Śmierć daleko od szosy. Tajemnicza zbrodnia sprzed lat wciąż nierozwiązana

Śmierć daleko od szosy. Tajemnicza zbrodnia sprzed lat wciąż nierozwiązana

Wiktor Salin, kierowca w największym krymskim kołchozie pod Bachczysarajem, nie należał do ludzi przesądnych, ale miał wrażenie, że w ten niedzielny poranek wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu. W nocy śniły mu się koszmary. Rano okazało się, że wraz z księgową Lidią Surwizową musi jechać do banku po 500 tys. rubli na premie dla przodowników żniw. Na dodatek ciężarówka GAZ-51, którą jeździł Salin, nie chciała odpalić. Chłopcy z kołchozu spędzili niemal dwie godziny na naprawianiu "Gazika", w końcu się udało.

- Tylko nie gaś silnika, bo nie dojedziesz z powrotem – zażartował jeden z samozwańczych mechaników. Wiktor Salin nie wiedział, że były to prorocze słowa. Kilka godzin później już nie żył, zastrzelony przez złodziei jednym strzałem w serce. Kasjerka Lidia zginęła chwilę po nim, gdy uciekała polną drogą. Ani pieniędzy, ani napastników do dziś nie odnaleziono.

10 listopada 1974 r. był ważnym dniem dla wszystkich osób, pracujących w kołchozie im. XXII Zjazdu Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego we wsi Wilino na Krymie. Żniwa były rekordowe, więc w nagrodę każdy z kołchoźników (jak nazywano pracowników państwowych rolniczych spółdzielni produkcyjnych) miał dostać premię – trzykrotność miesięcznej pensji, co stanowiło potężny zastrzyk gotówki dla całej społeczności. Poza tym był Dzień Radzieckiej Milicji, a przecież wiadomo, że takie święto trzeba godnie uczcić. Wielu mieszkańców Wilina już nie mogło doczekać się wieczoru.

Kierowca ciężarówki Wiktor Salin nie pierwszy raz wybierał się do oddalonego o 25 km Bachczysaraju po pieniądze na wypłaty. Trasa zajmowała nie więcej niż pół godziny w jedną stronę. Nie zaprzątał sobie głowy kwestiami bezpieczeństwa – choć procedury wyraźnie wspominały, że podczas przewożenia dużych kwot pieniędzy konieczna jest obecność inkasentów, rzadko kto się nimi przejmował. Bardziej irytowało go to, że musi pracować w niedzielę.

Wraz z Salinem do banku w Bachczysaraju pojechała kasjerka Lidia Surwizowa. Tego dnia planowała odwieźć krewnych na lotnisko w Symferopolu, musiała jednak stawić się w pracy na wezwanie naczelnika. Zgodnie z wyliczeniami szefostwa, w państwowym Gosbanku miała podjąć 500 tys. rubli, co stanowiło w tamtym czasie równowartość ok. 150 tys. dolarów. Po przyjeździe do Bachczysaraju okazało się jednak, że w Gosbanku nie ma wystarczającej kwoty na wypłaty. Po telefonicznej awanturze z władzami regionu stanęło na tym, że bank wypłaci Surwizowej 130 tys. rubli, a reszta zostanie wypłacona następnego dnia, w poniedziałek.

Do dziś nie wiadomo, dlaczego Wiktor Salin postanowił wracać do rodzinnej wsi rzadko uczęszczaną, piaszczystą drogą, zamiast wygodnej asfaltowej dwupasmówki. Możliwe, że chciał pojechać na skróty – dyskusja z naczelnikiem oddziału banku trwała dobre kilkadziesiąt minut i Salin miał duże opóźnienie.

Po wyjeździe z Bachczysaraju "Gazik" minął autostopowicza, 18-letniego studenta Siergieja Sotnikowa. Zgodnie z procedurą, Salin nie zatrzymał się ani nie zwolnił. Dlatego 18-latek, któremu 10 minut później udało się złapać "na stopa” dostawcze auto mleczarza, mocno zdziwił się na widok "Gazika", stojącego pośrodku drogi gruntowej. Silnik samochodu wciąż działał. Gdy Sotnikow zajrzał do ciężarówki, zobaczył ciało kierowcy. Wiktor Salin został trafiony prosto w serce.

Kilka metrów dalej, na drodze, twarzą do ziemi, leżała Lidia Surwizowa. Nie żyła. Zginęła od trzech strzałów w plecy. Ślady na rękach wskazywały, że kurczowo trzymała torbę z pieniędzmi. Zresztą, torba leżała tuż obok, po pieniądzach nie było jednak śladu.

Podczas składania zeznań, świadek Siergiej Sotnikow zeznał, że od momentu, w którym próbował zatrzymać "na stopa" ciężarówkę do chwili, w której zauważył ciało Surwizowej, minęło ok. 10 minut.

Sprawą zabójstwa dwóch osób i kradzieży ogromnej kwoty pieniędzy zajęły się trzy grupy śledcze – z Kijowa, Symferopola i Moskwy. Przesłuchano kilka tysięcy świadków, sprawdzono alibi kilkuset osób. Dwa tygodnie po zdarzeniu z małego miasta w Kraju Ałtajskim nadeszły informacje, że jeden z mieszkańców chwali się kumplom od kieliszka, że ma w mieszkaniu 63 tys. rubli, a pieniądze pochodzą z napadu pod Bachczysarajem. Śledczy uznali za podejrzany fakt, że mieszkaniec dalekiego Ałtaju wie o napadzie na Krymie. Gdy pojechali na miejsce, by przesłuchać mężczyznę, zastali melinę, w której nie było śladu pieniędzy. Okazało się, że przechwalający się mężczyzna pochodził ze wsi Wilino, a o sprawie napisała mu w liście jego matka. Mężczyznę zwolniono.

Śledztwo trwało wiele lat. W tym czasie sprawdzano każdą większą transakcję i osobę, która szastała gotówką w nadziei, że uda się trafić na ślad użycia skradzionych pieniędzy. W Jałcie zatrzymano mężczyznę, który w hotelowej restauracji wydał trzy tys. rubli (równowartość 20 ówczesnych średnich pensji) na alkohole i kawior. Okazało się jednak, że to wypoczywający na Krymie inżynier, pracownik jednego z zakładów naftowych w Tiumieniu na Syberii. Mężczyzna świetnie zarabiał, nawet jak na standardy radzieckie, mógł więc sobie pozwolić na wystawną kolację.

W międzyczasie naczelnik kołchozu im. XXII Zjazdu KPZR, w którym pracowały ofiary, wyznaczył nagrodę za wskazanie sprawców – osoba, która przyczyniłaby się do ujęcia morderców, miała dostać deficytowy w tamtych czasach samochód marki Żyguli. To jednak też nie dało żadnego efektu.

Im dłużej trwało śledztwo, tym szerzej rozchodziły się plotki o udziale milicji w zorganizowaniu napadu na pracowników kołchozu. Dwoje nastolatków, którzy w czasie napadu znajdowali się w odległości kilkuset metrów od miejsca zdarzenia, zeznawało, że słyszeli strzały i widzieli odjeżdżającą z piskiem opon białą Wołgę. Takim autem dysponował jedynie jeden z miejscowych naczelników milicji, który na dodatek nie miał alibi na czas zdarzenia. Gdy śledczy podzielili się wiadomościami o podejrzanym z moskiewską "górą”, usłyszeli, że zeznania młodocianych świadków są niewiarygodne, nastolatkowie zapewne naoglądali się filmów sensacyjnych i chcieli zabłysnąć przed kolegami z klasy. Wiadomości o białej Wołdze zignorowano, a wkrótce do oddziału śledczych dołączyli przedstawiciele KGB.

W toku śledztwa ustalono, że do ofiar strzelano z niemieckiego pistoletu samopowtarzalnego Parabellum, prawdopodobnie trofeum wojennego. Wkrótce okazało się, że taki pistolet posiada jeden z milicjantów z Bachczysaraju. Pewnego dnia, niemal rok po zabójstwie kasjerki i kierowcy, milicjant ten został zatrzymany przez KGB i przewieziony na przesłuchanie do Moskwy. Najciekawsze jednak jest to, że wtedy widziano go po raz ostatni – mężczyzna zniknął. Wkrótce zaginął też milicjant, który przyjął zgłoszenie o napadzie, a także naczelnik miejscowego komisariatu. Wszyscy zostali przewiezieni do Moskwy na przesłuchanie, po którym rozpłynęli się w powietrzu, a zrozpaczone rodziny nigdy się nie dowiedziały, jaki jest los ich bliskich.

Po kilku latach śledztwa sprawa "kradzieży stulecia” została umorzona z powodu niewykrycia sprawców, a wszystkie akta utajnione. Jedynym śladem, upamiętniającym dramat na krymskiej drodze, jest kamień pamiątkowy, na którym widnieją nazwiska dwóch ofiar jednej z najbardziej tajemniczych zbrodni w historii ZSRR – Lidii Surwizowej i Wiktora Salina.

Źródła: lenta.ru, aif.ru, crimea.ria.ru