Głuche sumienie

Głuche sumienie
Fot. Pixabay

Komisarz Renata Zamojska wzięła głęboki wdech, zamknęła oczy i zanurzyła się pod wodą. Ogarnęła ją głucha cisza. Świat poza nią przestał do niej mówić. Więc tak to jest nie słyszeć, pomyślała. Tylko, że ona zaraz wynurzy się z ciepłej wody w wannie, a inni pozostają w tej ciszy przez całe życie. A potem w niej umierają.

*Prezentujemy opowiadanie Mariusza Koperskiego, pisarza, autora m.in. powieści "Amator zbrodni. Zakopiańska powieść kryminalna" oraz "Giełda milionerów". Pozostałe opowiadania: Wielka złość, Tylko kilka słów, Żadna zbrodnia, Nie lubię żółtego, Nigdy ci nie wybaczę, To ty bracie, Coś specjalnego, Z okna pociągu, Jestem cudotwórcą, Pokuta, Jesteś pan bohaterem, Układy.

Rankiem tego dnia stała nad zwłokami mężczyzny, leżącymi na chodniku w kałuży krwi. Przykucnęła, żeby unieść czarną folię przygrywającą ciało i przyjrzeć mu się uważnie. Krew rozlała się po szarym betonie i zniknęła w szparach między chodnikowymi płytami, pozostawiając po sobie brunatny ślad. Spojrzała w górę.

– Trzecie piętro – powiedział stojący obok szef techników. A potem wskazał na leżącą kilka metrów dalej konstrukcję z metalowych prętów. – Runął razem z barierką. Musiał się o nią oprzeć, a ona nie wytrzymała jego ciężaru. Zresztą bardzo dużego. Chłop ważył ze sto pięćdziesiąt kilo.

– Wypadek? – spytała komisarz, choć domyślała się już odpowiedzi.

– Niestety nie – usłyszała. – Ktoś nadpiłował pręty. Ślady po piłowaniu są wyraźne i całkiem świeże. To się musiało wydarzyć dosłownie kilka dni temu.

Podeszli oboje do konstrukcji i szef techników wskazał jej miejsca na prętach, o których mówił. Miał rację, nie było żadnych wątpliwości. Więc to morderstwo, czyli jej sprawa.

Weszli po schodach do mieszkania. W wejściu minęli się z policyjnymi technikami, którzy skończyli zabezpieczać ślady.

– Pani komisarz, a co robimy z psem? – spytał jeden z nich.

– Z jakim znowu psem? – spytała zdziwiona.

Wtedy go zobaczyła. Piękny golden retriever siedział na środku pokoju, tego z wyjściem na balkon, i patrzył na nich przyjaźnie. Ale nie ruszył się z miejsca, gdy weszli do środka.

– Siedzi tak cały czas, ani drgnie. Szkolony chyba – dodał technik.

Zamojska i szef techników rozejrzeli się po mieszkaniu.

– Pies przewodnik? – zdziwiła się Zamojska. – Ale to nie jest mieszkanie niewidomego.

– Bo nie był niewidomy – odezwał się ktoś od strony wejściowych drzwi. Spojrzeli w tamtą stronę. Stał tam przysadzisty mężczyzna koło pięćdziesiątki. – Był głuchy – wyjaśnił. – A właściwie głuchoniemy.

I od razu dodał, usprawiedliwiając niejako swoją obecność i fakt, że się wtrąca w pracę policji:

– Jestem jego sąsiadem od wielu lat. Choć szczerze… nie znałem go za dobrze, bo nie był zbyt towarzyski. Właściwie nie wychodził z domu. Myślę, że się wstydził swojej tuszy. Moja żona robiła mu zakupy. Pisał jej na kartce, co potrzebuje i dawał pieniądze. Jakieś pół roku temu sprawił sobie tego psa. Wabi się Omar. Ładny, prawda?

Ładny, pomyślała Zamojska, przyglądając się siedzącemu jak posąg psu.

– A co robi taki pies? Jak pomaga głuchemu? – zastanawiała się na głos policjantka.

– Nie wiem, ale chyba możemy spytać specjalistów – powiedział szef techników, wskazując na kolorową ulotkę wciśniętą w ramę dużego lustra. – Firma nazywa się „Bratnia łapa”. Tu jest adres…

***

– Tak, rzeczywiście Omar to nasz wychowanek – powiedziała kobieta, przytulając psa. Omar zaskomlał radośnie. – Przeszkoliliśmy go specjalnie dla tego pana. Oczywiście zwykle chodzi głównie po prostu o towarzystwo dla samotnego człowieka, ale nie tylko. Taki pies potrafi zwrócić uwagę swojemu podopiecznemu na różne ważne rzeczy, których osoba głucha nie zauważa. Na przykład, gdy włączy się czujka dymu, syrena larmu, ale także, gdy ktoś zadzwoni do drzwi albo zapuka. Wtedy zbliża się do człowieka i dotyka go łapą w odpowiedni sposób.

– A czy da mu znać, gdy w domu pojawi się intruz? – spytała Zamojska. – Wejdzie niepostrzeżenie ktoś obcy?

– Oczywiście. To przecież także pies stróż.

Zamojska spojrzała znacząco na szefa techników.

– No to mamy zagadkę.

Coś jej nagle przyszło do głowy.

– A pani jak się z nim porozumiewała? Zna pani język migowy?

– No tak, to przecież część mojej pracy. Zresztą miałam w rodzinie głuchoniemych – wyjaśniła kobieta. – Pies może u nas zostać? – spytała znowu przytulając zwierzaka.

***

– Los tak chciał. To, że po tylu latach nagle się po prostu pojawił. Właśnie u mnie.

– Mówiłaś, że mu wybaczyłaś.

– Mówiłam, mówiłam. Ale jak go zobaczyłam, wszystko wróciło. I złość, że on sobie tak po prostu żyje, a moja Gosia nie. Wielka złość.

– Może żałował, skąd wiesz?

– Wiem, bo go znałam. Gosia mi wszystko opowiedziała, zanim…

– Ale cię nie rozpoznał? Jesteś pewna?

– Po dwudziestu latach? Na pewno nie. Nazwisko mam po tobie, a z wyglądu w ogóle mnie nie skojarzył.

– Ale ty jego tak? Mimo, że się bardzo zmienił?

– Tak, wtedy był szczupły. Silny i dobrze zbudowany. Ale poznałam go od razu.

Pokręcił głową.

– Nie powinno tak być. Nie powinnaś brać tego na swoje sumienie. Powinien siedzieć w więzieniu za to, co zrobił.

Roześmiała się gorzko.

– Już i tak dawno by wyszedł i byłoby dokładnie tak samo. Dostałby za molestowanie mojej siostrzyczki kilka lat, a jej i tak by nikt nie zwrócił życia. Nikt by nie udowodnił, że samobójstwo głuchoniemej dziewczynki ma związek z tym, że była latami gwałcona przez tego bydlaka. A ja musiałabym żyć ze świadomością, ze on gdzieś tam jest i ma się dobrze.

– Gdyby twoi rodzice nie oddali jej do tego ośrodka…

– Gdyby, gdyby… Takie były czasy. Oni oboje też byli w takim miejscu. Tam się poznali, przecież wiesz… Kojarzyło się im z osobistym szczęściem.

– Nikt cię nie zauważył, gdy się tam zakradłaś i nadpiłowałaś barierkę? Na pewno?

– Nikt. Ten drań drzemał, jak zwykle po południu. Tylko Omar mnie widział. Ale on będzie milczał.