Więcej...

    W PRL-u szczytem marzeń wyjazdowych dzieci były kolonie w stolicy

    Kolonie letnie to był zorganizowany odpoczynek dla najmłodszych, których rodzice pracowali w państwowych zakładach pracy. Istniały specjalne ośrodki kolonijne, najczęściej w atrakcyjnych krajobrazowo miejscowościach, np. Mazury, góry, morze, ale często także duże miasta, które odwiedzały dzieci z małych miejscowości. Takie kolonie w mieście to była gigantyczna atrakcja!

    Pociągi

    Niełatwo było się dostać do Warszawy pociągiem, bo w Polsce Ludowej rzadko kursowały. A jak już, to ogromnym problemem było zdobyć miejsce siedzące dla jednej osoby, a co dopiero dla całej kolonii. Dlatego stawiano na transport własny typu zakładowy autokar, którym przywożono dzieciaki.

    – Na kolonie jeździły dzieci uczące się w szkole podstawowej. Alternatywną formą wypoczynku były obozy harcerskie ZHP. Byłam wychowawcą na koloniach letnich, najpierw w ramach obowiązkowej praktyki studenckiej, a później, aby po prostu w czasie wakacji zarobić. Za 24 dni opieki otrzymywałam niemal 5 tysięcy ówczesnych złotych. To było dużo. Pieczę sprawowałam nad najstarszą grupą dziewcząt, czyli taką z klas VI – VIII. Dogadać się z nimi było łatwo, w końcu byłam kilka lat starsza – opowiada Bożena.

    Apele, dyskoteki i gra w zośkę

    Ośrodki kolonijne organizowano zwykle w szkołach, bo znajdowały się na ich terenie duże place apelowe i boiska sportowe, które poza zwiedzaniem miasta były główną atrakcją rekreacyjną. Nie było wtedy tabletów, gier komputerowych czy telefonów komórkowych, więc wypoczywającym musiała wystarczyć gra w klasy, w gumę, w zośkę, kapsle i w klasyczne gry planszowe: chińczyk czy warcaby. Ci romantyczniejsi przesiadywali na trawie obok boiska i brzdękali na gitarze, pisali listy do rodziny lub wpisywali się sobie nawzajem do pamiętników. Niektórzy prowadzili kroniki kolonijne, do których wpisywali aktualne wydarzenia z życia grupy lub spisywało się piosenki obozowo-kolonijne, zwane turystycznymi.

    – Mama pracowała w Hucie Szkła w Krośnie – wspomina Ola – była dobrym pracownikiem i w nagrodę, razem z bratem wyjechaliśmy za darmo na kolonie do Warszawy – dodaje.

    Pamięta, że jedną z atrakcji były wizyty w Ogródkach Jordanowskich. Były to nowocześnie wyposażone, takie dzisiejsze: place zabaw. Pomysły takich miejsc mają swój początek w końcu XIX wieku, kiedy doktor Henryk Jordan promował swoją ideę, że bardzo ważny jest ruch, zabawa i ćwiczenia fizyczne dla dzieci.

    – W ogródkach były kawiarnie z ciastkami i watą cukrową. I oczywiście sklepik, gdzie można było kupić plastikowe zabawki, lunety czy gumę do żucia – dodaje z sentymentem Ola.

    Inną atrakcją miejskich kolonii, ale raczej każdych była… dyskoteka. Odbywała się przeważnie na sali gimnastycznej i można było bawić się przy hitach z Zachodu! Modern Talking, Europe, Sandra, Samanta Fox i wiele innych gwiazd zapewniało niezapomniane wrażenia w tańcu ze swoją kolonijną sympatią.

    Życie codzienne, czyli na kolonii życie płynie…

    – Dzieci podzielone były na 4 grupy, liczące po 20-kilka osób: 2 grupy chłopców i dwie grupy dziewcząt (młodsi i starsi). Sypialne mieściły się w dawnych klasach, a świetlico-stołówka w byłej szkolnej świetlicy. Cała grupa spała w jednej sali, wychowawca także, oddzielony parawanem od wychowanków. Na około 60 osób była jedna łazienka, 4 umywalki i 2 kabiny WC – opowiada Bożena.

    Raz na tydzień kolonia miała prysznic. Wszystkie dzieci miały sprawdzane głowy – po prostu kontrolowano, czy dzieci nie mają wszy. Kontrolę przeprowadzała higienistka, czyli zatrudniona na czas turnusu pielęgniarka.

    – Po pobudce o 7:30 była obowiązkowa gimnastyka, później toaleta poranna, apel z odśpiewaniem pieśni „Wszystko, co nasze, Polsce oddamy” i wciągnięciem flagi na maszt oraz kontrolą obecności kolonistów. Następnie było śniadanie – roznosiły je dzieci, które miały danego dnia dyżur. Była zupa mleczna, jakaś wędlina, ser żółty, pieczywo, warzywa w niewielkiej ilości i herbata lub kawa zbożowa z mlekiem – dodaj Bożena.

    Po posiłku dzieci wracały na sale, aby zasłać łóżka i zrobić porządek. Codziennie komisja złożona z kierownika kolonii, higienistki i wychowawców sprawdzała porządek w salach.

    – Około 10:30 dzieci wychodziły na zajęcia grupowe – zwiedzanie okolicy, zabawy w plenerze, opalanie. O 12:30 koloniści mogli kąpać się na wyznaczonym kąpielisku. Opiekę nad nimi przejmował ratownik, także zatrudniony na czas turnusu – tłumaczy Bożena.

    Kąpieliska, czyli w przypadku kolonii w Warszawie mowa o miejskich basenach, gdzie jak pisze kronikarz miasta – Olgierd Budrewicz:

    „Dużo ludzi i mało wody[…] Miejsce randez-vous najurodziwszych dziewczyn i najrasowszych młodzieńców. Basen służy też niekiedy do pływania.”

    Tak pisał o basenach na Legii. Dziennie na kąpieliska sprzedawało się 3000 biletów!

    – Moja kolonia bywała na basenach przy Inflanckiej – wspomina Ola i dodaje: Woda o różnej głębokości, brodzik dla milusińskich i trawa oblężona przez opalających się, dosłownie człowiek przy człowieku, zero intymności. Jakiś jeden prysznic, jedna toaleta damska i jedna męska. Obie w opłakanym stanie. Był jakiś kiosk z napojami (ciepłymi) i ciastkami.

    Cóż.. PRL-owska rzeczywistość.

    A po basenie…

    Wracało się na obiad, składający się przeważenie z zupy, drugiego dania i kompotu lub kisielu. Później leżakowanie, czyli bardzo męcząca część dnia.

    – Po torturach przymusowego leżenia dzieci miały czas wolny – własny – pisały listy do domu, czytały lub rozmawiały ze sobą. Około 17:00 był podwieczorek – jakieś ciasto lub drożdżówka i coś do picia. Do 19:00 można było iść na spacer lub spędzić czas na boisku. Kolacja, chwila wolna do zabawy, mycie i o 21:30 spanie – dodaje Bożena.

    Pamięta też, że posiłki były bardzo dobre, domowe. Panie kucharki, starsze kobiety,  dokonywały cudów, żeby było smacznie i zdrowo. Nawet pączki smażyły i piekły ciasta.

    W czasie deszczu organizowane były różne konkursy, np. na piosenkę grupy, popisy taneczne, konkursy rysunkowe. Do dyspozycji były gry planszowe oraz telewizor.

    – Jeśli kadra opiekuńcza była zgrana i podobna wiekowo, to kwitło też życie nocne. Jakieś spotkania przy piwie (było rarytasem) i poker – dodaje Bożena.

    W końcu hymnem niejednej kolonii była piosenka: „My jesteśmy sami swoi, niech się o nas nikt nie boi, nikt nie boi…”.

    Txt: Katarzyna Krauss

    Foto: NAC

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY