Zrezygnowałyśmy z pierwszej komunii i pojechałyśmy z córką do SPA

Zrezygnowałyśmy z pierwszej komunii i pojechałyśmy z córką do SPA

Religia daje ludziom poczucie wspólnoty, ale my – niewierzący – nie zamykamy się przed innymi.

Nie mam nic przeciwko religii. Po prostu uważam to za rodzaj opowieści, baśni. Taką dobrą historię, w której na końcu wygrywa dobro, gdzieś tam jest raj i dobry Bóg, który nad wszystkim czuwa. Jestem przekonana, że wielu ludzi staje się przez to lepszymi, że było tych iluś tam świętych, którzy „poszli na całość” i naprawdę się poświęcili. Jestem już dorosła i od dawna wiem, że życie nie jest bajką, a dobrzy ludzie znajdują się niemal w każdej grupie społecznej, także wśród niewierzących. W mojej rodzinie tak się złożyło, że tymi bardziej prawymi byli ci, którzy byli niewierzący. Dokonywali życiowych wyborów moralnych, kierując się etyką, namysłem i po prostu sercem. Życie weryfikuje wiele spraw…

Jestem samotną matką. Poradziłam sobie dzięki moim rodzicom, którzy zapewnili mi dobry start, wykształcenie i nauczyli ciężkiej pracy. Mój partner niestety miał wręcz przeciwne sposoby na życie. Dlatego postanowiliśmy żyć osobno. Nie powiem, żebym była szczęśliwa z tego powodu, ale to była także moja życiowa decyzja i także mój błąd. To ja powiedziałam mu „tak”. Owszem, działałam pod wpływem emocji, byłam naiwna, pomyliłam się. Zrozumiałam to, będąc w szóstym miesiącu ciąży. Mimo wielu trudności i przeszkód urodziłam dziecko. Kochałam ją od samego początku, od kiedy to małe serduszko zaczęło we mnie bić. Jako młoda mama skończyłam studia, zdałam dyplom z wyróżnieniem i mając maleńkie dziecko, rozpoczęłam pierwszą pracę. Prawda – przepłakałam wiele nocy, ale wiedziałam, że rano muszę zacisnąć zęby i robić swoje. Na szczęście uprawiam wolny zawód i mogłam w pewnym zakresie decydować o czasie pracy, ale zawsze było to więcej niż tradycyjne osiem godzin dziennie.

Kiedy widzę plakaty ruchu pro life i słyszę nabożne wywody gadających głów (głównie mężczyzn) na temat aborcji, czuję w tym wielką niesprawiedliwość. Myślę, że ci ludzie nie udźwignęliby nawet połowy z tych ciężarów, z jakimi borykają się samotni rodzice. Brakuje w tym wszystkim zwykłej empatii – wyobraźni, która pozwala postawić się w roli drugiego. Może jest to zgodne z ich wyznaniem – dla mnie to jest po prostu nieetyczne. Podobnie patrzę na obecność religii w szkole. Uważam to za rodzaj zmuszania innych. Bardzo doceniam naszą szkołę, współpracę z nauczycielami, innymi rodzicami. Jednak ta religia jest nam po prostu narzucana. Jeśli ktoś myśli, że można za wybór uznać lekcje etyki, niech wie, że w naszej klasie chodzi na nią troje dzieci. Dobrze, że nie naucza tego przedmiotu „pani od religii”, bo i tak bywa w niektórych szkołach.

Religia daje ludziom poczucie wspólnoty, ale my - niewierzący - nie zamykamy się przed innymi, wręcz przeciwnie. Moja córka i ja mamy wiele przyjaciółek. Niektóre z nich są nasze wspólne! To się w ogóle ciekawie złożyło, bo ona należy do dużej, wspaniałej paczki dziewczyn z jednej szkoły. Spotykają się na przerwach, po lekcjach, w dni wolne od szkoły. Ich relacje są na tyle silne, że oddziałują nawet na nas – rodziców. Spotykamy się w tych parkach rozrywki, na koniach, kortach tenisowych, boisku, w parku i co tam jeszcze nasze gwiazdy wymyślą. Tak poznaliśmy się i zaprzyjaźniliśmy się wszyscy razem. Widzimy się prawie codziennie, a jeśli nie widzimy, to jesteśmy „na łączach”. Naprawdę myślę o niejednej z tych mam jako o swojej bratniej duszy.

Jakiś czas temu w naszej szkole rozpoczęły się przygotowania do pierwszej komunii. Rozmawiałam z moją córką i wiem, że ona odbierała to jako rodzaj wykluczenia. W klasie jest duże poruszenie. Dzieci „zdają modlitwy”, przymierzają alby i licytują się na prezenty: ten dostanie smartfon, ta – elektryczną hulajnogę, tamten – PlayStation. Nie wiem, co to ma wspólnego z prawdziwą duchowością, ale co mi tam. Niech mają. Ja nikomu nie żałuję. Mojej Hani mogłabym kupić to wszystko naraz, ale naprawdę mimo sukcesu zawodowego, który osiągnęłam, żyjemy skromnie. Nie chciałam zamieszkać w apartamencie na strzeżonym osiedlu, choć byłoby nas na to stać. Mieszkamy w zwykłym bloku. Na ostatnim piętrze. Za to mamy z balkonu obłędny widok na miasto. Kiedy przeżywam jakieś rozterki, problemy – siadam na tym balkonie, zapalam świeczki, patrzę przed siebie i rozważam, jak rozwiązać problem.

Tak było i tym razem, kiedy usłyszałam o tej komunii. Communio to po łacinie wspólnota, bycie razem. Cóż... Wtedy, gdy było naprawdę źle, od wierzącej i praktykującej dalszej rodziny nie otrzymałam żadnego wsparcia. Nawet dobrego słowa. Zapewne ci ludzie oceniają moje życie do dzisiaj. Pewnie chętnie wybraliby się na pierwszokomunijne przyjęcie mojej córki. Choćby z ciekawości, jak nam się teraz żyje. Może nawet wydaliby tych parę stów na prezent. Ktoś może przyniósłby kwiaty. Wszyscy zachwycaliby się „naszym aniołkiem”, a moja Hania stałaby w rządku innych dziewcząt, ze złożonymi rękami recytując pięknie brzmiące formułki. I być może nikt z nich nie spytałby się jej, czy naprawdę w to wszystko wierzy. A już na pewno nikt z nich nie spytałby się jej, jak postępuje i co naprawdę wynika z jej wiary. Potem przyszliby do nas na obiad albo lepiej do restauracji. Na stole piętrzyłyby się kotlety de volaille, frytki i surówki. Być może jakiś wąsaty wujek postawiłby na stolę flaszkę wódki…

Tak to sobie wyobrażałam. Patrząc, jak zachodzi słońce nad moim miastem. Powiedziałam do siebie: Daj spokój. Przecież nas to dotyczy tyle, co zeszłoroczny śnieg! Czy naprawdę musimy oglądać się za siebie, w lęku, co ktoś tam o nas powie czy pomyśli? Niech nie oczekują od nas konformizmu i fałszywych postaw. Czy my nie zasługujemy na swoje święto i celebrację? Tylko jak można uczcić nieprzystąpienie do komunii? Przypomniałam sobie, jak Hania bawi się z koleżankami w SPA. Nakładają sobie nasączone wodą waciki na twarz, wklepują kremy, malują paznokcie. Małe damy… Może po prostu pojedziemy z Hanią do SPA?! Tylko jeśli będziemy tam same, może być nam jednak trochę głupio...

Nalałam sobie kilka kropli Chardonnay i sięgnęłam po telefon. W komunikatorze mam przecież „Kumcie”, czyli naszą szkolną, przyjacielską grupę. Napisałam:

„Kochane. My z Hanią nie uczestniczymy w zbliżającej się komunii. Czujemy się z tym trochę wyautowane. Zdecydowałam, że w tym czasie pojedziemy do SPA na nasz pierwszy kobiecy wyjazd. Możecie mi polecić coś fajnego? P.S. Może ktoś chciałby pojechać razem z nami?”

Pierwszą odpowiedź dostałam od razu:

„Hejka. My uczestniczymy w kom. Ale jeśli się zgodzisz, chętnie dołączymy do Was następnego dnia. Nie jesteście same. Trzymcie się!”

Potem przyszły następne:

„My też nie wiedziałyśmy co ze sobą zrobić tego dnia. Super pomysł”.

„ Good idea. Znamy świetny ośrodek. Są konie, łódki, minizoo, zabiegi, masaże. Wszystko”.

„Wchodzimy w to!”

Minęło kilka tygodni. Dzieciaki w klasie zdały swoje modlitwy, odebrały zamówione alby, składki na fotografa i kwiaty zostały zebrane. Nadszedł dzień komunii. Jak to dokładnie wglądało – nie wiem. My z Hanią  w tym czasie byłyśmy w najprawdziwszym pałacu. Razem z kumciami – trzema rodzinami przyjaciółek mojej córki. Jeździłyśmy konno, czerpałyśmy z dobrodziejstw SPA i wellness. Odkryciem tego wyjazdu był hammam – tradycyjny, bliskowschodni rytuał pielęgnacji ciała i dogłębnego oczyszczania skóry, który odbywa się w tureckiej łaźni… Drugiego wieczora urwałyśmy się z balu i ścieżką w półmroku dotarłyśmy na pobliski kemping. Tam wbiłyśmy się do towarzystwa przy ognisku i prawie do rana śpiewałyśmy piosenki.

Ktoś może pomyśleć, że jestem zwykłą hedonistką, że to wszystko niepotrzebne, nieskromne. Dla nas był to czas spędzony naprawdę razem, to dzieciaki wybierały atrakcje, to one miały na sobie cały czas naszą uwagę. Mam nadzieję, że czuły się kochane i ważne. I że ani przez chwilę nie czuły się gorsze.

Imię i nazwisko do wiadomości redakcji