W czasach PRL-u dzieci były zadowolone ze wszystkiego, co dostały, a szczególnie z bombonierek, gum do żucia, naklejek i pachnących gumek do ścierania. Nie ma co przypominać mięciutkich piórników, które otwierały się z każdej strony, bo o ich posiadaniu, można było tylko pomarzyć. Wraz z majem czy czerwcem rozpoczynał się sezon komunijny, a wraz z nim pojawiały się myśli o pachnących Peweksem prezentach.
Takie Elektroniczne cuda na rękę
Kto nie marzył wtedy skrycie, że nagle jakimś cudem spadnie mu z tej okazji prosto na rękę elektroniczny zegarek. Dziewczynki chciały przeważnie taki z różowym lub błękitnym paskiem, a chłopcy…
– Na komunię od chrzestnego dostałem elektronika marki Montana. Z trzema melodyjkami. Kosztował krocie, jeśli dobrze pamiętam równowartość 2/3 miesięcznej pensji, ten z siedmioma już całej, ale przecież było warto zaszaleć, by ucieszyć malca – śmieje się Piotr.
Kiedy tylko skończyło się biesiadowanie przy stole po uroczystościach kościelnych – pędziło się na dwór, gdzie koledzy i koleżanki, pod trzepakiem prezentowali swoje prezenty komunijne.
Komputery służyły głównie do grania
Commodore 64, ZX Spectrum, Amiga 500 czy Atari 65XE – to tylko niektóre kultowe komputery z lat 70. i 80., które wymieniają szczęśliwi posiadacze obdarowani nimi podczas komunii.
– Na całym osiedlu tylko dwóch kolegów miało Atari. Organizowało się wtedy kilkuosobowe nasiadówki i graliśmy przez kilka godzin na zmianę. W tym samym dniu, kiedy dostałem swój pierwszy komputer, miałem zapełnioną listę z nazwiskami kolegów, którzy chcieli mnie odwiedzić, by zagrać na nim – mówi Krzysztof.
Gierki na baterie
Istnym szaleństwem była też gra-wilk zbiera jajka. To był hit! Kiedy ktoś pojawił się w szkole z tą grą przenośną – było to wydarzenie porównywalne w świecie dorosłych z otrzymaniem talonu na małego fiata.
– Marzeniem każdego chłopaka były wówczas produkowane w ZSRS gry elektroniczne. Posiadacz takiego cuda od razu zyskiwał szacunek w szkole – potwierdza Przemek.
Rower, wrotki i wszystko jasne!
Asia, pamięta taką sytuację dzień przed swoją komunią.
– Ojciec przywiózł na bagażniku rower. Podeszłam do okna i już wiedziałam, że mam swój wymarzony sprzęt typu Wigry 3. Zbiegłam na dół i już nie mieli wyboru, zamiast go przechować u sąsiadów i wręczyć mi w dniu komunii, musieli dać mi go od razu – mówi Asia.
Kto nie miał wymarzonego składaka, czuł się gorszym. Podobnie wyglądała sytuacja, kiedy nie było się właścicielem wrotek… Jazda na nich to była ulubiona forma spędzania wolnego czasu w PRL-u.
– Białe, bielutkie wrotki, które dostałam na komunię do dziś mam w domu. Kiedyś planowałam je sprzedać na jakiejś sentymentalnej aukcji, ale są w tak dobrym stanie, że poczekam, aż córka urośnie i może będzie chciała na nich pojeździć – dodaje Basia.
Prezenty zawsze w cenie!
Bywały też bardziej „uduchowione” podarki na komunię, takie jak złoty łańcuszek, zawieszka z Matką Bożą lub Pismo Święte. Można nawet powiedzieć, że były to prezenty obowiązkowe. Niektórzy dostawali nawet po kilka łańcuszków lub dwie Biblie… Zdarzały się też prezenty typu sesja zdjęciowa u wybitnego fotografa w okolicy. W Warszawie była to wizyta w studiu Zofii Nasierowskiej, która specjalizowała się w sztuce portretu.
– Do dziś mam te zdjęcia i bardzo je cenię, to świetna pamiątka – mówi Monika.
Gotówka czy książka… oto było pytanie
Książki też bywały częstym pomysłem na prezent dla „komunistów”. W komplet wierszy dla dzieci została zaopatrzona z tej okazji Agata.
– Dostałam dwa tomy pt. „Szedł czarodziej”, to antologia wierszy dla dzieci. Całość wydana przez Krajową Agencję Wydawniczą. Przyznaję, że kiedy je dostałam, nie ucieszyłam się specjalnie… Teraz często zaglądam do nich – opowiada ze śmiechem.
Dobrym pomysłem było też podarowanie młodzieży… gotówki, a szczególnie w cenie były dolary, za które można było spełnić swoje marzenia w Pewexie, kupując Matchboxa, czyli kolekcjonerskie samochodziki lub lalkę Barbie – marzyły o tym wszystkie dzieciaki w PRL-u.
Txt: Anita Kamieńska
Foto: archiwum prywatne Damosfera, NAC



