Więcej...

    Zemsta smoczka i 500+, czyli jak mi się dostało za nic

    Lało gdy po raz kolejny ruszyłam się z córką dalej niż na parter do skrzynki na listy. Tym razem postanowiłam zabrać ją do księgowej; pokazać miejską dżunglę i warszawskie metro. Stres był, przyznam, niemały. Wyobrażenia, że mała wybudza się w trakcie jazdy z płaczem, powodowały ścisk żołądka. Od razu widziałam w wyobraźni te liczne, ciężkie spojrzenia współpasażerów. Stan ten udzielił się chyba córce, bo strasznie zaczęła stroić struny. Szłyśmy tak sobie, ona intonująca crescendo, drąca powietrze najwyższymi decybelami, ja świeżo upieczona matka z plączącymi się jak w fokstrocie nogami oraz pąsem stresu godnym conajmniej afrykańskich skwarów.

    Idę

    Idę tak sobie pokracznie i walczy we mnie podejście „co sobie ludzie pomyślą” vs. „a co mnie to obchodzi”. Bardziej oczywiście to pierwsze, bo mimo że mam w sobie pewność siebie, to jednak nie lubię zakłócać ludziom spokoju. Próbowałam zaserwować małej smoka, na wszelki wypadek nosiłam go przy sobie, choć dotychczas (oraz dziś) był kompletnie bezużyteczny. Z zamyślenia i chodu początkującego tancerza wyrywa mnie dialog dwóch starszych pań. Małej nic nie wyrywa, bo wciąż płacze…

    „Pożal się Boże matka” – słyszę, choć w pierwszej chwili wydaje mi się, że się przesłyszałam, że to deszcz tak wali o metalowy dach. „Ofiara pińcset plus” – diagnozują, dokonując socjologicznej oceny fenomenu. Idę dalej, ale słyszę, że gadają o mnie. Rozglądam się i jestem już pewna, że tak, to dzieło wymierzone jest we mnie. „Nakarmiłaby dzieciaka, a nie wpycha mu smoczek do buzi” – wciąż mówią o mnie, ale nie do mnie, tylko do siebie. W końcu jedna z pań zwraca się do mnie bezpośrednio zaciągając się papierosem. Siwy dym wchodzi w jej nowa fryzurę po balejażu. „No nakarm ją w końcu, TY”. Odwracam się cała zagotowana. „Ale ona nie jest głodna! Przed chwilą jadła! Poza tym pięćset plus jeszcze nie było w chwili poczęcia” – odpowiadam szczerze, nie wiedząc czemu.

    Czemu?

    Jezu, czemu ja z nimi w ogóle dyskutuję? Tłumaczę się? Helloooł? Policja, czy jest tu jakaś policja? Pomocy, ratunku!- myślę. „Jeszcze dyskutuje zamiast dzieciaka nakarmić” – mówią, kręcąc gałkami ocznymi jakby chciały je powietrzyć. Kiwają do siebie porozumiewawczo czyli myślą podobnie. Odpowiedziałam jeszcze dwa kulturalne zdania, choć tak mnie zatkało jak przy astmie oskrzelowej i zapaleniu krtani w jednym. Odwróciłam się i popchnęłam wózek dalej.

    Zatrzymałam się po kilku metrach, poza zasięgiem socjolożek, schowałam za sztuczna palmą i na stojąco próbowałam cycem nakarmić niezdarnie córkę. „Jezu” – myślę – co ja robię? Mała oczywiście nie była głodna. Chciała się po prostu przytulić, bo w mig usnęła w moich ramionach. Wsiadłam do metra już trochę ogorzała. Następnym razem wezwę straż miejska, albo i policję – myślę. Obywatelki były tak opresyjne, że naprawdę bałam się, że jak mnie nie skopią to co najmniej zainicjują założenie niebieskiej karty.

    Punkt sporu

    Często myślałam o tym zajściu przechodząc koło punktu sporu. Myślałam sobie, że jeśli raz jeszcze spotkam te dwie koleżanki, bokserki wagi ciężkiej, to powiem im, już ja im odpowiem! Po swojemu i z należną stanowczością. I trenowałam w myślach te monologi. Do czasu. Do tej pory nie miałam okazji, ale z nadzieją wyglądam tych fryzur z balejażem, przechodząc koło salonu piękności „Iguana”. Teraz już wiem, że uśmiechnęłabym się po prostu i poszła dalej. Ewentualnie powiedziała stanowczo, że palenie jak i stres, szkodzi zdrowiu.

    Joanna Plesnar

    PS. Inne teksty Joanny znajdziecie na blogu (Biznes)Woman na Macierzyńskim!

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY