Przed każdymi świętami, na tydzień przed, planuje każdy dzień. I tak…
Poniedziałek: myję glazury.
Wtorek: szafki kuchenne.
Środa: myję okna.
Czwartek: szoruję drzwi, meble, listwy przypodłogowe.
Piątek: wszystko piorę i prasuję (firany, pościel, obrusy, pokrycia z kanap)…
Przed samą Wigilią wszystko musi już być wymyte, wyprasowane, ozdobione, czyli musi pachnieć czystością i porządkiem. Najchętniej wszystko ma być białe: obrusy, zasłony, kanapy, pledy, kwiaty, świece i oczywiście choinka.
I tak co roku szaleję do drugiej w nocy (potrafię sprzątać od 7-8 rano do 2-3 w nocy), zawieszając ostatnie zasłony, pakując ostatni prezent.
A potem wpadam w rozpacz na widok pyłku na schodach, albo plamki na lustrze glazury. Wiem, że to nie jest normalne, gdy już podczas przyjęcia chowam torebki gości rzucone niedbale na fotel czy kanapy, ale nie potrafię inaczej… Wszystko musi być na 1000%. Wszystko musi pasować do siebie i mieć swoje miejsce. Chciałabym sobie odpuścić, ale nie potrafię. Padając na twarz odczuwam jednak wewnętrzny spokój i zadowolenie. Otaczając się idealną czystością, mogę wreszcie odprężyć się, poczytać książkę i napić się kawy w ulubionym (białym) kubku.
Zawalam
Przez to zawalam inne rzeczy np. wpadam spóźniona do fryzjera, po czym okazuje się, że wizytę miałam owszem umówiona na piątek, ale w zeszłym tygodniu albo gubię prezent wychodząc z samochodu lub wręczam go nie tej osobie, co potrzeba.
Może to jakaś choroba psychiczna? A może rekompensata, że w życiu nie układa mi się w idealnym porządku? Więc porządek robię tam, gdzie mogę… nawet sobie wmawiam, że nic mnie nie obchodzą niepoukładane ubrania w szafie, wytrzymuję w tym udawaniu tylko chwilę. Kończy się to wyrzuceniem wszystkiego i układaniem pod linijkę i w schemacik kolejnych bluzek i swetrów. Dodam tylko, że ubrania układam w tonacjach – od czarnego po szary, następnie błękitny przechodzi w biały, biały przechodzi w beż i kończy się brązem.
Nie, to nie może być normalne… jest bardzo wiele oczekiwań wobec kobiet, a my Siłaczki chcemy temu sprostać i to się nam udaje, ale dużym kosztem nas samych… Każdej z nas należy się pomnik z podpisem – słaba płeć, a jednak najsilniejsza.
To jest też nasze historyczne brzemię, bo byłyśmy wychowywane pod presją i później wchodziłyśmy w dorosłe życie uważając, że we wszystkich życiowych rolach musimy być doskonałe. Tylko, że świat się zmienił i teraz chcemy zawodowo również „błyszczeć”; no i robi się problem, bo wszystkiego na 100% nie da się zrobić.
Txt: Czytelniczka Damosfery
Foto: pixabay



