Uważaj, komu odpowiadasz na ogłoszenia... Tam też są mordercy

Uważaj, komu odpowiadasz na ogłoszenia... Tam też są mordercy

Kilka dni temu przeglądając swój timeline na Twitterze natrafiłam na zdjęcie wycinka z gazety. Było to napisane po rosyjsku ogłoszenie matrymonialne zatytułowane: "Podaruj mi choć trochę ciepła”. Zapewne scrollowałabym dalej, gdyby nie to, że pod ogłoszeniem znajdował się komentarz redakcji, który zmroził mi krew w żyłach. "Ciepła" szukał morderca skazany za bestialskie zabójstwo dziewczyny. Odebrał jej życie tylko dlatego, że zakończyła ich znajomość.

"Mam 27 lat, ale wyglądam na mniej. Znak zodiaku: Rak. […] Pochodzę z Homla" – tak rozpoczyna się ogłoszenie matrymonialne opublikowane w jednej z miejscowych gazet w Homlu na Białorusi w 2016 r. "Z charakteru jestem uprzejmy, dobroduszny, rozmowny, mam poczucie humoru. Interesuję się historią i filozofią. Nigdy nie paliłem, mam negatywny stosunek do alkoholu. Wcześniej uprawiałem wschodnie sztuki walki. Obecnie znajduję się w miejscu pozbawienia wolności. Nie twierdzę, że siedzę za niewinność: popełniłem błąd i za to odpowiadam. Czuję się samotny i smutny, chciałbym dostać choć trochę ciepła. Marzę o znalezieniu towarzyszki życia – dziewczyny w wieku ponad 22 lat, która stanie się mi bliska i nie osądzi. Jeśli też potrzebujesz wiernego przyjaciela i szukasz poważnego związku, napisz do mnie, znajomość mnie ucieszy. Anton Sawczic, kolonia karna nr 17".

Krótki komentarz redakcyjny brzmiał następująco: "W trosce o dobro naszych czytelników informujemy, że Anton Sawczic w 2014 r. został skazany na 24 lata więzienia w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze za zamordowanie 23-letniej dziewczyny, motywem była zazdrość. Ciosu dokonano młotkiem. Ciało zamordowanej zostało zakopane w lesie, przy czym Sawczic wraz ze współsprawcami wykopał dół na długo przed przestępstwem, gdy opracowywał plan zemsty".

Początkowo nie wierzyłam, że historia ze zdjęcia znalezionego gdzieś w odmętach sieci jest prawdziwa. Zaczęłam szukać informacji i okazało się, że prawda jest jeszcze bardziej dramatyczna, niż lakoniczny dopisek redakcji.

23-letnia Marina Aleksandrowa, tłumaczka z francuskiego i angielskiego, miłośniczka karate, miała piękny uśmiech i optymistycznie podchodziła do życia. Właśnie odeszła z niezbyt lubianej pracy w korporacji i rozmyślała nad stworzeniem swojej butikowej szkoły językowej. Bardzo chciała mieć psa rasy husky i wraz z narzeczonym planowała, że sprawią sobie szczeniaczka, jak tylko kupią dom na obrzeżach Homla.

20 lipca 2013 r. pojechała na pierwszą lekcję angielskiego z dziewczynką, której matka zadzwoniła do niej dzień wcześniej. Godzinę później narzeczony Mariny, Anton Muchin, pojawił się na przystanku pod domem nowej uczennicy ukochanej. Mieli razem pojechać do centrum handlowego. Gdy po 20 minutach Marina się nie pojawiła, Anton zaczął się denerwować. Jego narzeczona była punktualna jak szwajcarski zegarek. Po godzinie, już mocno zaniepokojony, zaczął dzwonić do rodziny i znajomych. "Szukajcie jej, on mógł jej zrobić krzywdę". On, czyli Anton Sawczic, były chłopak Mariny, z którym rozstała się po dwóch miesiącach dość luźnego związku. Muchin nie mógł nawet podejrzewać, że Marina od 40 minut nie żyje…

Sztuki walki

Marina kochała sport. Podobały jej się karate i judo, imponowała niezwykła klasa, z jaką zawodnicy traktowali rywali na macie i poza nią. We wschodnich sztukach walki odnalazła sposób na skupienie myśli i rozwój ciała. Któregoś dnia do sekcji karate dołączył Anton Sawczic. Początkowo nie rozmawiali ze sobą, jednak po którychś zajęciach Marina poprosiła mężczyznę o jakąś drobną przysługę, zaczęli rozmawiać i nagle Anton uświadomił sobie, że spotkał dziewczynę inną niż wszystkie. Dyskutowali o filozofii karate, a Marina, zamiast trajkotać, uważnie słuchała. To wtedy Anton Sawczic postanowił: będzie moja.

Mężczyzna pochodził z biednej, robotniczej rodziny. Skończył zawodówkę, pracował jako monter instalacji elektrycznych. Dobrze zarabiał, ale liczył na więcej. Karate było jego pasją, ale nie ze względu na wartości, które sensei przekazywał na zajęciach, ale na siłę i precyzję, z jaką można było pokonać wroga. Imponowało mu, że Marina uważnie słucha jego słów. Kilka razy umówili się do kina, a w połowie 2012 r. zostali parą. Po dwóch miesiącach jednak ukochana powiedziała Antonowi, że jednak nic z tego związku nie będzie. Poza karate nic ich nie łączyło.

Wtedy w Antona Sawczica jakby strzelił piorun. Nie wyobrażał sobie, że Marina będzie spotykać się z kimś innym. Stał się wobec byłej dziewczyny podejrzliwy i chamski, a po kilku tygodniach od rozstania zaczął ją śledzić.

Marina zaczęła spotykać się z innym kolegą z zajęć karate – Antonem Muchinem, jej rówieśnikiem. Mężczyzna był programistą. Bardzo dobrze się dogadywali. Po kilku miesiącach zamieszkali razem, a na początku stycznia 2013 r. Muchin oświadczył się kobiecie i para zaczęła planować ślub.

"Moja albo niczyja"

Gdy Anton Sawczic dowiedział się o zaręczynach, zapisał w notatniku: "Albo będzie moja, albo niczyja". Któregoś wieczoru w styczniu wszedł za Mariną na klatkę schodową. Twierdził, że chciał tylko porozmawiać. W rzeczywistości jednak dotkliwie pobił kobietę i przestał dopiero wtedy, gdy z mieszkania na wyższym piętrze wyjrzała starsza pani i zaczęła głośno wzywać policję. Marina została znaleziona nieprzytomna, z urazem czaszki i kręgosłupa. Gdy w szpitalu dochodziła do siebie, dyżurował obok niej narzeczony. Złożyła doniesienie na Sawczica, ten jednak w ramach kary dostał zaledwie siedem dni aresztu. To go jeszcze bardziej rozwścieczyło. Zaczął myśleć o zamordowaniu rywala, doszedł jednak do wniosku, że Marina zwiąże się z kimś innym – dlatego Sawczic uznał, że należy zabić samą Marinę.

W kwietniu, gdy ziemia w lasach pod Homlem odmarzła po zimie, pojechał za miasto, wybrał wystarczająco odludny kawałek lasu i wykopał tam dół. Towarzyszył mu kolega z pracy, Paweł Mulukow, przykładny mąż i ojciec dwojga dzieci. Mulukow miał co do Antona Sawczica swoje plany – znajomy karateka miał stać się jego ochroniarzem i wspólnikiem podczas napadów na konwojentów i kolektorów.

Na początku czerwca Sawczic wysłał do Mariny list. Do koperty zapakował jej zdjęcie z wyciętymi oczami. "Oto co cię czeka" – napisał. Gdy przerażona dziewczyna zgłosiła się do dzielnicowego, ten rozłożył ręce. "Każdy może wysyłać zdjęcia, nie mamy prawa mu zabronić" – powiedział.

Anton Sawczic zeznawał później, że Marina miała zginąć wcześniej. Śledził każdy jej ruch i widział, że wciąż ktoś przy niej jest – nigdy nie wychodziła z domu sama nawet, by wynieść śmieci. Wtedy z pomocą przyszła mu żona Pawła Mulukowa, Jekaterina. Gdy usłyszała, że Marina udzielała korepetycji, zaproponowała, że ściągnie ją do mieszkania babci Jekateriny, która właśnie trafiła do szpitala.

Czerwona chusta

19 lipca 2013 r. Jekaterina zadzwoniła do Mariny. Powiedziała, że szuka korepetytorki angielskiego dla swojej 9-letniej córki, a znajoma – tu Jekaterina wymieniła nazwisko bliskiej przyjaciółki Mariny – poleciła ją jako świetnego pedagoga. Kobieta akurat rzuciła pracę w firmie tłumaczeniowej i potrzebowała pieniędzy, dlatego od razu się zgodziła.

20 lipca Anton Muchin odwiózł Marinę pod dom, w którym miała przeprowadzić próbną lekcję z potencjalną uczennicą. Dlatego czekał na nią na przystanku – nie chciał, by choć przez moment była sama. Dlatego, gdy ta nie wróciła z zajęć, od razu zaalarmował bliskich i policję.

Ciało Mariny znaleziono po kilkudziesięciu godzinach poszukiwań. Zauważyli je turyści, którzy zbierali w lesie jagody. Świeżo zasypany dół rozgrzebały zwierzęta, a jaskrawoczerwona chusta, którą owinięta była głowa dziewczyny, przyciągnęła uwagę ludzi.

Anton Sawczic oraz Paweł i Jekaterina Mulukowowie zostali zatrzymani dzień po morderstwie. Sawczic od razu przyznał się do winy. Opowiedział, że Marina zginęła kilka chwil po tym, jak wkroczyła do mieszkania "nowej uczennicy". Gdy stała w przedpokoju, Jekaterina niespodziewanie narzuciła jej na głowę czerwoną chustę, a Sawczic od razu zadał jej cios młotkiem w potylicę. Później zadał jeszcze cztery ciosy. Dziewczyna żyła jeszcze przez ok. 20 minut, po czym przestała oddychać. Morderca wywiózł ciało do lasu pod osłoną nocy i zakopał wraz z Pawłem Mulukowem.

Podczas procesu Sawczic twierdził, że działał w afekcie. Biegli udowodnili jednak, że dół w lesie został wykopany kilka miesięcy przed zabójstwem. Wtedy Anton przyznał się do działania z premedytacją. Okazało się na też, że dziewczyna panicznie bała się o swoje życie. Prosiła wielu znajomych Sawczica, by wpłynęli na niego i powstrzymali przed prześladowaniem jej. Gdy poprosiła trenera sekcji karate, by skreślił Antona z listy kursantów, ponieważ użył niedozwolonej siły fizycznej poza salą ćwiczeń, ten odmówił i twierdził, że taka decyzja jeszcze bardziej zezłościłaby mężczyznę.

Sawczic został pierwotnie skazany na 15 lat więzienia, jednak sąd drugiej instancji podniósł karę do 24 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Jekaterina i Paweł Mulukowie zostali skazani na 13 lat pozbawienia wolności.

Sprawa zamordowania Mariny Aleksandrowej, a przede wszystkim jej bezradność wobec stalkera, wstrząsnęły mieszkańcami Homla. W mediach społecznościowych oddawali jej hołd. Dlatego takim wstrząsem było dla nich wspomniane wyżej ogłoszenie matrymonialne Antona Sawczica, które ukazało się w miejscowej gazecie niemal dokładnie w drugą rocznicę śmierci Mariny. Jak się później okazało, odzew na ogłoszenie był naprawdę duży – do Antona napisało ponad 50 kobiet. Z jedną z nich nawiązał romans i ożenił się kilka miesięcy później w więzieniu. Najwyraźniej udało mu się znaleźć "trochę ciepła"…