Makabra w Alei Pionierów

Makabra w Alei Pionierów

To opowieść dla ludzi o naprawdę stalowych nerwach. Gdyby była fikcją, nie chciałoby jej opublikować żadne szanujące się wydawnictwo. – Za dużo zbiegów okoliczności, okrucieństwa, a przede wszystkim beznadziei – powiedziałby, nerwowo zaciągając się papierosem, brodaty redaktor i wrzucił rękopis na sam dół szuflady. Ten koszmar wydarzył się jednak naprawdę i próżno tu szukać happy endu.

Jeśli zajrzymy do Wikipedii, pod hasłem "Nowokuźnieck" przeczytamy, że to miasto w azjatyckiej części Federacji Rosyjskiej, położone w obwodzie kemerowskim. Osada Kuźniecki Ostrog, założona w 1618 r., szybko rozrastała się i zyskiwała na znaczeniu jako dogodny punkt na szlaku komunikacyjnym z Azją. Później została przemianowana na Kuźnieck. Od lat 30. XX w. miasto stało się ważnym ośrodkiem przemysłowym, kulturalnym i naukowym w regionie. Miasto posiada dobrze rozwinięty przemysł hutniczy, metalowy, maszynowy, chemiczny i wydobywczy. W okolicznych lasach powstawały łagry dla więźniów politycznych, a mroczny klimat miasta zasnutego dymami z kominów przemysłowych dobrze komponował się z nazwą, którą nosiło przez kilkadziesiąt lat (1932 – 1960): Stalinsk. W 1961 r. ostatecznie zostało Nowokuźnieckiem.

Szczątki

Przez miasto przepływa rzeka Aba. I to właśnie z tej rzeki latem 1996 r. okoliczni mieszkańcy zaczęli wyławiać części ludzkich ciał. Ich rozmiary wskazywały, że ofiarami są dzieci. Szczątków było tak dużo, że milicjanci i nurkowie przeszukujący koryto rzeki pracowali na trzy zmiany. Mieszkańcy 500-tysięcznego Nowokuźniecka byli w szoku. Od dawna plotkowano bowiem o tym, że w mieście znika zadziwiająco dużo dzieci i młodych kobiet, dotąd jednak nigdy nie znaleziono ciała żadnego z nich. Po upadku ZSRR w Nowokuźniecku, dotkniętym gwałtownym bezrobociem po zamknięciu jednej z największych w kraju fabryk aluminium, w epoce walki o wpływy toczonymi przez organizacje przestępcze, niedofinansowana milicja nie miała jednak mocy przerobowych, by skupić się na poszukiwaniu zaginionych. Dopiero odnalezienie tak wielu szczątków sprawiło, że milicjanci zaczęli poszukiwania sprawców tych okrutnych mordów. Początkowo podejrzewali, że odpowiedzialność mogą ponosić ugrupowania z Kaukazu, jednak ofiary nie były dziećmi bogatych rodziców i nie były porywane dla okupu.

Eksperci ustalili, że do rozczłonkowania ciał dzieci musiało dochodzić w jakimś zamkniętym pomieszczeniu – morderca używał bowiem piły i tasaka. Orzekli także, że takiej liczby morderstw – znaleziono już ponad 15 ciał – nie mogła dopuścić się osoba zdrowa psychicznie. Dlatego milicjanci i dzielnicowi zaczęli sprawdzać każdego mężczyznę, którego nazwisko widniało na liście pacjentów okolicznych szpitali psychiatrycznych, wypisanych do domu. Do Nowokuźniecka ściągnęli milicjanci z innych miast obwodu kemerowskiego, a nawet doświadczeni śledczy z Moskwy, dekadę wcześniej badający sprawę Andrieja Czikatiło. Badali każdy, nawet najmniejszy trop, który mógł naprowadzić ich na ślad mordercy. Tymczasem prawda od dawna leżała na biurku jednego z dzielnicowych, w którego rewirze była Aleja Pionierów.

Grzejniki

24 października 1996 r., jedna z mieszkanek wieżowca mieszczącego się przy tej ulicy zgłosiła, że nie działają jej grzejniki. Właśnie zaczął się sezon grzewczy, a zapowietrzone kaloryfery to poważny problem, więc ekipa hydraulików ruszyła sprawdzić, w którym z mieszkań doszło do awarii. Gdy zapukali do drzwi mieszkania nr 357 na 9. piętrze, usłyszeli tylko szczekanie psa i głos mężczyzny, który krzyczał, że jest chory psychicznie, a matka zamknęła go w mieszkaniu, dlatego nikomu nie otworzy. Hydraulicy zdenerwowali się, że przez jednego upartego lokatora nie będą mogli wykonać swojej pracy, postanowili więc wezwać na miejsce dzielnicowego. Ten również usłyszał, że mieszkaniec spod numeru 357 nie ma zamiaru mu otworzyć. Wtedy dzielnicowy wezwał na pomoc milicjantów, którzy w końcu wyważyli drzwi i wkroczyli do mieszkania. To, co tam zobaczyli, zapewne do dziś wraca do nich w koszmarach…

Rodzinka

Cofnijmy się teraz do lat 70. XX w. To właśnie wtedy do jednego z wieżowców, wybudowanych w latach 70. przy Alei Pionierów, wprowadziła się rodzina Spiesiwcewych (swoją drogą, nazwisko mówiące – "spiesiwyj" to po rosyjsku butny, arogancki). Matka, ojciec i dwoje dzieci: starsza Nadieżda i młodszy Aleksander stronili od sąsiadów, bez słowa przemykali po klatce, unikając wszelkiego kontaktu. Ludmiła Spiesiwcewa kochała swojego syna nad życie – Aleksandr urodził się w 1970 r. z niedowagą i osłabioną odpornością, więc drżała o jego życie i pozwalała chłopcu na wszystko.

Z kolei ojciec, bawidamek i bon vivant, zupełnie nie interesował się Aleksandrem – uważał go za słabeusza i gardził jego niesamodzielnością. Zresztą wkrótce opuścił rodzinę i słuch po nim zaginął. Na horyzoncie pojawił się zaledwie jeden raz, kilkanaście lat później, na rozprawie rozwodowej z Ludmiłą. Dlatego Aleksander nikomu nie musiał się tłumaczyć, dlaczego w wieku 12 lat wciąż jeszcze śpi z matką w jednym łóżku i ma w głębokim poważaniu wszelkie zasady życia społecznego.

Chłopak skwapliwie wykorzystywał ślepe uwielbienie matki – od dzieciństwa czerpał ogromną przyjemność z niszczenia rzeczy, kradzieży i złośliwości, których nie szczędził sąsiadom i kolegom ze szkoły. Kradł korespondencję ze skrzynek pocztowych, niszczył poręcze na klatce schodowej, malował na ścianach swastyki, fascynował się bowiem Hitlerem, później zaczął niszczyć windę. Później przerzucił się na kradzieże – dawały mu więcej adrenaliny. Któregoś dnia włamał się do szkolnej pracowni technicznej i ukradł części zamienne do radioodbiornika. Wpadł, ale zupełnie się tym faktem nie przejął. Wiedział, że matka stanie na rzęsach, by wybronić syna z opresji. Zresztą, Ludmiła nie grzeszyła przywiązaniem do prawa – sama została przyłapana w pracy na kradzieży mydeł, żarówek i mioteł, które przekazywała znajomej do sprzedaży na bazarze i podziału zysku. Nie została skazana, lecz zwolniona ze skutkiem natychmiastowym. Zadziwiające, że udało jej się w tej sytuacji znaleźć pracę w sądzie – była asystentką niewidomego adwokata, dla którego opracowywała dokumenty spraw. Jako pracownica sądu miała dostęp do akt wielu spraw i chętnie przynosiła je do domu – zwłaszcza te, które dotyczyły zabójstw. Aleksander uwielbiał oglądać zdjęcia z miejsca zdarzenia, potrafił godzinami ślęczeć nad jedną fotografią, analizując modus operandi sprawcy.

Po z trudem skończonej szkole Aleksander chciał pójść do wojska, nie przeszedł jednak komisji lekarskiej. Podczas badania lekarze stwierdzili silne zaburzenia psychiczne i skierowali Aleksandra na leczenie do szpitala. Wyszedł z niego po kilku miesiącach z mocnym postanowieniem, że skoro z wojskiem mu nie wyszło, poszuka sobie żony.

Pierwsza ofiara

W 1991 r. poznał 17-letnią Jewgieniję, której wydawał się zagubionym we współczesnym świecie romantykiem (podczas jednego z przesłuchań opowiadał, że lubi "usiąść sobie na ławce i słuchać wiatru w koronach drzew – o ile ich jeszcze nie wycięto"). Wkrótce poznał rodziców dziewczyny i wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, by zaczął prowadzić zwyczajne, szczęśliwe życie. Kilka dni po zaręczynach Aleksander pobił swoją narzeczoną, i to tak dotkliwie, że wylądowała w szpitalu. Tłumaczył, że rozwścieczyła go jej nieuprzejma odpowiedź na jakieś proste pytanie.

Gdy Jewgienija dochodziła do siebie na szpitalnym łóżku, Spiesiwcew przyszedł do niej, niby w odwiedziny, ale wtedy też rzucił się na nią i usiłował ją udusić. Dziewczynę uratowały pielęgniarki, które rzuciły się jej na pomoc i wyrzuciły Aleksandra z sali. Po tym zdarzeniu Jewgienija postanowiła całkowicie zerwać kontakty z byłym ukochanym. Po wyjściu ze szpitala chciała jeszcze odebrać od niego swoje rzeczy i pojechała do mieszkania w Alei Pionierów. Nigdy go już nie opuściła żywa… Aleksandr przez miesiąc więził dziewczynę, gwałcił i torturował. W tym czasie głośno puszczał muzykę, by zagłuszyć krzyki swojej ofiary. Po miesiącu męczarni Jewgienija zmarła. Sąsiedzi, przyzwyczajeni do hałasów i wrzasków dochodzących z mieszkania nr 357, ani razu nie zawiadomili milicji.

Rodzice Jewgienii lubili swojego przyszłego zięcia i nawet pobyt córki w szpitalu po ciężkim pobiciu nie zmienił ich stosunku do niego. Zaginięcie córki zgłosili dopiero po miesiącu – byli przekonani, że młodzi "godzą się" i układają sobie życia w mieszkaniu Aleksandra i nie chcieli im przeszkadzać. Gdy milicjanci wyważyli drzwi do mieszkania Aleksandra, zobaczyli na łóżku ciało Jewgienii. Przekonywał, że troskliwie opiekował się Jewgienią, gdy zachorowała i zmarła z przyczyn naturalnych – potwierdzała to jego matka. Szczątki dziewczyny były w takim stanie, że sekcja zwłok nie przyniosła odpowiedzi o przyczynę śmierci – uznano, że była nią sepsa. Aleksander został poddany obserwacji lekarskiej i na kilka lat trafił do szpitala psychiatrycznego, z którego wyszedł w 1994 r. Fakt wyjścia ze szpitala nie został jednak nigdzie odnotowany – ta pomyłka zaważyła później na życiu wielu ludzi.

Wiadra

Jeden z pacjentów namówił go na dość osobliwy sposób urozmaicenia doznań erotycznych – wszczepienie metalowej kuleczki. Coś jednak poszło mocno nie tak, wdało się zakażenie i Aleksander zamiast przyjemności odczuwał ostry ból, a zapalenie tkanek było tak silne, że nie pomagały na nie nawet antybiotyki. Dlatego Spiesiwcew był bardzo przeczulony na punkcie swoich możliwości seksualnych. W lutym 1996 r. poznał na dworcu w Nowokuźniecku młodą przedszkolankę Jelenę Trunową. Mimo niezbyt przyjemnej aparycji Spiesiwcew miał dar przekonywania i manipulowania ludźmi, dlatego przekonał Jelenę, by poszła z nim do jego mieszkania. Tam opowiedział o swojej dolegliwości. Według Aleksandra dziewczyna "uśmiechnęła się pod nosem", co rozwścieczyło Spiesiwcewa. Rzucił się na nią z nożem i zamordował, a ciało poćwiartował. Wkrótce do mieszkania przyszła jego matka, która od jakiegoś czasu mieszkała z córką pod innym adresem, by synalek miał "trochę prywatności, jakiej potrzebuje mężczyzna". Wtedy też usłyszała od Aleksandra polecenie, by wyniosła w wiadrach szczątki ofiary i zakopała je na pobliskim wysypisku śmieci. Ludmiła bez chwili wahania, o nic nie pytając, wykonała zadanie. Tak rozpoczęła się seria jednych z najbardziej krwawych zbrodni, jakich dopuścił się człowiek wobec drugiego człowieka. Dość powiedzieć, że w okresie od lutego do października 1996 r. Aleksandr Spiesiwcew zamordował co najmniej 19 osób – przeważnie dzieci. Zwabiał je do mieszkania i błyskawicznie zabijał. Ludmiła czuła się coraz słabsza i nie miała siły zakopywać ciał – dlatego zaczęła wyrzucać je do rzeki Aby. Wkrótce potem zostały znalezione pierwsze szczątki… Ofiarami Spiesiwcewa było m.in. czterech kolegów, 11-latków, którzy poszli na pobliską budowę pograć w piłkę. Cztery nastolatki, które zwabił, obiecując, że ma do sprzedania wyjątkowej jakości mydło własnej roboty. Rodzeństwo, które wybrało się na lody w upalny dzień.

Butelka wody

24 września trzy koleżanki, 13-letnia Nastia, jej rówieśnica Jewgienija i 15-letnia Olga, które poznały się w szpitalu (leżały w jednej sali z powodu konieczności przeprowadzenia badań), postanowiły wyskoczyć na dyskotekę do pobliskiego klubu. Niepostrzeżenie wyszły z budynku szpitala i… ślad po nich zaginął. Zrozpaczeni rodzice zgłosili się na milicję, wszczęto poszukiwania. W tamtym czasie kamery monitoringu na ulicach były raczej wyjątkiem niż normą, dlatego prześledzenie drogi, jaką przebyły koleżanki, było niezwykle trudne. Udało się jednak ustalić, że w dniu zaginięcia dziewczyny weszły do sklepu, kupiły butelkę wody i wyszły w towarzystwie niskiej starszej pani. Jedna z ekspedientek zapamiętała, że kobieta miała siwe włosy, charakterystyczny berecik i skarżyła się, że nie może dostać się do mieszkania. Rysownicy zaczęli sporządzać portret pamięciowy staruszki, gdy nagle do śledczych zadzwonili milicjanci, patrolujący brzeg rzeki Aby. Zadzwonili, by powiedzieć, że odnaleźli… kobiecą głowę. Udało się ustalić, że to jedna z zaginionych dziewcząt, Nastia.

Tymczasem jeden z milicjantów, który często pracował w dzielnicy, w której mieścił się m.in. wieżowiec w Alei Pionierów, rozpoznał na portrecie pamięciowym starszą panią, która była ostatnią osobą, jaką widziano z dziewczynami. – To Ludmiła Spiesiwcewa, mieszka pod 357. Ciągle się o wszystko awanturuje, a ostatnio jedna z sąsiadek skarżyła się na dziwny zapach, dobiegający z mieszkania, i głośną muzykę. Notatka powinna być u dzielnicowego… - dodał, nie wiedząc, że w tym samym czasie dzielnicowy stoi przed drzwiami mieszkania Spiesiwcewych – był 24 października 1996 r., a on dostał zgłoszenie, że lokator spod 357 nie chce otwierać drzwi, twierdząc, że jest chory psychicznie…

- Chwileczkę. Przecież syn Ludmiły Spiesiwcewej wciąż przebywa w szpitalu psychiatrycznym – powiedział dzielnicowy i poprosił, by ktoś z posterunku sprawdził tę informację. Dopiero wtedy okazało się, że figurujący na liście hospitalizowanych w szpitalu psychiatrycznym Aleksander Spiesiwcew tak naprawdę od dwóch lat cieszy się wolnością.

Zeznania

Drzwi do mieszkania 357 poddały się niemal natychmiast, gdy milicjanci ruszyli do ich wyważania. Początkowo nie zauważyli nikogo poza ogromnym psem, czarnym nowofundlandem, który spoglądał na nich niepewnie. Po chwili usłyszeli kwilenie. W jednym z pokojów na kanapie leżała dziewczynka. Nie miała siły mówić, pokazywała, że jest ranna w brzuch. Milicjanci wezwali karetkę i zaczęli sprawdzać mieszkanie. Gdy jeden z nich wszedł do łazienki, nogi się pod nim ugięły.

W pokrytej pleśnią wannie leżał ludzki korpus. To była Jewgienija. Tak milicjanci odnaleźli wszystkie trzy zaginione dziewczynki…

Uratowaną nastolatką była Olga. Trafiła do szpitala, w którym niemal od razu zaczęła składać zeznania. Opowiedziała, jak starsza pani zaprowadziła je do mieszkania. Jak drzwi, które miały być zamknięte – przecież miały pomóc jej je otworzyć – nagle się rozwarły i pojawił się w nich mężczyzna z olbrzymim psem, który kazał im wejść do środka. Jak Nastia od razu zorientowała się, że trzeba uciekać – i natychmiast otrzymała cios nożem w serce. Opowiedziała o torturach i zmuszaniu do robienia makabrycznych rzeczy, łącznie z kanibalizmem.

Zeznania wymęczonej Olgi, szeptane do śledczego, który powtarza jej słowa głośniej, to jedno z najbardziej wstrząsających zeznań w historii kryminalistyki. Zeznania, z których jasno wynikało, że świadkami jej koszmaru były Ludmiła i Nadieżda, matka i siostra mordercy. Zeznania, które pozwoliły oskarżyć Ludmiłę o współudział w zbrodniach syna. Zeznania tym bardziej bolesne, że dzień po ich złożeniu Olga zmarła z powodu obrzęki płuc i zapalenia otrzewnej...

Wyrok

Aleksander nie trafił od razu przed oblicze sprawiedliwości. Gdy do drzwi jego mieszkania wdzierali się milicjanci, on uciekał po schodach przeciwpożarowych. Przez trzy dni chował się po klatkach schodowych i w końcu został złapany przed własnym domem.

Podczas składania wyjaśnień ze szczegółami opowiadał o zabójstwach, przeplatając opowieść wstawkami o swoich hobby, zamiłowaniu do malarstwa i układania wierszy. Podczas rozmów z matką oboje oskarżali się o kanibalizm.

Aleksander liczył na wyrok śmierci. Przyznał się do 19 morderstw, choć mówi się, że jego ofiarami mogły paść nawet 82 osoby. Dostał 10 lat pozbawienia wolności – skandalicznie mało jak na skalę zbrodni, zamiast do więzienia trafił jednak do zakładu psychiatrycznego, w którym przebywa do dziś. Cieszy się świeżym powietrzem, dobrym jedzeniem i możliwościami rozwoju artystycznego. Dostaje też rentę ze względu na II grupę inwalidzką.

Ludmiła Spiesiwcewa, która sprowadzała do domu dzieci na rzeź, odsiedziała 13 lat w kolonii karnej, a po wyjściu na wolność zamieszkała z córką w mieście Osinniki. Córka, choć była świadkiem makabrycznych czynów brata i nie zawiadomiła o popełnieniu przestępstwa, nie została oskarżona o współudział. Kobiety wciąż liczą, że Aleksander wyjdzie na wolność, a rodzina znowu będzie razem.