Czy strach ma wielkie oczy?

Czy strach ma wielkie oczy?

Czy strach ma wielkie oczy? Co czujemy kiedy paraliżuje nas coś od środka, gdy panicznie boimy się zmiany? A może prawda jest taka, że ta zmiana nas wyzwoli i da nam inne spojrzenie na naszą rzeczywistość. Często idąc jedną, nie zawsze łatwa drogą, nie docieramy do punktu, do którego chcielibyśmy dojść, jednak nie zmieniamy kursu, dopóki coś lub ktoś nie zepchnie nas z tej drogi. Ja należałam zawsze do osób, które mają silne poczucie, że potrafią decydować o sobie i nie potrzebują innych ludzi do tego, żeby decydowali za mnie. Jednak pewnego dnia stanęłam przed sytuacją, w której życie zdecydowało za mnie. Zdziwiłam się, że w ogóle takie sytuacje mają miejsce. Czy to kwestia przyzwyczajenia, żeby zaakcentować ten stan, niestety w takich sytuacjach nie jesteśmy w stanie nic robić czy to nas zabija? Was może nie, mnie zabiło. A chciałam żyć, na własnych zasadach, z własnymi regułami i z własnym poczuciem bezpieczeństwa, w strefie komfortu, wiecie, własne piekło to zawsze znajome piekło.

Kiedy otworzyłam drzwi, stał przede mną on. Nigdy nie wyzwalało we mnie to większych emocji. Bawiło mnie, że był  inny, nie chodzi o to, że dziwny... inny, czyli w moim wydaniu dobry. Wiele lat spotykałam facetów nastawionych na to, żeby mnie wykorzystać na każdy możliwy dla nich sposób. Ten był zwyczajnie inny. Nic nie chciał. Tą swoją radością zadziwiał mnie tak, że zastanawiałam się z jakiej choinki się urwał. Spokój, jaki dawały jego oczy, wręcz przerażało mnie to tak, że nie wiedziałam, że na świecie są tacy ludzie. Było mi dobrze, gdy był obok. Jednak nie szalałam ze szczęścia. Nie miałam motyli, nie czekałam z utęsknieniem w oknie jak przyjedzie i co najgorsze w tym wszystkim, gdy wychodził czułam ulgę. Czy to była miłość? Nie, chyba nie była. To był komfortowy spokój, że jest. Czy było ok, z nim być? Nie, nie było, ale zawsze mówiłam o tym, że przecież to on chciał być ze mną. Nie mógł być tak głupi, żeby nie widzieć, że tu ewidentnie coś nie pasuje, więc uznałam, że jemu pasuje. Czy to dobrze, cholera nie wiem. Tzn. dziś  już wiem, wtedy wydawało mi się, że skoro ja podejmuję decyzje za siebie, a on za siebie, to wszystko gra. Myliłam się. Wróćmy do momentu otwarcia drzwi... upadł na kolana, wyciągnął małe pudełko z pierścionkiem i spojrzał na mnie. Ja w głowie miałam tylko jedno. Chyba sprawy zaszły za daleko... Nie chciałam tego, ale nie chciałam mu tego powiedzieć. Jak się domyślacie pierścionek wylądował na moim palcu. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie i nie zdążyłam się zatrzymać i szczerze porozmawiać jak już nadszedł dzień, w którym musiałam ubrać sukienkę i pójść do kościoła. Kiedy jechałam tam autem, czułam jakbym była w jakimś więzieniu, z którego nie mogłam uciec. Klatka z małymi drzwiami, przy której ktoś stoi i zamyka drzwi z uśmiechem jokera. Przegrałam, pomyślałam, spuściłam wzrok na moje nowe, jak na mnie tandetne buty i poczułam, jak wszystko, o co w życiu walczyłam, zostaje za mną. Jakbym to nie była ja, jakbym widziała wszystko z pozycji widza, a nie uczestnika wydarzeń. Wysiadłam pod kościołem i to był dla mnie ostatni domykany zamek w drzwiach. Koniec, spojrzałam na niego... na jego uśmiechniętą twarz, na oczy pełne spokoju i pomyślałam, że tak bardzo go nienawidzę, nie czuję nic oprócz wielkiej pustki. Zniszczył mi życie, zmienił je, założył worek na głowę, a nie obrączkę na palec. Wiedziałam, że nie to było moim marzeniem i nie tak reaguje kobieta w tak ważnym momencie swojego życia. Zastanawiacie się pewnie, co za idiota wpędza się w poczucie takiej bezsilności, wystarczyło powiedzieć prawdę. Tylko prawda była trudna i nie zawsze człowiek ma odwagę stawić jej czoła. Ja nie stawiłam jej czoła i pewnie nigdy nie stawię. Później było bardziej ciekawie. Każdego dnia starałam się nauczyć kochać go takim, jakim jest i z całych sił akceptować to, w jakiej popieprzonej sytuacji jestem, jednak to, co się chce, nie zawsze idzie w parze z tym jak jest. Bardzo mocno chciałam być szczęśliwa. Narzekałam i nie chciałam być uczestnikiem tego wszystkiego. Miesiąc po tej traumie, jaką był ślub, mój mąż wrócił do domu, zmienił wyraz twarzy rzucił jakieś papiery na stół i spojrzał na mnie. Co to? – zapytałam, ale jakoś nie byłam zbyt zainteresowana odpowiedzią. Chyba się ode mnie uwolnisz. – spojrzał na mnie po raz kolejny i trzasnął drzwiami. Zaintrygowało mnie to i podniosłam kartki do góry. To co przeczytałam na jednej z nich zamurowało mnie. Co to jest? Jesteś chory? Wracaj i wyjaśnij mi to? – krzyczałam i biegłam za nim. Co ja Ci mam wyjaśnić? Czego z tego nie zrozumiałaś? – siedział na fotelu obok łóżka i patrzył na ścianę. Zrozumiałam wszystko, ale co teraz, kiedy szpital, operacja? – mówiłam szybko i bez składni. Jaka operacja? Czytać się naucz. Nie ma nadziei i nie będę udawał, że jest. – obrócił głowę w moją stronę i spojrzał na mnie tak jak jeszcze nigdy. Nigdy nie chciałaś być ze mną. Wiecznie niezadowolona, obrażona. Nie sądziłem, że aż tak mnie nienawidzisz. – zamilkł. Ja słuchając tego zdałam sobie sprawę z tego, co mówił. On mnie obwinia? Wstałam i wściekła zaczęłam krzyczeć. Tak do ciężkiej cholery, nie kochałam Cię ani wtedy jak wcisnąłeś mi na palec pierścionek, ani wtedy jak zawlokłeś pod ołtarz. Jednak nigdy nie życzyłam Ci takiego losu. Dawałeś mi siłę i ją zabierałeś, ale nie chciałam, żeby coś Ci się stało. – łzy leciały mi po policzkach i serce biło jak szalone. Czemu mi nie powiedziałaś? – zapytał ze spokojem. Mogłaś uniknąć tyle cierpienia, wystarczyło powiedzieć zasraną prawdę. – usiadł i popatrzył na mnie. Nie do wiary. Ile w nim było spokoju i cierpliwości. Ile tego czegoś, czego nigdy nie było we nie. Złapałam go za rękę i powiedziałam. Przejdziemy przez to razem, nie ty i ja, tylko my... Spojrzał na mnie i milczał. Kolejne miesiące to była moja walka już nie z samą sobą. To walka o to, żeby on widział we mnie to, co sam mi dawał. Każdego dnia widziałam jak gaśnie w nim płomień i po kilku miesiącach płomień się już nigdy nie rozpalił. Tego dnia ktoś otworzył drzwi do klatki, dostałam pozwolenie na wyjście z więzienia. Ja nie chciałam nigdy wchodzić do tej klatki. Jednak później też nigdy nie chciałam w taki sposób jej opuścić. Stojąc nad jego grobem, jedyne co tak bardzo chciałam mu powiedzieć, to przepraszam. Los okrutnie karze ludzi z sercem większym niż mogłoby nam się wydawać. Oddał mi wszystko, a nie oczekiwał ode mnie nic. Wydawało mu się, że walczy o coś ważnego, chciał mnie wyzwolić, a uwięził mnie. Nigdy nie zapomnę tej gorzkiej lekcji, w której zapamiętałam najważniejsze. Kłamstwo potrafi skrzywdzić drugiego człowieka bardzo mocno i możesz nie mieć już możliwości wynagrodzić jej krzywd, czas jest ulotny i ograniczony. Każdy ma swoje miejsce i jeśli znajdziemy się w niewłaściwym, to uciekajmy zanim uwolni w nas coś na co zupełnie nie jesteśmy gotowi.

Życie to wieczna podróż, która nawet w ostatnim porcie może nas zaskoczyć. Podczas całej tej drogi jesteśmy narażeni na podejmowanie decyzji. Podejmujemy je w zgodzie ze sobą lub w zgodzie z całym światem. Uszczęśliwiając innych możemy unieszczęśliwić siebie lub uszczęśliwiając siebie uszczęśliwić innych. Kompromis jest gdzieś pomiędzy, tylko problem z tym, że nie zawsze widzimy ten kompromis. Chociaż czasem widząc kompromis uciekamy przed nim bo… właśnie dlaczego? Może ze strachu, a może zwyczajnie podjęcie wyzwania zmusi nas do wysiłku, a tego zupełnie nie chcemy. Miejcie wiarę w nadzieję, nadzieję na miłość ale miłość dajcie temu, kto na to najbardziej zasługuje, pewnego dnia może już go nie być…

Paulina Oleśkiewicz