Retro Wielkanoc

Retro Wielkanoc
Polska pocztówka, Wikipedia

„Organizowanie rautów, herbatek i obiadów bez tańców jest dozwolone w poście, prócz środy popielcowej i wielkiego tygodnia, kiedy życie towarzyskie zupełnie śpi. Wielkanoc rozpoczyna już jak gdyby okres wiosenny. Obowiązki światowe się kończą, każdy myśli o nadchodzącym lecie i korzysta z pierwszych, cieplejszych promieni słońca. Gościnne salony się zamykają”.

Powyższy wyimek z podręcznika dobrych manier (lata 20. XX w.) dobrze pokazuje miejsce świąt wielkanocnych w towarzyskim kalendarzu socjety. Była to ważna cezura, która oddzielała pełen atrakcji tanecznych i towarzyskich karnawał (i sezon matrymonialny) od czasu oczekiwania na porę letnią, okres spacerów, pikników, wycieczek i letnisk. Oczywiście w miastach. Na wsiach wiosenne święto zdawało się istotnie początkiem przebudzenia do życia – także tego towarzyskiego. Po długich zimowych wieczorach spędzanych w ciasnych izbach nastawał czas ciepłych dni i późnych zmierzchów, wspólnej pracy na roli, przy obejściach, festynów, obrzędów i zabaw pod gołym niebem.

Święto wiosny

Sama Wielkanoc to nie tylko najdonioślejsze święto wyznawców chrześcijaństwa, ale też niezwykle radosna uroczystość. Zanim nabrała stricte religijnego wymiaru, przez wiele stuleci celebrowana była „pogańsko”, jako Jare święto, a pretekstu do świętowania dostarczała naocznie sama natura. W żadnej innej porze roku cykl życia nie jest tak łatwo uchwytny jak wiosną. Odradzająca się po zimie przyroda to przecież zwycięstwo życia nad śmiercią, nocy nad dniem i jasności nad ciemnością.

W „Bluszczu” z 1928 roku czytamy: „Z okresem nadejścia wiosny wiąże się wiele ludowych zwyczajów. Jednym z pierwszych, zanim jeszcze wiosna się zbliży, jest wypędzanie Zimy. Wiejska młodzież robi bałwana ze słomy. Następnie zbierają się całą gromadą, zazwyczaj w chacie, z której śmierć ostatnio kogoś zabrała, i stamtąd, niosąc ze sobą bałwana, wyruszają do rzeki. Tu topią go wśród okrzyków zebranych. Jest to oswobodzenie wsi od panowania Zimy”.

Nie tylko u nas zresztą wielkanocne zwyczaje mają tradycję dużo dłuższą niż ustanowione święto kościelne. W językach germańskich sama nazwy „Ostern” i „Easter” pochodzą od imienia pradawnej bogini Ostary, uosobienia wiosny. Z jej mitologii pochodzi też wielkanocny zając, który w niektórych krajach… znosi jajka. Bogini Ostara, według jednego z germańskich podań, ulitowała się nad marznącym w przedwiosennych mrozach ptakiem i zamieniła go w okrytego futerkiem zająca. Ten, ptasim zwyczajem, pozostał jednak w gnieździe, a wiosną okazało się, że zniósł do niego jajka.

Wielkanocne ucztowanie

„Nigdzie tych zwyczajów wielkanocnych nie ma, jakie się zachowały dotąd w Polsce. W ogóle w Polsce niestety poświęcano za wiele czasu ucztom (…)” – Maria z Colonna Walewskich Wielopolska z niesmakiem wytykała rodakom nadmierne obżarstwo, szczególnie z okazji świąt właśnie.

O ile w wiekach średnich tłumaczono tę rozpustę wcześniejszym postem, o tyle od wieku XIX autorzy podręczników dobrych manier (jak Maria Vauban i Michał Kurcewicz) oraz konserwatywni publicyści ubolewali nad faktem, że nawet wielki post staje się już postem tylko z nazwy. Coraz częściej nie widzi się już wstrzemięźliwości ani od nadmiernie sutych posiłków, ani od hulaszczych zabaw. Wielkanoc wyróżniała się jednak zawsze rodzinnym, prywatnym charakterem celebracji oraz specyfiką potraw. Jajko, jako symbol życia i odrodzenia znany na długo przed tradycją chrześcijańską, na dobre zagościło na wielkanocnych stołach. Dzielimy się nim, spożywamy pod każdą postacią, dodajemy do świątecznego żuru (lub barszczu, zależnie od regionu), imitujemy je w formie gotowych lub własnoręcznie wykonywanych słodyczy. Część z tych potraw jest dziś spotykana w wielu krajach z naszego kręgu kulturowego; nie było to tak oczywiste w czasach dwudziestolecia międzywojennego. Redaktorka „Bluszczu” przytoczyła ciekawe „Zwyczaje wielkanocne ludu francuskiego”, pisząc: „Choć nie spotykamy zwyczaju dzielenia się jajkiem w dniu Wielkiejnocy – wzajemne obdarzanie się jajkami jest inną formą wymiany życzeń i rodzajem uczty wspólnej. W tej ostatniej lud francuski każe uczestniczyć samemu Bogu, albo Matce Jego, utrzymując, że próżnia, jaka się w jajku tworzy, jest ich kąskiem”.

Oczywiście, nie tylko z jajek składa się wielkanocny stół. Baby drożdżowe, pasztety, pieczenie, kiełbasy i wędzonki, pascha, mazurek, chrzan – trudno bez nich wyobrazić sobie święta wielkanocne dziś i równie trudno byłoby sto i dwieście lat temu. Tak jak jajko, odwieczny symbol życia i witalności, miało chronić domostwo przed śmiercią i złem, tak uginające się od potraw stoły zdawały się zaklinać dobry los, pomyślność i obfitość darów natury dla spożywających wspólnie wielkanocne śniadanie.

Nie zmieniło się przez stulecia praktyczne podejście prasy poradnikowej w tym zakresie. „Praktyczne i oszczędne gospodynie niechaj pamiętają, że wobec zbliżających się świąt trzeba koniecznie nabyć książeczki p.t. ‘Ciasta wielkanocne’ i ‘Pisanki’, które uczą smacznego i oszczędnego przygotowania babek, placków i mazurków i dają sposoby kraszenia jajek wielkanocnych” – przeczytamy w reklamie z prasy kobiecej z początków XX wieku. Dziś zaś bez trudu znajdziemy w kioskach broszurki „100 pomysłów na wielkanocne baranki” i zachęty w prasie poradnikowej do przesyłania własnych pomysłów na nietypowe podanie wielkanocnych jaj. Na bardzo podobne mogły liczyć czytelniczki wysokonakładowej prasy kobiecej z okresu Polski Ludowej. Choć więcej w nich zapewne – z racji ówczesnej ekonomii niedoboru – było pomysłowości i kreatywnych rozwiązań.

Lany poniedziałek

Jędrzej Kitowicz w „Opisie obyczajów za panowania Augusta III” przedstawił brutalny obraz XVIII-wiecznego dyngusa: za szczytowe osiągnięcie uznawano zgotowanie go damie jeszcze przed porannym wstaniem z łóżka. Panowie (zazwyczaj domownicy) planowali napaść w kilku, tak, aby skutecznie przytrzymać białogłowę. Zgotowana jej kąpiel nie oszczędzała łoża, pościeli, pierzyn, ani najbliższego otoczenia. Aby uniknąć takiego losu, kobiety starały się tego dnia wstać szczególnie wcześnie.

Zapewne z tej niechlubnej tradycji wywodzą się współczesne (bo znane „dopiero” od kilkudziesięciu lat) barbarzyńskie obyczaje lania wody z wiaderek, butelek, pistoletów na wodę czy tzw. bomby wodne, a wcześniej wrzucanie panien do potoków. Ich całkowitym przeciwieństwem było „arystokratyczne” wydanie śmigusa dyngusa. W dawnej Warszawie na przykład polewano damy wodą kolońską lub perfumowaną wodą. Ze względów wizerunkowych warto było jednak dać się zlać: im bardziej mokra panna, tym dosadniej świadczyło to o jej powodzeniu.

A ponieważ cały obyczaj miał źródło w przedchrześcijańskiej wierze w oczyszczającą moc wody i w to, że oblanie nią zapewnia zdrowie, pomyślność i płodność (a czasem i szybkie zamążpójście lub ożenek), to tradycja ta nie oszczędziła (i nie oszczędza do dziś) również mężczyzn. Zwyczajowo dziewczęta brały odwet na chłopcach w tzw. lany wtorek, ale ponieważ bywało, że wyrównywanie rachunków przeciągało się, Kitowicz przytacza przysłowie: „Aż do Zielonych Świątek można lać się w każdy piątek”. I chodziło mu o lanie się wodą, jak wynika z kontekstu. W każdym razie o randze tej tradycji narodowej niech świadczy fakt, że do dziś w warszawskim muzeum narodowym można podziwiać obraz „Dyngus” Zofii Stryjeńskiej.

Żarty nie na żarty

Wydaje się, że od „śmigusa dyngusa” psotny charakter zaczerpnął dzisiejszy prima aprilis, młodszy od tradycji lanego poniedziałku. Zwyczajowo radosny charakter Wielkanocy oddawano, szczególnie na wsiach, w gospodarstwach, wygłupami i dowcipami, inicjowanymi w nocy ze świątecznej niedzieli na poniedziałek. Młodzieży zdarzało się wyprowadzać bydło z obórek lub zamieniać je miejscami i serwować sąsiadom inne pomysłowe żarty, które miały – a jakże – zapewnić pomyślność całej społeczności. Z czasem Wielkanoc zyskiwała jednak na znaczeniu jako święto religijne, podniosłe, wielkanocny poniedziałek pozbył się zatem części swego krnąbrnego i rubasznego charakteru na rzecz całkiem świeckiego prima aprilis. Od XVII wieku to również tego dnia należy zachować czujność i zdrowy sceptycyzm.

Irena Stypianka, zdegustowana autorka podręcznika dobrych manier, pisała w 1938 roku: „Wysyłanie złośliwych kartek ‘primaaprilisowych’ jest wysoce niesmaczne. Wyraźną zaś podłością są listy anonimowe. Kulturalny i szlachetny człowiek nigdy ich nie pisze, odebrawszy zaś takie piśmidło, rzuca je wprost do kosza”.

Posądzenie o brak obycia to zresztą nie najgorsza konsekwencja primaaprilisowych żartów. Jak niesie wieść, piękna hrabianka, Apolonia Dworkiewiczówna z Lubelszczyzny padła ofiarą żartu narzeczonego, który 1 kwietnia, wręczając bukiet róż, oznajmił jej, że zrywa zaręczyny, ponieważ panna dysponuje niedostatecznym majątkiem. Dziś być może nie do pomyślenia – wówczas jednak żart nie spotkał się ze zrozumieniem hrabiowskiej rodziny, a kawaler otrzymał zakaz wstępu do domu panny.

Smacznego jajka!

Z okazji Wielkanocy tradycyjnie życzymy sobie zdrowia i pomyślności, wiążemy je też z nowym początkiem i odradzającą się nadzieją i radością życia. Nie stronimy również od całkiem kulinarnych życzeń „smacznego jajka”, bo też jajka z pewnością będą nam przez najbliższych kilka dni towarzyszyć. Koniecznie dołóżmy do nich wielkanocny spacer, aby naocznie przekonać się o odrodzeniu życia w przyrodzie. I aby po wielkanocnym ucztowaniu nadal móc patrzeć łaskawym okiem na kulinarne obfitości.

Źródła:

1.      M. Wielopolska, Obyczaje towarzyskie, Lwów 1939.

2.      J. Kitowicz, Opis obyczajów za panowania Augusta III, wolnelektury.pl.

3.      I. Stypianka, Sztuka uprzejmości, Poznań 1938.

4.      „Bluszcz” rocznik 1928.

5.      Prima Aprilis, Narodowy Instytut Kultury i Dziedzictwa Wsi.

6.      M. Vauban, M. Kurcewicz, Zasady i nakazy dobrego wychowania, Warszawa 1928.