Jestem cudotwórcą

Jestem cudotwórcą
Miejsce zbrodni

Komisarz Renata Zamojska wpatrywała się w ludzi stojących w długiej kolejce. Zastanawiała się, kiedy ostatni raz widziała taki cierpliwy, czekający na coś tłum. Może w Warszawie, gdy stała po nowy typ iPhona albo przed wejściem na koncert Coldplay? Ale tutaj? Co robili ci ludzie koczujący od wielu godzin w słońcu przed starym murowanym domem ?

- Niesamowite, prawda? - usłyszała za sobą znajomy głos szefa techników. - Coś takiego w dwudziestym pierwszym wieku, kilkanaście kilometrów od dużego miasta.

- Ludzkie potrzeby nie zmieniają się od wieków. A – tak się przecież zawsze mówi – zdrowie było i jest najważniejsze – odpowiedziała komisarz, odwracając się w jego stronę.

- No właśnie: zdrowie. Ale żeby zdawać się na jakiegoś znachora? - nie mógł nadziwić się mężczyzna. - Przecież to szarlataneria. Karać za to powinni.

Przeszli wzdłuż długiej kolejki, przyglądając się uważnie zgromadzonym ludziom. Kogo tam nie było - kilka osób na wózkach, starszych, ale widzieli także całkiem małe dzieci, kobiety ze wsi, które pewnie jeszcze parę godzin wcześniej pracowały ciężko w swoim gospodarstwie, elegantki z miasta z torebkami – oryginalnymi lub nie Coco Chanel albo Louis Vuitton, a także mężczyźni, w większości w średnim wieku, jedną ręką ocierający pot z czoła, a drugą kontrolujący ruch papierosa z ust i do ust. Było też kilka osób ze zwierzętami, większymi lub mniejszymi psami i kotami.

Wszyscy oni podejrzliwie zerkali na parę policjantów zmierzających bezceremonialnie w kierunku wejścia do domu.

Drzwi otworzyły się przed nimi nagle, jakby ktoś w środku tylko czekał, aż staną na progu i ukazał się w nich niski, niepozorny, na oko dwudziestokilkuletni mężczyzna.

- Państwo z policji, nie? Z policji, nie mylę się? - dopytywał bez wstępów.

Zamojska i szef techników pokazali mu swoje odznaki, a potem spytali, kim on jest i co tu robi.

- Jestem Tomuś Wawrytko, asystent Mistrza Artura, jego prawa ręka... od jakiegoś czasu. To ja odkryłem zwłoki i was wezwałem.

- Aha – kiwnęła głową policjantka. - To prowadź pan.

Poszli za nim przez długą ponurą sień oświetloną marną żarówką bez klosza, a on stanął przed drzwiami na jej końcu, drewnianymi, staromodnymi z dużą szybą w kolorze miodu i szeptem powiedział wskazując na nie palcem:

- To tu.

- Wchodził pan tam? - spytał szef techników.

- Wchodziłem, no jasne, ale tylko raz, na krótko, ale jak zobaczyłem, że mistrz nie żyje, wyszedłem od razu i do was zadzwoniłem. I od tej pory siedzę tu i pilnuje, żeby nikt tam nie zaglądał.

Gabinet mistrza był zaskakująco zwyczajny i skromny. Zwykły stół z paździerzowej płyty, dwa niemniej zwykłe metalowe krzesła, w kącie stara dębowa szafa. Na jednym z dwóch krzeseł, twarzą do drzwi siedział martwy mężczyzna. Był dużo starszy od swego pomocnika. Miał krótką siwą brodę, która przechodziła w gęste włosy o tej samej barwie na jego klatce piersiowej, widocznej spod rozpiętej flanelowej koszuli. Oczy miał szeroko otwarte, żeby nie powiedzieć wybałuszone.

Szef techników zbliżył się do ciała i pochylił się nad nim.

- Uduszony – powiedział. - Najprawdopodobniej, widzę ślady na szyi. Zaraz przyjedzie ekipa z koronerem, to dowiemy się więcej.

- Co on… co ten cały Mistrz Artur właściwie robił… czynił? - spytała Zamojska, próbując dostosować swój język do sytuacji.

- No… uzdrawiał – odpowiedział młody asystent. - A ostatnio to nawet ożywiał już martwych.

- O! Naprawdę?! – wtrącił się szef techników. Nie udało mu się ukryć w głosie szyderstwa. - A kogo to ostatnio pana Mistrz ożywił? Przydałaby się jakaś lista.

***

- To prawda, to mnie spotkało to szczęście - powiedziała pani Misztalowa, przeraźliwie chuda sześćdziesięciolatka z fryzurą w kok. - A właściwie mojego Pufika.

Przytuliła do piersi małego yorka.

- Już się pożegnałam z moim kochaniem, a Mistrz Artur taką mi radość sprawił.

- Jego ożywił? Tego psiaka? - szef techników wskazał palcem na psa. - Na pewno?

Kobieta obruszyła się.

- Na pewno, proszę pana. Był nieżywy, a teraz jest żywy. To chyba ożywienie jest, nie?

- I to ten sam pies? - nie dawał za wygraną policjant. - Może innego yorka pani w zamian dostała?

- No wie pan? Co pan myśli, że swojego psa nie poznam? Pufik jest jedyny, niepowtarzalny, moja miłość, moja radość.

- I pani tak od razu z martwym psiakiem do tego znachora pobiegła? - spytała teraz Zamojska.

- No, tak od razu to nie. Miałam szczęście wielkie, a właściwie mieliśmy oboje, Pufik i ja, że akurat wtedy był u mnie Tomuś Wawrytko.

- Akurat był? - tym razem niemal chórem spytało oboje policjantów.

- No tak, bo on wtedy pracował u nas w gminie jako listonosz i tylko czasem coś tam Mistrzowi pomagał. No i od razu powiedział: tylko Mistrz Artur coś tu zaradzić może. I pojechaliśmy bez zwłoki i …

- I to na pani oczach się stało? - spytała policjantka.

Kobieta milczała przez kilka sekund.

- Nie na moich – odpowiedziała powoli, już wyraźnie poirytowana. - W przedpokoju czekałam, a w środku tylko Mistrz Artur i Wawrytko byli. A potem mi żywego Pufika wynieśli.

- Aha – powiedziała komisarz. - I jeszcze jedno pytanie: Ma pani pomysł, kto mógł źle życzyć Mistrzowi Arturowi?

- No jasne – odpowiedziała bez zastanowienia. - Ta łachudra z Poniatowa. Smółko, ten niby znachor, co z Mistrzem konkurował, choć mu do pięt nie sięgał. Ale od kiedy Mistrz kochany Pufika uzdrowił, ludzie już tylko do niego przychodzili. Jasne, że tamten zazdrościł bardzo i źle życzył Mistrzowi.

***

- To oszust! Oszust! Oszust i tyle! - krzyczał mężczyzna, machając rękami. - Jakie ożywienie? Co za bzdura! Wierzycie w to?

- Jasne, że nie, panie Smółko – odpowiedziała komisarz Zamojska. - Ale psa widzieliśmy – mrugnęła porozumiewawczo w stronę szefa techników.

Mężczyzna złapał się za łysą jak kolano głowę i prychnął:

- Oszustwo mówię! Jakiś trik albo ta głupia Misztalowa z nimi w zmowie. Ja żadnym szarlatanem nie jestem. Zielarstwo uprawiam i prądem z rąk leczę! I zabić go nie zabiłem! Alibi mam, a jakże. Cały dzień tu byłem i ludzi przyjmowałem, a w nocy z żoną i z dziećmi w domu. Zaświadczą!

***

Tomuś Wawrytko z politowaniem pokiwał głową.

- Alibi? - roześmiał się. - Nie dajcie się nabrać. Znachor i uzdrowiciel ze Smółki żaden, ale ten diabeł z Poniatowa, to wszyscy wiedzą, bilokację opanował jak nikt od czasów ojca Pio. Sam zaświadczyć mogę, że widziałem go w sklepie w mieście, a inni tego samego dnia, w tej samej godzinie w knajpie w Poniatowie z nim przy stole siedzieli. Taka to sprawa!

Szef techników tym razem już nie wytrzymał i zaczął się nagle śmiać. Śmiał się głośno, soczyście, głęboko, a Zamojska patrzyła na niego, jakby go pierwszy raz w życiu widziała, słuchała jego śmiechu i pomyślała nagle, że mogłaby się w tym śmiechu zakochać.

***

Kiedy na drugi dzień ponownie stanęli przed domem Mistrza Artura, po wielkim tłumie nie było już ani śladu. Na ziemi przed wejściem siedział Tomuś Wawrytko i płakał. Nie zauważył, kiedy podeszli.

Zamojska pochyliła się nad nim i dotknęła ręką jego ramienia.

Podniósł na nią zapłakaną zabrudzoną rozmazanym brudem twarz.

- Co się stało? - spytała.

- Odeszli, wszyscy odeszli. Nie zatrzymałem ich – szlochał Wawrytko.

- A chciał pan ich zatrzymać? Po co?

- Wyszedłem do nich, kiedy zaczęli odchodzić na wieść o śmierci Mistrza – odpowiedział Wawrytko. - Mówiłem, że będę kontynuował jego dzieło, że też będę leczył i ożywiał. Że Mistrz przekazał mi wszystko. Ale nie słuchali. Śmiali się ze mnie, szydzili. Uciekli do tego diabła Smółki.

- Myślał pan, że to takie proste? - spytała Zamojska. - Że jak się pan go pozbędzie, to ludzie ot tak zaufają panu? Bo to pan go udusił, prawda?

- To, co on robił to było oszustwo – powiedział Wawrytko, patrząc jej prosto w oczy. - Wcale nie ożywił tego yorka.

- No jasne, że nie! - krzyknął z triumfem szef techników. - To oczywiste! To do początku było oczywiste!

- To ja to zrobiłem – powiedział z nieukrywaną dumą Warytko. - Ja! On nie mógł nic zrobić, a ja położyłem tylko ręce na psie i ożył. To ja, rozumiecie? To ja jestem cudotwórcą!