Śmierć legendy

Śmierć legendy
Fot. Pixabay

Komisarz Renata Zamojska rozejrzała się po pokoju. Książki, wszędzie książki, dziesiątki, pewnie setki tomów. Ustawione w regałach na ścianie, ale także porozkładane na biurku i ustawione w stosach na podłodze. Przyjrzała się tytułom na grzbietach. Afryka, Azja, Ameryka Południowa. Podróże, reportaże, polityka, historia. Nagle poczuła smutek, że nie ma czasu czytać i omija ją tyle fascynujących historii. Zapragnęła iść do domu, siąść na kanapie i dokończyć którąś z książek napoczętych w ostatnich miesiącach.

*Prezentujemy opowiadanie Mariusza Koperskiego, pisarza, autora m.in. powieści "Amator zbrodni. Zakopiańska powieść kryminalna" oraz "Giełda milionerów". Pozostałe opowiadania: Wielka złość, Tylko kilka słów, Żadna zbrodnia, Nie lubię żółtego, Nigdy ci nie wybaczę, To ty bracie, Coś specjalnego, Z okna pociągu, Jestem cudotwórcą, Pokuta, Jesteś pan bohaterem, Układy.

Podeszła do okna. Przyjrzała się dziurze w szybie. To musiał być pocisk 12,7 mm, oceniła. Typowa broń snajperska. Poczuła jak przez otwór płynie do środka zimne powietrze. Odwróciła się i spojrzała na ofiarę. Martwy mężczyzna w średnim wieku siedział w fotelu, ręce miał rozrzucone w bezradnym geście, głowę nienaturalnie przekrzywioną na bok, oczy szeroko otwarte, jakby zdziwione nagłą śmiercią. W miejscu, gdzie jeszcze niedawno biło serce, widać było niewielką plamę krwi na białej koszuli.

– Znała go pani? – usłyszała nagle głos szefa techników. Dopiero teraz zauważyła, że stał w drzwiach i przyglądał jej się.  – Mam na myśli jego książki? Świetny dziennikarz i kapitalny autor. Uwielbiałem jego reportaże – dodał.

Pokręciła głową.

– Niestety nie – przyznała. – Wie pan o nim coś więcej? To znaczy: czym się zajmował teraz? Dlaczego ktoś mógł chcieć go zabić? No, bo… snajper? U nas? To musi być coś poważnego! Komuś musiał się nieźle narazić!

Wzruszył ramionami.

– Miał chyba jechać do Kambodży zrobić jakiś wywiad. Było o tym głośno. Wygląda na to, że dopiero wrócił z podróży. W przedpokoju stoi niewypakowana podróżna torba.

Zamojska zauważyła kilka zdjęć wiszących na ścianie oprawionych w proste, drewniane ramki.

– Ciekawe – zauważyła. – Na jednej z fotografii jest mężczyzna ze snajperskim karabinem w ręku. Jest tu dedykacja… Zbliżyła twarz do  zdjęcia, żeby móc lepiej odczytać sporządzony odręcznie napis. – ”Z przyjaźnią Adrian Lwowski” – odczytała wreszcie.

Szef techników zagwizdał z podziwem.

– Ho, ho, ho! – wykrzyknął. – Adrian Lwowski. Największa gwiazda polskiego reportażu. Prawdziwa legenda. No, jego to już na pewno musi pani znać.

Zamojska pomyślała, że czasami go nie lubi.

***

Adrian Lwowski, mimo swoich siedemdziesięciu lat, wyglądał wyjątkowo dziarsko. Siedział naprzeciwko Zamojskiej i szefa techników rozluźniony i pewny siebie. U jego stóp leżał bacznie obserwując policjantów ogromny mastif.

– Cały czas nie mogę w to uwierzyć – mężczyzna pokręcił z niedowierzaniem głową. – Kto mógłby to zrobić? Jacek był korespondentem wojennym. Wiele razy otarł się o śmierć podczas swoich podróży… I zginął tutaj, w swoim domu… Absurdalne. Nie, to nie mieści mi się w głowie.

– Pan był jego mentorem? Można tak powiedzieć? – spytała komisarz Zamojska.

Wzruszył ramionami.

– Tak pewnie było. Był dwadzieścia lat młodszy ode mnie. Na kilku wyprawach byliśmy razem, to znaczy, kiedy ja pracowałem jeszcze jako czynny reporter. Teraz siedzę już tylko w domu i piszę książki. Można założyć, że pewnych rzeczy związanych z tym zawodem nauczył się ode mnie. Ale on sam w sobie był utalentowany. I bardzo wytrwały. Bez mojej pomocy także zostałby wspaniałym dziennikarzem.

– Na jednym ze zdjęć u ofiary pozuje pan ze snajperskim karabinem? Nadal go pan ma? – dopytywała policjantka.

Roześmiał się.

– Oczywiście, że nie. To zdjęcie zrobiono podczas wojny w Angoli w 1975 roku. Widzicie, czasami nie da się być tylko obserwatorem. Zdarzało mi się – przyznawałem to sam wiele razy – że emocje brały górę i stawałem się, chcąc nie chcąc, uczestnikiem wydarzeń…

– Tak jak w Kambodży w latach siedemdziesiątych? – wtrącił nagle szef techników. – To wtedy zaczęła się pana kariera. Od książki „Krwawa Kampucza”, prawda?

Lwowski uśmiechnął się wyraźnie zadowolony.

– Widzę, że jest pan zorientowany.

– No tak, to sławna historia – odparł szef techników. –  Początek pana legendy. Spędził pan prawie rok u boku generała Sun Li. Nikogo wtedy do Kambodży nie wpuszczano. A pan widział z bliska, co się tam wtedy działo i to opisał. A kiedy generał popadł w niełaskę i musiał ze swoim oddziałem zaszyć się w dżungli, pan wrócił do kraju i napisał tę książkę.

– Czy to nie dziwne, że pana młodszy kolega zginął właśnie, kiedy wrócił z wyprawy w Kambodży? – zauważyła Zamojska. – Po co właściwie tam pojechał? Tam już nie ma wojny? Prawda?

Lwowski milczał.

– Pojechał zrobić wywiad z generałem Sun Li, który po kilkudziesięciu latach ukrywania się wyszedł z dżungli i wystąpił o rehabilitację – odpowiedział za niego szef techników. – Czytałem o tym.

– Prosiłem go, żeby odpuścił – odezwał się w końcu Lwowski. Jego głos stracił siłę i pewność. Teraz drżał. – Prosiłem, żeby w imię naszej przyjaźni tego nie robił. Ale on… Nie potrafił inaczej. Na tym polega ta praca. Drążyć temat, nie rezygnować, być zdeterminowanym i wytrwałym. Kurczę, sam go tego nauczyłem. Taki paradoks.

– I czego się dowiedział w Kambodży? – spytała Zamojska. – Co takiego powiedział mu  generał Sun Li, że musiał go pan zabić? Bo to przecież pan, prawda? Więc co mu powiedział? Że wtedy, w latach siedemdziesiątych za bardzo pan się zaangażował? Że miał pan krew na rękach? Tak?

Lwowski bez słowa sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął telefon. Włączył go, przez chwilę przesuwał palcem po wyświetlaczu, aż znalazł to, czego szukał. Potem zrezygnowany podał aparat Zamojskiej.

– Pewnie prędzej czy później znaleźlibyście to w telefonie Jacka. Wysłał mi to wczoraj – powiedział, ukrywając twarz w dłoniach.

– „Jesteś kłamcą. Generał Li twierdzi, że nigdy cię nie spotkał. To śmierć twojej legendy” – odczytała wiadomość na głos komisarz Zamojska.