Bohaterka

Bohaterka

Komisarz Renata Zamojska stała z zadartą głową przed starą, trzypiętrową kamienicą. Za plecami słyszała narastający szum. Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć jak to wygląda: kilkunastu reporterów i reporterek ze stacji telewizyjnych, gazet i portali internetowych czekało na komunikat odgrodzonych żółtą taśmą. Był maj, początek ogórkowego sezonu, więc taka sensacja jak zaginiecie piątki maturzystów w kamienicy w centrum miasta było dla nich nie lada gratką.

*Prezentujemy opowiadanie Mariusza Koperskiego, pisarza, autora m.in. powieści Amator zbrodni. Zakopiańska powieść kryminalna oraz Giełda milionerów. Pozostałe opowiadania: Wielka złość, Tylko kilka słów, Żadna zbrodnia, Nie lubię żółtego, Nigdy ci nie wybaczę, To ty bracie, Coś specjalnego, Z okna pociągu, Jestem cudotwórcą, Pokuta, Jesteś pan bohaterem, Układy.

Obok niej stanął szef techników i także zadarł głowę.

– „Escape room Kamienica” – przeczytał na głos wielki szyld zawieszony na balustradzie balkonu na pierwszym piętrze. – Słyszałem o tym miejscu. Podobno jest niesamowite.

– A co w nim takiego niesamowitego? – spytała Zamojska. Czuła się poirytowana i trochę zazdrosna. Zagadki to była jej praca. Bardzo ciężka praca. A tu ktoś próbuje zrobić z tego rozrywkę i jeszcze na tym zarobić.

– Co wiemy? – spytała rzeczowym tonem.

– Na razie niewiele – odpowiedział szef techników. – Piątka nastolatków z okolicy weszła tam wczoraj wieczorem. I … już nie wyszła. Nie wrócili do domu. Nie odbierają telefonów. Rodzice zawiadomili policję dopiero dzisiaj rano, bo myśleli, że wszyscy bawią się na jakiejś prywatce.

– A właściciele, obsługa? – dopytywała.

– Człowiek, który to obsługiwał, też chyba zniknął. Nie otwiera drzwi, nie odzywa się. A miał śledzić monitoring i na żądanie uczestników gry podsuwać im podpowiedzi lub po prostu przepuszczać ich na wyższy poziom. Albo, gdyby całkiem się poddali, wypuścić ich z kamienicy. Tak to opisują w internecie na swojej stronie.

– Czyli jest monitoring? Więc w czym problem? Nie można po prostu sprawdzić, czy dzieciaki są gdzieś w środku? – spytała policjantka.

Szef techników pokręcił głową.

– W nocy była burza i teraz w całej dzielnicy nie ma prądu.

Zamojska westchnęła. Wszystkie plagi świata na raz, pomyślała.

– Wezwać strażaków, niech przyjadą tu z jakimś agregatem – poleciła.

– Tak jest, pani komisarz, tylko zaznaczam od razu, że oni są w terenie i trochę potrwa, zanim tu dotrą. Mówili, że do dwóch godzin. A jedyny agregat pożyczyli przychodni zdrowia.

Komisarz Zamojska obejrzała się za siebie.

– Do dwóch godzin? I będziemy tu tak stać pod ostrzałem mediów? Rozszarpią nas, jeśli tej piątce  coś się w tym czasie stanie.

– Nie lubi ich pani, co?

– Nie znoszę. Zawsze wszystko przekręcają i w ich relacjach wychodzimy na głupków i darmozjadów. Teraz też tak będzie, zobaczy pan.

– Gdzie są pana ludzie? – zmieniła temat, rozglądając się dokoła.

– Wszyscy na urlopach – odpowiedział. – Dziś jestem sam.

Pokazał jej dużą aluminiową walizkę, którą trzymał w ręku.

– Poradzę sobie – powiedział, uśmiechając się.

Pokiwała głową.

– Więc do roboty – rzuciła trochę oschle. – Sprawdźmy, czy to miejsce jest tak niesamowite, jak pan twierdzi.

***

Aluminiowa walizka przydała się już przy głównym wejściu. Szef techników, przygryzając w skupieniu język, pogrzebał w zamku kilkoma wytrychami, i po chwili drzwi były otwarte. Za nimi znajdowało się coś na kształt biura, ze stanowiskiem obsługi monitoringu i komputerem. Rzeczywiście nic tu nie działało, a martwe ekrany i puste miejsce za biurkiem robiły przygnębiające wrażenie. Szybko założyli lateksowe rękawiczki i przeszukali lokal. W jednej z szuflad biurka znaleźli pięć komórek.

– No to już wiemy, dlaczego nikt się do dzieciaków nie może dodzwonić – powiedziała Zamojska.

Szef techników wskazał na regulamin wiszący na ścianie. Po punkcie pierwszym, w którym była mowa o tym, że każdy tu wchodzi na własną odpowiedzialność, a nieletni za zgodą rodziców,  drugim, który nakazywał świetną zabawę, następował trzeci, gdzie była mowa o tym, że nie wolno używać komórek i należy je przed zabawą złożyć w depozycie w biurze.

– A to może być odpowiedź na pytanie, co się stało z człowiekiem z biura – powiedział szef techników unosząc w palcach nieduży, foliowy woreczek. Na dnie widać było drobiny białego proszku. – Znalazłem to w koszu na śmieci. I to nie jest słodzik.

Zamojska przysiadła na brzegu biurka.

– Czyli mogło być tak: człowiek z obsługi bardzo się nudził i dodatkowo relaksował się jakimś świństwem. Kiedy wyłączyli prąd, wpadł w panikę i się ulotnił. A dzieci...

– … a dzieci bez pomocy z zewnątrz gdzieś tutaj utknęły – dokończył szef techników.

Teraz oboje przyglądali się dużemu schematowi pomieszczeń wywieszonemu na ścianie obok regulaminu.

Pokoi w kamienicy było w sumie dziewięć, na każdym piętrze po trzy. Każdy nazywał się inaczej i był poświęcony innej dziedzinie. Po kolei były to: sport, film, zwierzęta, rośliny, wynalazki, historia, zdrowie, gwiazdy i muzyka. Trasę można było przejść tylko w takiej kolejności i nie można było się cofać. Po rozwiązaniu zagadek w ostatnim pokoju ukazywało się przejście do windy, którą zjeżdżało się na parter do biura. W awaryjnych sytuacjach do windy można się było dostać również z pierwszego i drugiego piętra. Obok windy biegły także schody przeciwpożarowe.

– Fiu, fiu, fiu – zagwizdała Zamojska. – Rzeczywiście idealna powtórka przed maturą. To co, sprawdzimy się? – spytała Zamojska, mrugając do szefa techników.

Ale kiedy zatrzasnęły się za nimi drzwi w sali sportu, zrozumieli, że sprawa nie jest taka prosta. W pokoju panowały egipskie ciemności. Prądu przecież nie było, a okna najwyraźniej były zamurowane albo czymś przesłonięte.

Oboje, jak na komendę, wyjęli komórki i włączyli latarki.

– Ile ma pan procent baterii? – spytała komisarz.

Spojrzał na ekran.

– Czterdzieści pięć – odpowiedział. – A pani?

– Sześćdziesiąt dwa.  Więc najpierw świecimy moją, a potem pana.

Na początku szło im tak sobie. Trwało jakiś czas, zanim zrozumieli charakter zagadek, z jakimi mają do czynienia. A te były po prostu bardzo różne. Niektóre proste i banalne, a inne jednak wymagały ruszenia głową i współpracy obojga policjantów. W pokoju z filmem nawet nieźle się bawili. Okazało się, że oboje całkiem nieźle orientują się w tej dziedzinie. Choć to szef techników ostatecznie wyprowadził ich stamtąd, przypominając sobie, że pies porucznika Columbo był bezimiennym bassetem.

W czwartym pokoju spotkało ich miłe zaskoczenie. Znaleźli tam skacowanego i zrezygnowanego pracownika obsługi. Okazało się, że wcale nie uciekł, wręcz przeciwnie, postanowił ruszyć na pomoc nastolatkom.

– Wydawało mi się, że pamiętam wszystkie rozwiązania zagadek i łatwo mi pójdzie, ale utknąłem na wynalazkach – tłumaczył się. – Kto do cholery wynalazł radio?

– Marconi – powiedziała Zamojska. – Dostał za to Nobla. A pan dostanie dwa lata, jeśli okaże się, że poczęstował pan maturzystów swoimi pastylkami na lepszy humor – dodała.

– Ależ nie, przysięgam – powiedział przerażony mężczyzna.

I żeby udowodnić swoje dobre intencje, starał się jeszcze bardziej i teraz przechodzili kolejne pokoje błyskawicznie.

Maturzyści odnaleźli się w ostatnim, dziewiątym pokoju. Mieli małą latarkę, ale fizycznie i psychicznie byli już w złej kondycji. Dwóch chłopców trzymało się jeszcze jako tako, dwie kolejne dziewczyny były słabe i odwodnione, a trzecia leżała nieprzytomna na małym tapczanie pod ścianą.

– Jest astmatyczką – wytłumaczyła policjantom jedna z jej koleżanek. – Umrze, jeśli zaraz nie dostanie lekarstwa. Miała trochę przy sobie, ale właśnie się skończyło.

– Nie ma czasu do stracenia – powiedziała Zamojska energicznym tonem. – Jesteśmy już blisko wyjścia. Na czym utknęliście?

– Na „elgia”.

– „Elgia”? – spytał szef techników. – Co to?

– No właśnie nie wiemy. Mieliśmy zbudować główne hasło z pięciu zagadek muzycznych. Wyszło nam takie słowo.

– A jaki były te zagadki?

– E jak Enej, L jak Linkin Park, G jak Genesis, I jak Iron Maiden, A jak Abba.

– Abba? Znacie to? Słuchacie takiej muzyki? – zdziwiła się Zamojska. – Zresztą nieważne, o waszych gustach porozmawiamy, gdy się stąd wydostaniemy.

– To litery – zauważył szef techników. – Można je poukładać inaczej. „Elgia” nic nie znaczy.

– A co znaczy „gelia”? Albo „algie”? Coś mądrzejszego? – spytał zadziornie jeden z chłopców. – Próbowaliśmy wszystkich kombinacji.

– Algie? Zaraz!  A jeśli wymawiane jest to z angielska jako eldżi? – zastanowiła się Zamojska. A potem krzyknęła:

– Kontekst! Jaki jest kontekst? W poprzednich pokojach to było decydujące. Co jest w tym pokoju? Spędziliście w nim już sporo czasu. Opowiadajcie!

– Są plakaty na ścianach, na regałach płyty, kompakty i takie stare winylowe – opowiadali jedno przez drugie. – Na suficie żarówka bez abażuru, a w rogu, za kotarą ściana. Zakładamy, że tam jest wyjście...

Zamojska klasnęła w dłonie.

– Pokażcie mi tę kotarę!

Jedna z dziewcząt skoczyła pospiesznie i odsunęła wiszącą w rogu ciężką welurową zasłonę, odsłaniając zamurowane cegłami przejście.

Komisarz Zamojska zaśmiała się.

– Słuchajcie! Chyba wiem! „Algie” to różowa latająca świnia. Miała promować koncerty Pink Floyd, kiedy wydali płytę Animals. Pink Floyd! Rozumiecie już? Co było największym przebojem Pink Floyd?

– The Wall! – krzyknęli chórem chyba wszyscy w pokoju.

– A refren brzmi: All in all it’s just…

– … another brick in the wall! – znowu dokończyli wszyscy.

– Brawo maturzyści! – krzyknęła.

Zamojska podeszła do ściany i zaczęła naciskać kolejne cegły. Jedna z nich drgnęła. Wcisnęła ją mocniej. Coś wyraźnie kliknęło i cała ściana otworzyła się, okazując się drzwiami. Za nimi zobaczyli wejście do windy i klatkę schodową.

Kiedy wyszli z kamienicy, przywitały ich entuzjastyczne okrzyki i wrzawa. Do nieprzytomnej dziewczyny od razu podbiegły służby medyczne i zrozpaczeni rodzice. Po chwili karetka zabrała ją na sygnale do szpitala.

Komisarz Zamojską otoczyli dziennikarze.

– Jest pani bohaterką! Uratowała pani te dzieci! Jak się pani z tym czuje? – spytał jeden z nich.

Skrzywiła się. I szukając wzrokiem szefa techników powiedziała:

– Jak zawsze wszystko przekręcacie!