Doskonały falsyfikat. Jak dwaj kupcy z Odessy oszukali Luwr

Doskonały falsyfikat. Jak dwaj kupcy z Odessy oszukali Luwr

W 1896 r. władze Luwru – światowej sławy muzeum w Paryżu – zapłaciły astronomiczną na tamte czasy kwotę 200 tys. franków za złotą tiarę, znalezioną podczas wykopalisk grobowca wodza Scytów – króla Sajtafernesa. Wydanie tak dużej sumy na unikatowy eksponat musiał zatwierdzić francuski parlament. Dopiero po siedmiu latach, przez przypadek, okazało się, że tiara to idealny falsyfikat. Jej twórca, złotnik-samouk z Odessy, musiał przed komisją muzealną udowadniać, że tiara to dzieło współczesne, a nie zabytek sprzed dwóch tysięcy lat.

Bracia Szepsel i Lejba Hochmanowie prowadzili w Odessie sklep kolonialny – sprzedawali w nim mydło, powidło, a także kawę, herbatę i tytoń, sprowadzane specjalnie z zamorskich krain. Mieli stałych klientów i cieszyli się powszechnym szacunkiem mieszkańców, mieli jednak znacznie większe ambicje. Świat przeżywał wówczas fascynację archeologią, a znaleziska z wykopalisk w Egipcie, Indiach itd. stawały się sensacją, udostępnianą widzom Muzeum Brytyjskiego w Londynie, paryskiego Luwru czy Miejskiego Muzeum Sztuki w Nowym Jorku.

Starożytne skarby

Bracia Hochmanowie zwietrzyli koniunkturę, gdy dowiedzieli się, że w okolicach miasta Oczaków, położonego na półwyspie u ujścia rzeki Dniepr, kilka lat wcześniej odkryto ślady Olbii – starożytnej kolonii greckiej, położonej na północnym wybrzeżu Morza Czarnego, złupionej i zniszczonej w III w. n.e. Chłopi zatrudniani do prac przy przekopywaniu stanowisk archeologicznych często natrafiali na pozostałości starożytnych artefaktów: broni, ozdób, biżuterii i naczyń. Wykopaliskami zajmowali się też samozwańczy archeolodzy i poszukiwacze skarbów. Dlatego w 1891 r. bracia Hochmanowie kupili w Oczakowie spory budynek i otworzyli tam sklep z antykami. Nie sprzedawali jednak foteli w stylu Ludwikowskim ani karafek z XVIII wieku – wyspecjalizowali się w skupowaniu znalezisk z Olbii od archeologów-amatorów i odsprzedawali je kolekcjonerom na całym świecie.

Wkrótce okazało się jednak, że cenne znaleziska nie trafiają się codziennie, a poszukiwanie kupców – podróże, korespondencja itd. pochłania sporo pieniędzy. Dlatego też Hochmanowie gorączkowo poszukiwali sposobów na alternatywne źródło zarobku. Jak głosi legenda, pewnego dnia bracia zachwycili się naszyjnikiem, który zobaczyli na szyi pewnej wytwornej damy w teatrze. Gdy zapytali, czy to antyk, dama odparła, że to prezent od męża, zakupiony od jednego z miejscowych złotników. Hochmanowie zapytali o jego nazwisko i następnego dnia zgłosili się do niego, zamawiając u niego kilka precjozów według dokładnych szkiców. Wcześniej zaś stworzyli w podziemiu swojego sklepu warsztat, w którym specjalnie wyszkoleni rzemieślnicy podrabiali marmurowe płyty ze starożytnymi inskrypcjami, bowiem jednym z najcenniejszych znalezisk w Olbii był tzw. Dekret Protohenesa, czyli biała marmurowa kolumna z wykutym na niej napisem, wychwalającym mieszkającego w mieście Greka, wspomagającego biedaków pieniędzmi z własnej kiesy. Obrotni bracia dbali, by napisy sporządzane w warsztacie były napisane bezbłędną greką, dlatego też często korzystali z konsultacji np. u profesorów uniwersyteckich. Kilka takich tablic udało im się sprzedać np. muzeum w Odessie.

To tylko wzory

Gdy bracia zajęli się podrabianiem starożytnej biżuterii, oszukiwali nawet złotników, którym zlecali wykonanie podróbek – przekonywali, że wyroby te są tylko wzorowane na antykach. Jednocześnie sami nie zajmowali się ich sprzedażą – werbowali „sprzedawców” spośród chłopów, którzy pracowali przy wykopaliskach. Chłopi sami podrzucali „artefakty”, które później „wykopywali” i przekazywali kolekcjonerom czy ekspertom z muzeów. Zdarzyło się, że podróbka została umiejętnie podrzucona poszukiwaczowi skarbów, który własnoręcznie ją odnalazł i nie posiadał się ze szczęścia.

Podróbki "z Olbii" trafiły do zbiorów m.in. muzeum w Krakowie, Frankfurcie czy Wiedniu. Rozochoceni sukcesem bracia postanowili zagrać va bank i zdobyć taką kwotę, która pozwoliłaby im żyć wygodnie w luksusie i już nigdy nie martwić się o pieniądze.

Bracia postanowili podrobić rzekomy prezent, który miał dostać od ludu Olbii władca scytyjski imieniem Sajtafernes, który żył w III w. p.n.e. – złotą tiarę z wykutymi na niej scenami z greckiej mitologii.

Interes życia

Szepsel Hochman pojechał do Wiednia i poprosił o spotkanie z najbardziej znanymi specjalistami od starożytności z tamtejszego muzeum historii sztuki. Zaintrygowani eksperci zgodzili się. Podczas rozmowy Hochman wyjął z torby podróżnej kilka autentycznych sprzączek, używanych przez starożytnych Greków do spinania szat, oraz kilka par kolczyków, faktycznie wykonanych w czasach starożytnych. Gdy ekspertom na widok antyków zalśniły oczy, Szepsel wyjął z torby zawiniątko. Gdy je rozpakowywał, błysnęło złoto. „To tiara scytyjskiego władcy Sajtafersnesa” – oznajmił Hochman.

Tiara doskonale się zachowała, tylko w jednym miejscu widoczne były ślady jakby od uderzenia mieczem. Przypominała zarówno hełm, jak i koronę, była misternie wykonana i udekorowana reliefami, przedstawiającymi sceny z „Iliady” i „Odysei”, a także wizerunkami Sajtafernesa polującego na ptactwo i dzikie zwierzęta. Był też napis, wykonany w takim samym stylu, co słynny Dekret Protohenesa, głoszący „Rada i obywatele Olbii w hołdzie wielkiemu i niezwyciężonemu królowi Sajtafernesowi”. Na pytanie uczonych, skąd Hochman ma tiarę, ten odparł, że w 1895 r. archeolodzy natknęli się na grobowiec scytyjskiego władcy i jego żony, w którym znaleziono tiarę, kolczyki i inne wyroby, za które Hochman zapłacił tak olbrzymie pieniądze, że stał się de facto bankrutem. Zażyczył sobie 200 tys. franków. Władze muzeum zaprosiły ekspertów, którzy potwierdzili autentyczność starożytnej złotej tiary. Wtedy okazało się, że austriackie muzeum nie ma kwoty, której zażądał Hochman. Nie był też skłonny do ugody ani rozłożenia płatności na raty. Umówił się z wiedeńskim antykwariuszem Antoinem Foglem, że ten będzie go reprezentował podczas negocjacji z władzami innych muzeów w Europie. Tiarę kupiło pierwsze muzeum, do którego skierował się Fogel – paryski Luwr. Wydanie tak dużej kwoty musiał zatwierdzić francuski parlament – i tak też się stało. Jak na ironię, umowę sprzedaży podpisano 1 kwietnia 1896 r., w Prima Aprilis.

Gdy tylko wieści o nowym nabytku Luwru przeciekły do prasy, pojawiły się wątpliwości co do autentyczności znaleziska. Archeolodzy, pracujący w Oczakowie, zaprzeczali, by odnaleźli grobowiec Sajtafernesa. Ponieważ jednak roiło się tam od archeologów-amatorów, wiadomości od ekspertów nie robiły na nikim wrażenia.

Tiarę oglądali też dyrektorzy innych światowych muzeów i choć wielu z nich miało wątpliwości, po informacji, że znalezisko pochodzi z okolic Oczakowa, uznawali, że żaden złotnik z „zabitej dechami Rosji” nie byłby w stanie tak misternie wykonać podróbki.

Tiara przez ponad siedem lat stanowiła jedno z najbardziej znanych i eksponowanych dzieł w Luwrze, nazywano ją także drugim po wieży Eiffla najcenniejszym przedmiotem w Paryżu.

"Dobry żart, tiary wart"

Prawda wyszła na jaw przez przypadek. Henry Mayence, jeden z malarzy, którzy na słynnym Montmarcie sprzedawali kopie obrazów znanych mistrzów, został oskarżony o tworzenie podróbek. Oświadczył wtedy śledczemu, że zemści się na przedstawicielach świata znawców sztuki, handlarzach i antykwariuszach, codziennie ujawniając podróbki sławnych dzieł, na których nie poznali się światowej sławy eksperci. Następnego dnia wysłał do gazety "Le Matin" informację, że słynna tiara z Luwru to podróbka, którą wykonał jego przyjaciel złotnik, według sporządzonej przez Mayence’a.

Artykuł ukazał się na pierwszej stronie gazety 19 marca 1903 r., a w ciągu trzech kolejnych dni Luwr przeżywał oblężenie, jakich mało – wszyscy chcieli na własne oczy zobaczyć słynną tiarę, która mogła być podróbką, w ciągu trzech dni muzeum odwiedziło ponad 30 tys. osób. Tymczasem specjaliści z Luwru podważali wiarygodność Mayenc’a twierdząc, że nie można się spodziewać prawdomówności po kimś, kto nie potrafi namalować nawet prawdziwego obrazu. Jednak już kilka dni później gazeta "Le Matin" opublikowała list od jubilera Solomona Lifszyca, który kilka lat wcześniej przeprowadził się do Paryża z Odessy. Jubiler twierdził, że twórcą tiary jest jego kolega po fachu, Izrael Ruchumowski, który wykonał ją na zamówienie bogatych antykwariuszy jako prezent dla swojego przyjaciela, archeologa. Lifszyc informował, że wielokrotnie widział swojego kolegę Ruchumowskiego podczas pracy nad tiarą, wskazywał też grecką książkę, z której pochodziły zamieszczone na tiarze płaskorzeźby. Pisał też, że Ruchumowski za swoją pracę otrzymał zaledwie 1 tys. 800 rubli, co stanowiło śmieszną kwotę w porównaniu do tej, jaką otrzymali bracia Hochmanowie.

Muzeum w Luwrze usunęło tiarę z ekspozycji na czas wewnętrznego śledztwa, a do Odessy ruszyli dziennikarze, którzy chcieli przeprowadzić wywiad ze słynnym złotnikiem. Odnaleźli Rychumowskiego, który nie tylko potwierdził, że jest twórcą tiary, ale też pokazał im szkice i fotografie złotej ozdoby, które robił cyklicznie podczas jej tworzenia. Jednocześnie Ruchumowski podkreślał, że nie wiedział o tym, iż bracia mają zamiar sprzedać ją jako antyk, był przekonany, że wykonuje prezent na specjalne zamówienie. W końcu na zaproszenie gazety "Le Figaro" przyjechał do Paryża, gdzie zeznawał przed komisją ekspercką, udowadniając, że to właśnie on, złotnik-samouk z Odessy, jest twórcą dzieła, którego misterne wykonanie i kunsztowne wykończenie wzbudzało zachwyt znawców antyków z całego świata. Po trwającym dwa miesiące dochodzeniu komisja ustaliła, że tiara faktycznie jest podróbką, jednak nie zniknęła ona z ekspozycji w Luwrze – przeniesiono ją jednak z działu antyków do działu sztuki współczesnej. Ruchumowski, który zyskał sławę złotniczą w całej Francji, przeniósł się wraz z rodziną do Paryża, gdzie zmarł jako szanowany mistrz złotnictwa w 1934 r. Malarz, którzy „przyznał się” do podrobienia tiary, do końca życia opowiadał, że jego „świetny żart” na temat słynnej antycznej ozdoby uratował honor Luwru.

Tymczasem bracia Hochmanowie nadal prowadzili swój antykwariat, sprzedając liczne skarby kolekcjonerom i muzeom na całym świecie. Po skandalu z tiarą Szepsel wycofał się z rodzinnego biznesu, a Lejba, który w Rosji stał się persona non grata w środowisku antykwariuszy, przeniósł się do Berlina, gdzie zajął się handlem srebrem. W kolekcjach wielu muzeów na całym świecie można do dziś znaleźć podróbki, zakupione od pomysłowych braci Hochman.