Okrucieństwo nie do pojęcia. Mścił się na "niegrzecznych chłopcach" [18+]

Okrucieństwo nie do pojęcia. Mścił się na "niegrzecznych chłopcach" [18+]

Siergiej Gołowkin nie chciał umierać. Gdy usłyszał wyrok sądu skazujący go na najwyższy wymiar kary, postanowił walczyć. Napisał apel do prezydenta Federacji Rosyjskiej Borysa Jelcyna, by darował mu życie. Liczył, że dożyje do dnia, w którym w Rosji zacznie obowiązywać moratorium na wykonanie kary śmierci. Bezskutecznie. Strażnicy więzienni, prowadzący go na rozstrzelanie, złamali wszelkie procedury i powiedzieli Gołowkinowi, że za kilkadziesiąt minut będzie martwy. Chcieli, by skazany choć przez ten krótki moment poczuł przerażenie równe temu, które przeżywały jego ofiary. Siergiej Gołowkin był bowiem jednym z najokrutniejszych seryjnych morderców, którzy kiedykolwiek istnieli w Związku Radzieckim. Zakatował, zgwałcił i udusił co najmniej 11 dzieci.

Lato 1984 r. było jednym z najgorętszych w całej dekadzie. Żar lał się z nieba, więc rodzice chętnie wysyłali dzieci na obozy pionierskie (pionierzy – młodzieżowa organizacja komunistyczna w ZSRR – red.), które jak grzyby po deszczu powstawały w całym ZSRR od pierwszego dnia wakacji. Na obozach dzieci i nastolatki w ciągu dnia uczyły się o przewodniej roli partii komunistycznej i życiu Władimira Lenina, grali w sportowo-militarną grę "Zarnica" ( błyskawica letnia – red.), podczas której walczyli z wyimaginowanym wrogiem, a w nocy opowiadali sobie straszne historie o "czarnej Wołdze", duchach i mordercach. Jedną z legendarnych postaci "straszyłek" był mężczyzna o pseudonimie Fiszer – wysoki, zgarbiony, o bladej twarzy, która staje się ostatnią rzeczą, jaką widzą napotkane przez niego osoby. Fiszer był bowiem krwawym i bezwzględnym mordercą niegrzecznych dzieci.

Atak na obozie

13-letni Andriej P. do najgrzeczniejszych nie należał. Od niedawna nałogowo palił, posmakował już też alkoholu. Choć w swoich oczach był już wystarczająco dorosły, by korzystać z tych używek, wiedział, że przyłapanie z papierosem oznacza poważne kłopoty. Dlatego wymykał się z terenu obozu pionierskiego o dość nietypowej nazwie "Romantyk", by pod płotem zaciągnąć się Biełomorami bez filtra. Bał się, że zauważy go któryś z opiekunów, dlatego pobladł, gdy pewnego dnia zobaczył zbliżającą się przygarbioną postać. Odetchnął, gdy w wysokim mężczyźnie nie rozpoznał żadnego z pracowników obozu, po chwili jednak mocno pożałował, że znalazł tak dobrą kryjówkę przed dorosłymi – mężczyzna bowiem wyciągnął długi nóż i kazał Andriejowi iść w głąb lasu. Chłopak jak zahipnotyzowany wykonał polecenie.

Po kilku minutach Andriej poczuł, że na jego szyi zaciska się pętla, chwilę później już wisiał w powietrzu głową w dół, spętany grubą liną z profesjonalnie zaciśniętymi węzłami. Nie zdążył nawet krzyknąć – stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, leżał pod drzewem, ze związanymi sznurem nogami i rękami. Zaczął rozdzierająco krzyczeć. Wtedy właśnie znaleźli go wychowawcy, którzy zaniepokoili się zniknięciem jednego z podopiecznych i poszli go szukać poza terenem obozu.

Chłopak nie potrafił opowiedzieć, co się stało, miał pustkę w głowie i nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Odzyskał mowę dopiero po kilku dniach. Wtedy też opowiedział o spotkaniu z dziwnym mężczyzną, który groził mu śmiercią. Milicja wszczęła dochodzenie w sprawie i nawet wytypowała potencjalnego sprawcę – młodego mężczyznę, skazanego już wcześniej za uwodzenie nieletnich (w latach 80. nie używano jeszcze bowiem terminu "molestowanie seksualne"). Podejrzany zauważył, że jest śledzony. Dzień później popełnił samobójstwo. Sprawę zamknięto. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że prawdziwy sprawca uciekł z miejsca zdarzenia, uznając chłopca za martwego. Nigdy więcej żadnej z jego ofiar nie udało się przeżyć spotkania z oprawcą – Siergiejem Gołowkinem.

Tyran

Gołowkin urodził się 26 listopada 1959 r. Był chorowitym dzieckiem, ale rodzice uznawali, że najlepszym rozwiązaniem problemów zdrowotnych syna będzie hartowanie jego organizmu. Dlatego niemal codziennie ojciec Siergieja oblewał go zimną wodą. Zresztą, ojciec miał plan zrobienia z niego prawdziwego mężczyzny, dlatego wyśmiewał zgarbioną sylwetkę i zapadniętą klatkę piersiową syna. Drwił i bił, gdy chłopak moczył się podczas snu – a z powodu choroby nerek działo się to niemal co noc. Matka, nieśmiała i potulna, bała się męża, dlatego też nigdy nie stanęła w obronie syna. Agresja ojca alkoholika wywarła potężny wpływ na syna, który zaczął marzyć o zemście. Swoją frustrację wyładowywał na zwierzętach – w okrutny sposób zabijał bezdomne koty, a któregoś dnia włożył do akwarium grzałkę i ugotował rybki ojca. Jednocześnie opowiadał wszystkim, jak bardzo kocha konie i że planuje studia na weterynarii.

Jako nastolatek Siergiej uczył się dobrze, po egzaminie dojrzałości dostał nawet srebrny medal jako drugi najlepszy uczeń w szkole. Bez problemu dostał się na zootechnikę, a po studiach zatrudnił się w jednej z państwowych stadnin koni, znajdującej się w prestiżowej podmoskiewskiej miejscowości Gorki-10, w której znajdowały się dacze prominentnych działaczy partii komunistycznej.

Gdy Gołowkin był jeszcze studentem, został napadnięty przez grupę podchmielonych nastolatków i ciężko pobity – stracił przednie zęby, miał wstrząśnienie mózgu i doznał licznych złamań. Wtedy w jego głowie zaczęła rodzić się coraz przemożniejsza chęć zemsty – nie tylko na oprawcach, ale też na ojcu, którego obwiniał za swoją bezwolność, słabość i chorowitość. Upatrzył sobie typ ofiary, której zamordowanie stanowiłoby akt zemsty – musiał to być chłopiec w wieku od 13 do 15 lat, ciemnowłosy, niezbyt wysoki, skłonny do przygód i awantur, a nawet łamania prawa. W ten pokrętny sposób Siergiej Gołowkin tłumaczył sobie, że zabija tylko niegrzecznych chłopców, którzy zasługują na karę.

Kara

Jego pierwszą ofiarą był 13-latek, który w kwietniu 1986 r. pojechał do dziadków mieszkających pod miejscowością Odincowo. Chłopiec zamierzał nazbierać soku z brzozy – uznawanego w Rosji za napój o właściwościach leczniczych. Gołowkin zauważył dziecko, zabierające słój z sokiem. Oburzył się, że chłopak "niszczy przyrodę". Pobił chłopca do nieprzytomności, a później zgwałcił i udusił. Po dokonaniu zabójstwa okaleczył ciało, odcinając genitalia.

Zwłoki dziecka następnego dnia odnalazł ojciec 13-latka. Był to początek okrutnej serii mordów, z których każdy kolejny był coraz bardziej szokujący. Siergiej Gołowkin lubował się w zadawaniu bólu, więc gdy w 1988 r. udało mu się kupić samochód i garaż, od razu zaczął budować piwniczkę. Kolegom z pracy tłumaczył, że chce tam przechowywać zapasy, w rzeczywistości jednak wybudował salę tortur. Zwabiał do garażu chłopców, którym obiecywał "dolę" za udział w napadzie lub kradzieży, a następnie przywoził ich do garażu i tam przez kilkanaście godzin znęcał się nad nimi i dusił. Co ciekawe, garaż położony był w odległości ok. 500 m od granicy posiadłości ówczesnego prezydenta Rosji Borysa Jelcyna.

Szczegóły zbrodni dokonywanych przez Gołowkina są tak drastyczne, że nawet po latach budzą grozę, a poziom jego okrucieństwa przekracza wszelkie pojęcie. Jednej ze swoich pierwszych ofiar odciął głowę i pokazywał ją kolejnym porwanym chłopcom, by pogłębić ich przerażenie. Śledczy zwrócili uwagę, że wszystkie zamordowane przez Gołowkina dzieci miały siwe włosy – osiwiały ze strachu podczas tortur…

Siergiej Gołowkin przez wiele lat nie wzbudzał podejrzeń milicji, choć prowadzący sprawę prokuratorzy wiele razy bywali w stadninie koni, w której pracował. Gdy stworzono profil psychologiczny sprawcy (podejrzewano, że może być nim nawet najbardziej znany rosyjski seryjny zabójca Andriej Czikatiło), uznano, że zabija mieszkaniec miejscowości Odincowo, w której popełniono większość zbrodni. Gołowkinowi pomogła radziecka biurokracja – był zameldowany w Moskwie i dlatego nie znalazł się na liście mężczyzn "do sprawdzenia". Kolejnym czynnikiem, który sprawił, że śledztwo zostało skierowane na niewłaściwe tory, było zeznanie "świadka" – kolegi jednej z ofiar. Nastolatek zeznał, że widział, jak jego przyjaciel idzie do lasu z wysokim mężczyzną, który ma na nadgarstku tatuaż przedstawiający sztylet, wokół którego wiją się węże. Mężczyzna miał powiedzieć, że jest zbiegłym skazańcem, walczy z władzą radziecką, a nazywa się Fiszer. Milicjanci i prokuratorzy podjęli ten trop – nikt nie zapytał nastolatka, dlaczego właściwie morderca, planujący tak okrutne morderstwo, podał mu swoje nazwisko bądź pseudonim. Po kilku miesiącach, zaangażowaniu tysięcy funkcjonariuszy i sprawdzeniu każdego Fiszera w Rosji "świadek" zeznał w końcu, że wszystko zmyślił. Śledczy znów byli w punkcie wyjścia.

Ostatnia zbrodnia

We wrześniu 1992 r. Siergiej Gołowkin uprowadził trzech nastolatków, których poznał kilka tygodni wcześniej. Często podwoził ich na stację kolejową, gdy wybierali się do Moskwy, by pograć "na automatach" w jednym z tamtejszych salonów gier. Pewnego dnia Gołowkin zaproponował im, by pomogli mu okraść stadninę, w której pracował. Na swoje nieszczęście, chłopcy się zgodzili. "Gdyby odmówili, po prostu odwiózłbym ich na stację i oszczędził" – zeznawał później morderca.

Wszyscy trzej zginęli w męczarniach. Ostatnią z ofiar Gołowkin torturował przez ponad 12 godzin, każąc m.in. patrzeć na śmierć przyjaciół. Okaleczone ciała zakopał w płytkim grobie, który natychmiast rozgrzebały zwierzęta.

Gdy znaleziono zwłoki trójki zaginionych nastolatków, przerażenie mieszkańców podmoskiewskich miejscowości sięgnęło zenitu. Morderca miał na sumieniu już 11 istnień. Wielu rodziców zakazało dzieciom wychodzić z domu i samodzielnego chodzenia do szkoły, niektórzy zdecydowali się wyprowadzić z "przeklętego" miasta. Okazało się jednak, że jest świadek, który dokładnie zapamiętał, z kim chłopcy spotkali się w dniu zaginięcia. Czwarty nastolatek, członek paczki przyjaciół, nie chciał brać udziału w napadzie i dlatego nie przyszedł na spotkanie z "wujkiem Sieriożą ze stadniny", o którym z wypiekami na twarzy opowiadali mu koledzy. Nie jeździł też do Moskwy, do salonu gier, dlatego Gołowkin nie wiedział o jego istnieniu.

Milicjanci jeszcze przez miesiąc obserwowali podejrzanego. Zatrzymali go w październiku 1992 r., gdy krążył po szosie w poszukiwaniu kolejnej ofiary. Siergiej Gołowkin początkowo zaprzeczał wszystkim oskarżeniom i domagał się szacunku dla "przodownika pracy" – szczycił się bowiem tym, że ma na koncie najwięcej sztucznych inseminacji kobył w stadninie. Stracił rezon dopiero po tym, jak zorientował się, że śledczy byli już w jego garażu i znaleźli narzędzia, którymi torturował swoje ofiary…

Zachowanie Gołowkina szokowało. Ze spokojem opowiadał o rozczłonkowywaniu ciał, preparowaniu skóry ofiar, a nawet akcie kanibalizmu, którego się dopuścił pod koniec lat 80. Na prośbę śledczego "Pokaż, jak rozcinałeś ciało" odpowiadał: "Przyprowadź syna, to pokażę". Podczas procesu udowodniono mu 11 zabójstw, choć uważa się, że mógł odpowiadać za niemal 40 zbrodni.

Apelacja

Siergiej Gołowkin został skazany na karę śmierci. Gdy usłyszał wyrok, nie mógł się z nim pogodzić. Nie chciał umierać i twierdził, że gorzko żałuje za grzechy, nawrócił się i chce odpokutować swoje winy. Napisał prośbę o darowanie mu życia do prezydenta Borysa Jelcyna – krótko po tym została odrzucona. Wierzył jednak, że uda mu się doczekać chwili, w której Rosja miała wprowadzić moratorium na wykonywanie kary śmierci w związku z wejściem do Rady Europy (przestrzeganie zapisów Protokołu nr 6 do Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, która zakazuje krajom członkowskim stosowania tej kary), przeliczył się jednak.

1 sierpnia 1996 r. strażnicy więzienni poinformowali Gołowkina, że tej nocy zostanie rozstrzelany zgodnie z wyrokiem sądu. Złamali przy tym wszystkie regulacje, które zakazywały informowania więźniów o dacie wykonania wyroku. Funkcjonariusze więzienni tłumaczyli się później, że chcieli sprawić, by "monstrum" poczuło się przez chwilę tak. jak ofiary, które katował. Dokumenty dotyczące wykonania ostatnich wyroków śmierci nadal są tajne, uważa się jednak, że to właśnie Gołowkin stał się ostatnim straconym więźniem w Rosji.

Garaż, w którym ginęli nastolatkowie, został zrównany z ziemią. Bliscy ofiar i mieszkańcy do dziś wieszają na okolicznych drzewach wiązanki dla upamiętnienia istnień, które zginęły w tym miejscu. Gowłowkin spoczął w nieoznaczonej więziennej mogile.