Horror na placu Czerwonym. Porywacz żądał milionów i samolotu

Horror na placu Czerwonym. Porywacz żądał milionów i samolotu

14 października 1995 roku w samym sercu Moskwy rozegrały się sceny niczym z hollywoodzkiego filmu sensacyjnego. Grupa turystów z Korei Południowej właśnie zwiedziła moskiewski Kreml i wsiadała do autokaru, gdy kierowca pojazdu usłyszał "Powiedz im wszystkim, żeby zajęli miejsca, inaczej zacznę strzelać". Tak rozpoczął się dziesięciogodzinny dramat zakładników, który rozgrywał się w sercu Moskwy, niemalże na samym placu Czerwonym. Porywacz żądał 10 mln dol. w gotówce i podstawienia samolotu z czterema spadochronami. Wszystko przez długi, w które popadła jego firma.

Lata 90. XX wieku w historii Rosji nazywane są "gangsterskimi". Wraz z upadkiem ZSRR, po wielu latach ukrywania przed społeczeństwem radzieckim prawdy o poziomie przestępczości, upadł też mit kraju bezpiecznego, w którym dzielna milicja natychmiast rozwiązuje wszystkie sprawy kryminalne, a największym wrogiem są spekulanci i szpiedzy obcych mocarstw. Media co rusz informowały o przypadkach wymuszeń, porwań i zabójstw na zlecenie zorganizowanych grup przestępczych, które walczyły o wpływy i olbrzymie pieniądze. Nieprzyzwyczajeni do tego typu wiadomości widzowie i czytelnicy utyskiwali na spadek poczucia bezpieczeństwa, a jednocześnie coraz rzadziej dziwili się kolejnej strzelaninie. Jednak porwania i przetrzymywanie zakładników wciąż należały do rzadkości, dlatego na wieść o tym, co wydarzyło się 14 października 1995 r. niemalże pod bramami Kremla, wielu zareagowało niedowierzaniem. Ofiarami porwania stali się turyści z Korei Południowej, pracownicy jednego z największych światowych producentów elektroniki. Wokół autokaru zaroiło się od służb i dyplomatów – w końcu chodziło przecież o obywateli obcego państwa, a dziennikarze donosili o kolejnych żądaniach porywacza.

Koreańczycy zdążyli już zwiedzić podmoskiewskie Miasteczko Gwiezdne, Mauzoleum Lenina, wkrótce mieli wybrać się do Petersburga. 14 października postanowili obejrzeć Kreml. 34-letni wówczas Władimir Popow, kierowca autokaru marki Mercedes (marka pojazdu jest ważna w tej historii – red.), tak wspominał moment, w którym doszło do porwania zakładników:

"Moi turyści zwiedzali Kreml, a ja czekałem na nich na Zjeździe Wasiljewskim, od razu za cerkwią Wasyla Błogosławionego, niedaleko Wielkiego Mostu Moskworieckiego. Wokół kłębili się turyści, a także drobni handlarze, sprzedający matrioszki, futrzane czapki itd. Około godziny 16 wrócili moi turyści, pojedynczo wsiadali do autokaru. Jak wszedł ten facet, nie zauważyłem. Usłyszałem tylko: "Spójrz tutaj". Obróciłem się w jego stronę, patrzę, a mnie trzyma na muszce chłopak w czarnej kurtce i kolorowej kominiarce. – Zwariowałeś? Zabierz ten pistolet – mówię do niego, a on odpowiada: – Powiedz wszystkim, żeby zajęli swoje miejsca, inaczej będę strzelać. Powtórzył to dwa razy. Turyści niczego nie byli świadomi, głośno rozmawiali, nic nie widzieli. – Jeśli nie usiądą, będę strzelać – po raz trzeci powtórzył chłopak. – No to strzelaj, tylko mi niczego w autokarze nie uszkodź – odparłem. Zapytał, gdzie ma strzelić. Wskazałem na górę, byłem przekonany, że to pistolet gazowy. Okazało się jednak, że to broń z prawdziwą amunicją. Kula utknęła w obiciu dachu”.

Dopiero wtedy przewodnik i 27 południowokoreańskich turystów zorientowało się, że coś jest nie w porządku. W tym samym czasie jedna z handlarek stojąca w pobliżu autokaru zauważyła, że kierowca podniósł ręce do góry, a naprzeciwko stoi człowiek mierzący do niego z przedmiotu przypominającego broń. Od razu zawiadomiła dzielnicowego, który zaalarmował okoliczne patrole milicji. O 16:27 zawiadomienie o porwaniu zakładników trafiło do Głównego Zarządu Spraw Wewnętrznych Moskwy. Zapadła decyzja o włączeniu do akcji jednostki Alfa – kontrterrorystycznego oddziału specnazu (Wojska Specjalnego Przeznaczenia Federacji Rosyjskiej).

Ruch wokół Kremla natychmiast został wstrzymany. Wkrótce jednak Mercedes z zakładnikami na pokładzie ruszył i wjechał na Wielki Most Moskworiecki. Dowodzący akcją zamarli – obawiali się, że porywacz każe jechać na lotnisko, co oznaczałoby konieczność wstrzymania lotów i ewakuację dworca lotniczego. Mercedes zatrzymał się jednak po kilkuset metrach, niemal na środku jezdni – naprzeciwko tego miejsca, gdzie w lutym 2015 r. zamordowano Borysa Niemcowa.

Ok. 17:30 do autokaru podszedł pierwszy negocjator, podpułkownik Jurij Siemionow. Rozmowy toczyły się przez pośrednika – kierowcę autokaru, który wykrzykiwał żądania porywacza przez okno. Sam napastnik zajął miejsce w trzecim rzędzie, mierząc do zakładników.

Sprawca zażądał 10 mln dol. w gotówce, podstawienia samolotu pasażerskiego i czterech spadochronów. Powiedział, że popadł w długi, a wierzyciele porwali jego dzieci i grożą ich zabiciem, jeśli nie odda pieniędzy na czas. Poinformował też, że na lotnisku Domodiedowo czeka na niego jego brat, któremu ma przekazać całą sumę. Jak się później okazało, żadna z tych informacji nie była prawdziwa.

Podczas gdy negocjator usiłował wynegocjować uwolnienie części zakładników, członkowie grupy Alfa analizowali budowę autokaru. Okazało się bowiem, że wyprodukowany w Turcji Mercedes znacząco różni się od najczęściej używanych w owym czasie w Rosji autokarów marki Ikarus. Różnica polegała m.in. na tym, że w Mercedesie wstawiono szyby typu triplex, bezodpryskowe, z hartowanego szkła. Nie można było ich rozbić i wkroczyć do środka autokaru. Ówczesny mer Moskwy Jurij Łużkow nakazał podstawienie takiego samego autokaru w pobliże miejsca akcji, by członkowie specnazu mogli potrenować szturm na pojazd i uwolnienie zakładników. Wielu z członków Alfy uczestniczyło w podobnej akcji antyterrorystycznej – w czerwcu 1991 r. mieszkaniec Kazachstanu wsiadł do autokaru turystycznego w Moskwie i przystawił nóż do gardła 7-letniej dziewczynki, żądając 200 tys. dol. okupu i statusu uchodźcy politycznego w jednym z krajów europejskich. Negocjator przyniósł pieniądze i przekazał je napastnikowi, a gdy ten uwolnił dziewczynkę i zaczął przeliczać gotówkę, doszło do szturmu. Terrorysta został ujęty i stanął przed sądem. Tym razem jednak zapadła decyzja, że porywacz 27 Koreańczyków musi zostać zlikwidowany – był zdeterminowany, miał broń ostrą, a zakładnikami byli obcokrajowcy.

Tymczasem negocjatorowi udało się namówić porywacza, by obniżył kwotę okupu. Przekonywał, że w sobotę zdobycie tak ogromnej kwoty jest dużym problemem, którego rozwiązanie może potrwać kilka dni. Ostatecznie porywacz zgodził się na kwotę 1 mln dol. Pieniądze dostarczył, po rozmowach z merem Moskwy Jurijem Łużkowem, ówczesny oligarcha i bankier, właściciel holdingu medialnego Media-Most Władimir Gusinski.

Gdy ok. godz. 23:00 negocjator po raz kolejny udał się na rozmowy z porywaczem, tym razem z torbą zawierającą 500 tys. dol., towarzyszył mu rzekomy bankier, a w rzeczywistości członek Alfy, Igor Miroszniczenko. Na dnie torby ukryto urządzenie podsłuchowe, dzięki czemu specnaz słyszał, co dzieje się na pokładzie autokaru. Pod pojazdem z kolei leżeli dwaj członkowie grupy, którzy sprawdzali, czy do pojazdu można dostać się od strony podwozia. Na wszystkich wysokich budynkach w okolicy, w tym na jednej z kremlowskich wież, rozstawiono snajperów, którzy obserwowali każdy ruch w autokarze. Porywacz zgodził się wypuścić dziesięć kobiet i dzieci. Po półgodzinie, gdy dostał kolejną torbę z pieniędzmi, wypuścił jeszcze kilkoro turystów. W pojeździe znajdowało się już tylko dziewięcioro zakładników i porywacz, który zażądał podstawienia samochodu osobowego. Chciał nim odjechać w nieznanym kierunku. Nie zgodził się na czarną Wołgę, stanęło na aucie popularnej marki Żyguli. Miał wyruszyć po otrzymaniu całej kwoty. Specnazowcy chcieli przeprowadzić szturm w chwili, gdy porywacz przesiadałby się z autokaru do samochodu osobowego. Okazało się jednak, że porywacz znowu zmienił plany i zrezygnował z opuszczania Mercedesa.

Dowodzący operacją postanowili więc przeprowadzić szturm na autokar. O godz. 2:38 w nocy do pojazdu podeszli negocjator i Igor Miroszniczenko, zawiadamiając porywacza, że przynieśli ostatnią część żądanej kwoty. Gdy kierowca otworzył okno, by wziąć torbę z gotówką, Miroszniczenko wrzucił do autokaru granat błyskowo-hukowy "Zaria" (świt –red.), którym ogłuszył porywacza.

W jednym z wywiadów Igor Miroszniczenko wspominał:

"Torba z dolarami była dość duża, dlatego przestępca nie widział, że w drugiej ręce trzymam granat. Terrorysta wziął torbę i zaczął przeliczać pieniądze. Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy. […] Wrzucony przeze mnie granat upadł pomiędzy bandytą a torbą. Przestępca podniósł głowę, ale już nic nie zdążył zrobić – nastąpił wybuch i chłopaki ruszyli".

Członkowie jednostki Alfa wybili kilka szyb młotami kowalskimi i dosłownie wpadli do środka – ponieważ szkło nie rozbijało się na duże kawałki, a tworzyły się w nim dziury, specnazowcy byli wrzucani do autokaru przez kolegów "niczym kłody drewna". Po 21 sekundach było po wszystkim. Porywacz, zgodnie z rozkazem dowództwa, został zlikwidowany. Zakładnikom – siedmiorgu Koreańczykom, przewodnikowi i kierowcy autokaru – nic się nie stało. Pieniądze zostały wyniesione z autokaru kilka minut po ataku i bezpiecznie wróciły do kasy banku Gusinskiego.

Tożsamość porywacza zdołano ustalić dopiero półtora miesiąca po ataku. Okazało się, że to 35-letni Wiktor Surgaj – dyrektor generalny spółki z Pietropawłowska-Kamczackiego, zajmującej się przetwórstwem rybnym. Firma popadła w olbrzymie długi, Surgaj był przekonany, że nie ma już nic do stracenia. Nie ustalono, czy był to jedyny motyw jego działań. Po oględzinach pojazdu znaleziono też kanistry z benzyną i urządzenie, przypominające koktajl Mołotowa, wyposażone w mechanizm samozapalający. Bronią, którą straszył kierowcę Surgaj, był niezarejestrowany pistolet Makarowa.

Jak podaje portal specnaz.ru, po udanej operacji odbicia zakładników członkowie jednostki Alfa zostali odznaczeni przez władze, a mer Jurij Łużkow wręczył im pamiątkowe zegarki "Kaskader". Na zaproszenie właściciela firmy, której pracownikami byli turyści, pojechali na wycieczkę do Korei Południowej i byli podejmowani z najwyższymi honorami. Po raz pierwszy też zorganizowano dla nich wizytę w siedzibie południowokoreańskich sił specjalnych.

Od czasu porwania zakładników na placu Czerwonym w 1995 r. specnaz dysponuje też wszystkimi schematami autokarów i pojazdów osobowych produkcji zagranicznej.