Idę
Idę tak sobie pokracznie i walczy we mnie podejście „co sobie ludzie pomyślą” vs. „a co mnie to obchodzi”. Bardziej oczywiście to pierwsze, bo mimo że mam w sobie pewność siebie, to jednak nie lubię zakłócać ludziom spokoju. Próbowałam zaserwować małej smoka, na wszelki wypadek nosiłam go przy sobie, choć dotychczas (oraz dziś) był kompletnie bezużyteczny. Z zamyślenia i chodu początkującego tancerza wyrywa mnie dialog dwóch starszych pań. Małej nic nie wyrywa, bo wciąż płacze…
„Pożal się Boże matka” – słyszę, choć w pierwszej chwili wydaje mi się, że się przesłyszałam, że to deszcz tak wali o metalowy dach. „Ofiara pińcset plus” – diagnozują, dokonując socjologicznej oceny fenomenu. Idę dalej, ale słyszę, że gadają o mnie. Rozglądam się i jestem już pewna, że tak, to dzieło wymierzone jest we mnie. „Nakarmiłaby dzieciaka, a nie wpycha mu smoczek do buzi” – wciąż mówią o mnie, ale nie do mnie, tylko do siebie. W końcu jedna z pań zwraca się do mnie bezpośrednio zaciągając się papierosem. Siwy dym wchodzi w jej nowa fryzurę po balejażu. „No nakarm ją w końcu, TY”. Odwracam się cała zagotowana. „Ale ona nie jest głodna! Przed chwilą jadła! Poza tym pięćset plus jeszcze nie było w chwili poczęcia” – odpowiadam szczerze, nie wiedząc czemu.
Czemu?
Jezu, czemu ja z nimi w ogóle dyskutuję? Tłumaczę się? Helloooł? Policja, czy jest tu jakaś policja? Pomocy, ratunku!- myślę. „Jeszcze dyskutuje zamiast dzieciaka nakarmić” – mówią, kręcąc gałkami ocznymi jakby chciały je powietrzyć. Kiwają do siebie porozumiewawczo czyli myślą podobnie. Odpowiedziałam jeszcze dwa kulturalne zdania, choć tak mnie zatkało jak przy astmie oskrzelowej i zapaleniu krtani w jednym. Odwróciłam się i popchnęłam wózek dalej.
Zatrzymałam się po kilku metrach, poza zasięgiem socjolożek, schowałam za sztuczna palmą i na stojąco próbowałam cycem nakarmić niezdarnie córkę. „Jezu” – myślę – co ja robię? Mała oczywiście nie była głodna. Chciała się po prostu przytulić, bo w mig usnęła w moich ramionach. Wsiadłam do metra już trochę ogorzała. Następnym razem wezwę straż miejska, albo i policję – myślę. Obywatelki były tak opresyjne, że naprawdę bałam się, że jak mnie nie skopią to co najmniej zainicjują założenie niebieskiej karty.
Punkt sporu
Często myślałam o tym zajściu przechodząc koło punktu sporu. Myślałam sobie, że jeśli raz jeszcze spotkam te dwie koleżanki, bokserki wagi ciężkiej, to powiem im, już ja im odpowiem! Po swojemu i z należną stanowczością. I trenowałam w myślach te monologi. Do czasu. Do tej pory nie miałam okazji, ale z nadzieją wyglądam tych fryzur z balejażem, przechodząc koło salonu piękności „Iguana”. Teraz już wiem, że uśmiechnęłabym się po prostu i poszła dalej. Ewentualnie powiedziała stanowczo, że palenie jak i stres, szkodzi zdrowiu.
Joanna Plesnar
PS. Inne teksty Joanny znajdziecie na blogu (Biznes)Woman na Macierzyńskim!



