Polskie szkoły. Czy są gotowe na przyjęcie dzieci uchodźców?

Polskie szkoły. Czy są gotowe na przyjęcie dzieci uchodźców?

Wasze dzieci zapewne mają już w klasach nowych kolegów i koleżanki…

Nie tak dawno zadzwoniła do mnie wychowawczyni z zerówki. Zapomniałem zapłacić za warsztaty dla dziecka… Nauczycielka pilnie wezwała mnie do szkoły, żeby uiścić opłatę na chwilę przed rozpoczęciem zajęć. Udało się, zdążyłem. Córka poszła na zajęcia, a ja się zastanawiałem jak to możliwe, że zapomniałem zapłacić… Myślałem też o tym, co by było, gdybym nie miał tych pieniędzy? Zdarza się, że ktoś nie ma pieniędzy, prawda? Może się zdarzyć, że jest na przykład uchodźcą... Co wtedy?

Słyszałem niedawno opowieść o szkole podstawowej w województwie dolnośląskim, która przyjęła dzieci uchodźców z Ukrainy, wręczając jednocześnie ich rodzicom kartki z tzw. wyprawką. Listę, którą dobrze znamy. Kartka zapisana drobnym drukiem. Wydatki – ok. 400 zł. Dla nas rodziców przyzwyczajonych do wydatków szkolnych może to nie problem, ale dla rodziny, która przyjechała właśnie z jedną walizką i która nie może nawet wymienić przywiezionej waluty na złotówki, może to być barierą nie do przekroczenia. Ktoś ze społeczników organizujących pomoc dla uchodźców w tym miasteczku spytał się: po co tyle rzeczy, przecież za trzy miesiące jest koniec roku szkolnego?! Ludzie zaczęli dzwonić, pani wiceprezydent miasta interweniowała. Dyrekcja szkoły przepraszała, ot tak „odruchowo” wręczyła te druczki rodzicom.

Za chwilę zaczną się zielone szkoły. Już dawno zapomnieliśmy o intencjach ustawodawcy. Zielone szkoły miały być czasem nauki w otoczeniu przyrody. Cóż z tego, że Lasy Państwowe dysponują ogromną bazą ośrodków edukacji leśnej w symbolicznej cenie. Nauczyciele wybierają Zieloną Szkołę w Pradze, Krakowie, ostatecznie w ośrodku wczasowym. Znaczna część dzieci nie jedzie wcale. Przeważnie są to dzieci samotnych mam, ubogich rodziców, często dzieci imigrantów. Zaskakująca koincydencja? Po prostu nie stać ich na taką „integrację”. Szkoła zrealizuje dla tych dzieci zastępcze lekcje lub zabawę w świetlicy, podczas gdy ich koledzy i koleżanki będą się integrować na zielonej trawce. Kolejnym wydatkiem, często niezbędnym w procesie edukacji są korepetycje. Nasz polski fenomen. Trzeba brać prywatne lekcje, często u nauczycieli, żeby nadążyć za tempem realizacji podstawy programowej. Można by wymieniać jeszcze wiele takich przykładów. Dla samotnej mamy, która opłaca leki dla siebie, raty, wynajem mieszkania, nawet z pomocą programów socjalnych – jest to realnym problemem, wykluczającym jej dziecko z systemu. W ten system wolnoamerykański wchodzą teraz dzieci uchodźców.

Środek tygodnia. Odbieram wiadomość: pojutrze jest dzień pandy i dzieci mają ubrać się na czarno-biało, a w piątek na czerwono i zielono. Jeśliby ktoś wymyślił dzień solidarności z Ukrainą, to zanim każe dzieciom przyjść do szkoły na niebiesko-żółto niech pomyśli przez chwilę. Czy te dzieci uchodźców na pewno mają pełną szafę ubrań w różnych kolorach?

Dzieci z Ukrainy i ich rodzice mogą być bardzo zaskoczeni, że mamy maksimum pięć godzin aktywności fizycznej w tygodniu, ale za to dla tych, którzy zapłacą po kilkaset złotych, odbywają się dodatkowe zajęcia sportowe na szkolnym boisku, w szkolnej sali gimnastycznej. Prowadzone przez wuefistę, często w czasie lekcji (naprawdę tak się dzieje). Utalentowane sportowo dzieci mają szansę rozwijać się tylko, jeśli ich rodzice mogą dołożyć co najmniej kilkaset złotych miesięcznie na zajęcia sportowe.

Szkoła powszechna – wybudowana i utrzymywana, i dotowana z naszych podatków na naszych oczach zamieniła się w targowisko. Kiedy to się stało? Nawet nie zauważyliśmy. Dziesiątki prywatnych firm oferują nam setki możliwości. Ktoś mógłby pomyśleć, że w prywatnych szkołach jest jeszcze gorzej. Nic bardziej mylnego. Płatnych lekcji dodatkowych tam nie uświadczysz. To ci niespodzianka…

Szkoła, która szuka atrakcji na zewnątrz, mając tak bogate narzędzia i atrakcyjną infrastrukturę (którą tak chętnie przecież podnajmują zewnętrzne firmy) wykazuje się krótkowzrocznością, uczestnicząc w tej dwuznacznej grze. Rozumiałbym potrzeby edukacyjne, np. w zakresie kultury wysokiej. Odwiedzić wystawę w galerii sztuki, muzeum miejskie, operę, teatr (nie mam na myśli objazdowych spektakli niskobudżetowych z lekturami szkolnymi tylko ambitne, nowatorskie spektakle). Nie pamiętam jednak takich inicjatyw. Wygrywa łatwizna, tandeta, niewysokie loty. Większość tych zajęć – naprawdę rodzice mogliby przeprowadzić z dziećmi we własnym zakresie. Nie na tym polega misja szkoły powszechnej. Kto wybiera te firmy, a nie inne? Nie wiem. Dlaczego odbywają się warsztaty z masy solnej i mydełka, a nie spotkanie z młodymi naukowcami wolontariuszami – nie wiem. Dlaczego robotyka to zwykłe klocki, a po jednokrotnych zajęciach z kodowania moja skrzynka przez dwa lata była spamowana ofertami płatnych kursów o wątpliwej jakości? Zapewne z perspektywy właścicieli tych firm jest to wszystko niezbędne. Z mojej perspektywy ich realizacja nie ma nic wspólnego z realizacją programu nauczania i te propozycje powinny dotyczyć aktywności i kompetencji rodziców, a nie szkoły powszechnej. Gdzieś popełniliśmy błąd.

Ministerstwo Edukacji oficjalnie potępia te praktyki, nazywając je wprost prowadzącymi do bezpośredniego wykluczania społecznego. Odsyła do samorządu. Samorząd w osobie, bardzo sympatycznego, kompetentnego, nowoczesnego urzędnika odpowiada: jest to kompetencją dyrekcji szkoły i rady rodziców. Wymienia całą listę miejskich ośrodków wsparcia i prosi, by broń Boże nie prowadzić publicznej zbiórki. Bo będzie wstyd dla miasta.

Tymczasem każdego dnia przybywa w systemie dzieci, które uciekają przed wojną. Ich rodzice często nie mają dostępu do zgromadzonych przez lata zasobów. Często nie mają nic. Dzieci oprócz bariery językowej, innego modelu szkolnictwa zostają włączone w system edukacji ekskluzywnej i wykluczającej. W grę biznesową, która odbywa się polskich szkołach. Wielkie, państwowe szkoły organizują akcje – angażują rodziców. Kupujemy te wyprawki. Pomagamy i to jest fantastyczne, ale jeśli chcemy asymilacji dzieci uchodźców, jeśli nie chcemy przysporzyć im przykrości – pomyślmy o tym, kiedy będziemy mnożyć propozycje wyjść i atrakcji. Spytajmy się nauczyciela, czy na pewno cała klasa będzie mogła wziąć udział w zajęciach i wycieczce. Zatroszczmy się po prostu o te dzieci. Może zaczniemy rozmawiać o powrocie ogólnodostępnej edukacji w państwowych szkołach? O inkluzywnym, otwartym modelu opartym o infrastrukturę i możliwości szkoły. Otwórzmy ją dla społeczników, rodziców, organizacji pozarządowych. Korzystajmy z zasobów, zamiast wynajmować je za pieniądze. Nie oddawajmy pola prywatnym firmom w czasie potrzebnym na realizacje programu nauczania. Na kręgle można iść po szkole. Do kina z rodzicami. Nie po to utrzymujemy szkoły. To nasze wspólne dobro, które wynajmujemy komercyjnym firmom, zamiast korzystać z niego powszechnie. Ile zajęć, ile inicjatyw, które rzeczywiście budowałyby społeczność szkolną, rzeczywiste równouprawnienie. Nasze dzieci odebrałyby znakomitą lekcję samodzielności, zaangażowania i rzeczywistej troski o innych.

Wiele osób zakłada, że odkąd jest pięćset plus, to hulaj dusza, piekła nie ma. Rodzic ma moralny obowiązek płacić, jeśli jest „dobrym rodzicem”. W naszej szkole w Gdańsku po lockdownie odbyło już ponad kilkanaście płatnych zajęć i mnożą się projekty kolejnych. Dyrektor szkoły nawet nie odpowiada na pismo w sprawie ilości płatnych zajęć i możliwości włączenia w nie dzieci z Ukrainy. Prośby i apele do samorządu, aby choćby monitorować skalę zjawiska nie dały żadnego rezultatu. Także my, jako rodzice przełykamy tę żabę, niektórzy nawet z zadowoleniem, że mają i mogą...

Jakie jest Wasze zdanie w tej sprawie? Zapraszam do udziału w dyskusji. W kolejnym felietonie przedstawię fragmenty z nich. Czekam na Wasze maile pod adresem: [email protected]