dbał o formę i nie jadł mięsa. Pod koniec lat 90. ożenił się, szybko się jednak rozwiódł – obecność żony przeszkadzała mu się skupić, denerwowała go. Zresztą, żona nawet po rozwodzie odzywała się o nim w samych superlatywach, co rzadko zdarza się porzuconym partnerkom.

Aleksandr miał też pasję, którą nie dzielił się z nikim, nawet z najbliższymi. Kochał broń. Od czasu wojska tęsknił za metalicznym ciężarem w dłoni, szczególnym stanem skupienia, które osiąga się podczas mierzenia do celu, satysfakcją, jaką daje trafienie w dziesiątkę. Nie lubił jednak chodzić na strzelnicę – inne osoby go rozpraszały i denerwowały swoim niepoważnym podejściem do sztuki, za jaką uważał strzelanie z broni palnej. Jeździł do lasu i strzelał do puszek z karabinku sportowego, wciąż jednak czuł niedosyt.

Nie wiadomo, jak w głowie poukładanego, porządnego strażaka pojawiła się myśl o tym, że jeśli chce mieć pistolet, musi go sobie ukraść. Pomysł legalnego zakupu nawet nie był rozważany. W 1998 r. Aleksandr zaczął mieć obsesję na punkcie broni, postanowił zacząć ją kolekcjonować. Tłumaczył to sobie tym, że w niepewnych czasach musi mieć coś, co zapewni mu poczucie bezpieczeństwa. – "Zrozumiałem, że jeśli będę ją miał, będę chroniony" – powiedział podczas jednego z przesłuchań.

Napad

13 lipca 1998 r. Aleksandr Gieraszczenko dokonał pierwszego zabójstwa. Jego ofiarą padł 19-letni szeregowy z jednostki wojskowej nr 3426, który miał dyżur i ochraniał fabrykę broni „Ural” z karabinem AK-74 w dłoni. Gieraszczenko strzelił do chłopaka ze swojego karabinka, przystawiając mu go do głowy. Ukradł „kałasznikowa” i zapasowy magazynek. Ciężko ranny szeregowy zmarł po trzech miesiącach w szpitalu. Milicja, szukając sprawcy, natrafiła na porzuconą kurtkę moro i kominiarkę, na rzeczach nie znaleziono jednak żadnych śladów biologicznych.

Gieraszczenko, szczęśliwy posiadacz „kałasza”, przez dwa lata nie atakował. Prowadził spokojne życie, zdążył się nawet ożenić, wkrótce jednak zaczął myśleć o tym, że kolekcja składająca się z jednej sztuki broni nie zaspokaja jego potrzeb. Chciał dokonać napadu na skład broni, jednak nie przewidział tego, że ochroniarzy tym razem będzie dwóch, a także tego, że zostanie zauważony. Jeden ze strażników zauważył leżącego w krzakach mężczyznę i wszczął alarm, przez co Gieraszczenko musiał uciekać. Kolejny rok spędził na układaniu precyzyjnego planu napadu na skład handlowy, którego pilnował uzbrojony strażnik. Strzelec zabił go w stróżówce. Okazało się jednak, że ofiara, wbrew oczekiwaniom Gieraszczenki, nie była uzbrojona. Dlatego kilka dni później Aleksandr dokonał kolejnego napadu – zabił ochroniarza pilnującego fabryki magnezu. Tym razem też okazało się, że ochroniarz był nieuzbrojony.

Gieraszczenko był wściekły. Tej samej nocy usiłował dokonać kolejnego napadu na ochroniarza fabryki magnezu, jednak ledwo uszedł z życiem, gdy pilnujący obiektu mężczyzna zaczął strzelać. Aleksandr na ponad rok porzucił plany zdobycia kolejnej sztuki do kolekcji.

Fabryka

W czerwcu 2003 r. Aleksandr dokonał skutecznego napadu na fabrykę „Ural”. Zamordował ochroniarza i ukradł rewolwer typu Nagant oraz naboje do broni. Zaczął jeździć po okolicznych lasach i strzelać do celu.

W sierpniu następnego roku znowu zaatakował ochroniarza pilnującego „Uralu”. Gdy zajrzał do budki strażniczej, zobaczył drzemiącą kobietę. Choć mógł ukraść broń bez rozlewu krwi, zastrzelił ją bez namysłu. Ukradł kolejny rewolwer Nagant. Taki model Gieraszczenko już miał w swojej kolekcji, zaczął więc zastanawiać się, jak zdobyć kultowy model pistoletu Makarowa. Podczas jednego ze spacerów w czerwcu 2005 r. zauważył milicjanta Władimira Sursjakowa, który w kaburze miał taki właśnie pistolet. Gieraszczenko był tak pewny swego i tak zaślepiony myślą o zdobyciu broni, że zaatakował w biały dzień, chwilę po południu, gdy milicjant wyszedł z komisariatu na obiad. Rozminął się z żoną, która tego dnia szukała w okolicznych sklepach spodni dla dziecka i wpadła po męża, by wraz z nim pójść do domu na obiad – mieszkali kilkaset metrów od komisariatu. Chwilę później milicjant dostał dwie kule w plecy. Napastnik ukradł mu pistolet i naboje. Żona zauważyła ciało męża dosłownie dwie minuty po napadzie – mężczyzna jeszcze żył, ale wykrwawił się przed przybyciem karetki.

Aleksandr Gieraszczenko był bardzo zadowolony z łupu – Makarow stał się jego ulubioną bronią. Był jedyną rzeczą, której Aleksandr nie chował w skrytkach. Miał dwie – jedną skonstruował w lesie, drugą urządził w rzadko odwiedzanym budynku archiwum fabryki „Ural”.

Raz do roku jeździł na urlop do Sewastopola – tam, gdzie odbywał służbę wojskową. Tam sam ze sobą prowadził rodzaj survivalowej gry w realnym świecie, która polegała na kamuflowaniu się, nocowaniu na świeżym powietrzu lub w namiocie, a także strzelaniu do różnych celów. Co ciekawe, zgodnie ze swoim dziwacznym kodeksem nie miał potrzeby strzelania do ludzi – zabijał tylko tych, którzy stali mu na drodze do zdobycia upragnionej broni. Do czasu…

Julia

W listopadzie 2005 r. w jednym ze sklepów Aleksandr Gieraszczenko usłyszał charakterystyczny, kobiecy śmiech. Tak śmiała się tylko jedna dziewczyna na świecie – Julia Tiuchtina, która pod koniec lat 90. odrzuciła zaloty Aleksandra. – Nigdy cię nie kochałam – powiedziała mu podczas ich ostatniego spotkania, a Gieraszczenko potraktował te słowa jako zniewagę i ani przez chwilę o niej nie zapomniał. Planował zemścić się na Julii już wcześniej, jednak dziewczyna po ukończeniu szkoły w wieku 16 lat wyjechała z miasta i zniknęła mu z radarów. Teraz jednak usłyszał jej śmiech i wspomnienia oraz poczucie upokorzenia wróciły ze zdwojoną siłą. Zobaczył, że Julia zaśmiewa się z opowieści mężczyzny, którego trzyma za rękę. Obok niej stała mała jasnowłosa dziewczynka, na oko ledwie 4-letnia.

Chwilę później Julia dostrzegła Aleksandra. Na jej twarzy na sekundę pojawił się grymas strachu, wkrótce jednak uśmiechnęła się i kiwnęła głową dawnemu znajomemu i wyszła ze sklepu. Nie wiedziała, że Aleksandr poszedł za nią i wyśledził, gdzie mieszka. Wkrótce dowiedział się, że kobieta po wyjeździe z miasta wyszła za mąż, urodziła córeczkę, zdążyła się rozwieść, a teraz wróciła do Solikamska ze względu na starszych, schorowanych rodziców. Tuż po przeprowadzce poznała sympatycznego kierowcę, któremu bardzo spodobała się szeroko uśmiechnięta blondynka. Zaczęli się spotykać.

Kilka dni po spotkaniu z Aleksandrem w sklepie Julia podejmowała gości w swoim mieszkaniu, które mieściło się na parterze – wpadł do niej kuzyn i jego kolega, impreza z okazji powrotu Julii do domu rodzinnego była mocno zakrapiana.

Około trzeciej nad ranem usłyszeli brzęk tłukącego się szkła. Okazało się, że ktoś wybił szybę w kuchni. Mężczyźni wybiegli z mieszkania na podwórko, gdzie stanęli oko w oko z zamaskowanym napastnikiem z „kałasznikowem”. Atakujący nie zdecydował się na strzał i rzucił się do ucieczki. Milicjanci, którzy przyjechali na miejsce zdarzenia, nie uwierzyli mężczyznom, którzy byli wyraźnie nietrzeźwi – słowa o zamaskowanym człowieku z „kałaszem” uznali za pijackie przywidzenia.

Aleksandr Gieraszczenko, który chciał wywabić Julię z mieszkania i zastrzelić ją na progu domu, nie zamierzał porzucać swojego krwawego planu, który tak niefortunnie zepsuł mu kuzyn kobiety.

Grudzień

Pod koniec grudnia 2005 r. Julia odprowadzała swoją córkę na zajęcia taneczne do pobliskiego domu kultury. Dziewczynka marzyła, by zostać baletnicą. Za kilka dni, podczas noworocznego balu, miała zatańczyć długo przygotowywany układ. Julia była dumna z córki i z uśmiechem słuchała wesołej paplaniny dziecka. Nagle jednak usłyszała za sobą czyjeś szybkie kroki. Poczuła nagły niepokój i odwróciła się instynktownie. Spojrzała prosto w zimne oczy Aleksandra. Sekundę później padł strzał. Julia Tiuchtina upadła trafiona w klatkę piersiową. Dziecko, zszokowane całą sytuacją, stało nieruchomo obok matki. Gieraszczenko podszedł do kobiety i oddał jeszcze jeden strzał – tym razem strzelił Julii w głowę. Szybkim krokiem oddalił się od miejsca, w którym leżała zakrwawiona Julia, wokół której zaczęli zbierać się przechodnie. I choć karetka dotarła na miejsce zaledwie cztery minuty po zdarzeniu, kobiety nie udało się uratować. Córeczka Julii, która widziała całe zajście, nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa. Nie potrafiła opisać sprawcy. Dopiero po wielu latach terapii psychiatrycznej zaczęła dochodzić do siebie.

Pożar

Aleksandr Gieraszczenko postanowił się przyczaić i nie dokonywać kolejnych ataków. Na swoją ostatnią, jak się później okazało, „akcję” wyruszył dokładnie w rocznicę zamordowania Julii. Uszkodził system alarmowy jednej z aptek i poczekał na przyjazd ochroniarzy. Gdy podjechali i wysiedli z wozu, otworzył do nich ogień. Ci jednak również zaczęli do niego strzelać, a jedna z kul zraniła Gieraszczenkę w nogę. Napastnik uciekł, ale jego krew zabezpieczona na miejscu zdarzenia była bezcennym źródłem informacji dla śledczych, którzy od lat usiłowali trafić na jakikolwiek ślad „Solikamskiego strzelca”. Wkrótce okazało się, że DNA pasuje do materiału (był to włosek z brwi – red.) znalezionego na miejscu jednego z napadów.

Aleksandr zaczął myśleć o ucieczce. Wiedział, że krew jest ważnym dowodem przeciwko niemu. Zaczął planować wyjazd do Hiszpanii – mieszkali tam już jego krewni, od jakiegoś czasu zapobiegawczo uczył się też języka. Zwlekał jednak z wyjazdem, wiedział bowiem, że będzie musiał rozstać się ze swoją kolekcją zdobytą za cenę ludzkiego życia.

W maju 2007 r. doszło do pożaru w budynku archiwum fabryki „Ural”. Wśród zgliszczy strażacy znaleźli fragmenty automatu Kałasznikowa, skradzionego wiele lat temu szeregowemu z fabryki „Ural”, oraz metalowe elementy przypominające sprzączki. Po długich badaniach okazało się, że to elementy paska, którego używają strażacy. Dopiero wtedy, po dziewięciu latach od pierwszego ataku Gieraszczenki, milicja połączyła kropki i skojarzyła, że napadów na uzbrojonych ochroniarzy i milicjanta dokonała ta sama osoba. Ponownie przesłuchano wszystkich świadków, część z nich została nawet poddana hipnozie. Cztery osoby nakreśliły bardzo dokładny portret pamięciowy napastnika. Jednocześnie jeden ze śledczych przypomniał sobie o charakterystycznej latarce znalezionej w pobliżu ciała Julii Tiuchtinej. Taki typ płaskiej latarki można było kupić tylko w jednym sklepie w 100-tysięcznym mieście. Sprzedawczyni błyskawicznie przypomniała sobie, kim był kupujący. – To strażak – powiedziała bez wahania, opisując klienta. Elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce…

Plan ucieczki

Gieraszczenko już miał bilet na samolot do Hiszpanii. Autobus, którym jechał na lotnisko, został zatrzymany. Aleksandr nie wiedział, że od wielu dni jest śledzony przez milicjantów. Aresztowali go tuż przed ucieczką. Gieraszczenko uznał, że najniższy wymiar kary dostanie, jeśli będzie współpracować w śledztwie. Od razu przyznał się do siedmiu zabójstw i kilkudziesięciu napadów (większość z nich była nieudana), pokazał też miejsce, w którym od lat ukrywał swoje zdobycze. Chwalił się, że regularnie czyścił i pielęgnował broń. Bez emocji opowiadał o zabójstwie ochroniarki, głos nie zadrżał mu również wtedy, gdy opowiadał o zamordowaniu Julii. Był szczerze przekonany, że kiedyś jeszcze wyjdzie na wolność. Usłyszał jednak wyrok dożywocia, który odsiaduje w… Solikamsku, w kolonii karnej „Biały Łabędź”.

Śledczy, którzy prowadzili sprawę „Solikamskiego Strzelca”, do dziś ze zgrozą wspominają, że Aleksandr Gieraszczenko nigdy nie spojrzał w oczy bliskim swoich ofiar. Wyraził skruchę na piśmie, co w jego mniemaniu załatwiało sprawę. Poza tym z wielką dumą opowiadał, jak śledził swoje ofiary, wybierał miejsce ataku, jak przygotowywał się do napadu. Był niczym myśliwy na polowaniu. Polowaniu na ludzi.