Sprezzatura i nostalgia del vivere. Dlaczego pokochaliśmy Marcello Mastroianniego?

W 1960 roku Federico Fellini powierzył Marcello Mastroianniemu rolę znudzonego dziennikarza snującego się po rozwiązłym Rzymie w filmie zatytułowanym „Słodkie życie”. Reżyser, wówczas już światowej sławy, powiedział, że wybrał swojego starego przyjaciela ze względu na jego „przerażająco zwyczajną twarz”. To, co zobaczyła publiczność, było dalekie od zwyczajności. Mastroianni, którego najlepiej pamiętamy jako bohatera filmów Felliniego z początku lat sześćdziesiątych, stał się ulubieńcem pań. O ironio, nigdy nie chciał być uważany za symbol seksu. Status ikony kina – to już co innego. MM łączył w sobie naturalny urok, charyzmę i wszechstronny talent. Jego nieco ekscentryczna osobowość dawała widzom znać, że należy spodziewać się nieoczekiwanego. Powodów, dla których stał się najsławniejszym i najbardziej cenionym włoskim aktorem w historii kina, jest więcej.

To, co przetrwa

Marcello Mastroianni nie zamierzał być aktorem. Chłopak urodzony 26 września 1924, którego dzieciństwo przypadło na okres rządów Mussoliniego i którego rodzina żyła na skraju ubóstwa, pragnął zostać architektem – żeby „tworzyć to, co przetrwa”. Tego się trzymał nawet po tym, jak w wieku 14 lat zadebiutował przed kamerą. Dopiero w 1959, po występie w „Sprawcy nieznani”, zmienił zdanie. Rok później zdobył międzynarodową sławę dzięki występom w filmach Felliniego – najpierw jako zniechęcony felietonista tabloidu w filmie „Słodkie życie” (scena w Fontannie di Trevi to jedna z najsłynniejszych w historii europejskiego kina). W 1963 znów zagrał u FF, tym razem w dramacie psychologicznym „8½”, powszechnie uważanym za arcydzieło. Wystarczyło parę filmów, by Marcello Mastroianni stał się ikoną. Doskonale sprawdzając się zarówno w rolach dramatycznych, jak i komediowych, stworzył znakomity duet filmowy z aktorką i symbolem seksu Sophią Loren, występując z nią w jedenastu filmach na przestrzeni czterdziestu lat i udowadniając, że wolna od podtekstów przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa.

Hollywood przyjęłoby Mastroianniego z otwartymi ramionami, ale on wcale nie pałał entuzjazmem. Gdy dzwonili do niego amerykańscy producenci czy reżyserzy, zwykle grzecznie im odmawiał, żartując, że jego angielski nie jest wystarczająco dobry. Przedkładał swobodę artystyczną, spokojne tempo i głębię filozoficzną kina europejskiego nad system korporacyjnych studiów filmowych w Los Angeles. Wolał pracować z legendarnymi europejskimi reżyserami, takimi jak stary druh Federico Fellini i Luchino Visconti, niż zmieniać swoje życie dla amerykańskich hitów kinowych. Hollywood nie miało mu za złe – i najlepszym na to dowodem jest to, że Marcello był pierwszym w historii aktorem nominowanym do Oscara za rolę pierwszoplanową w filmie nieanglojęzycznym (za absolutnie znakomitą czarną komedię „Rozwód po włosku”). W trakcie swojej kariery zdobył w sumie trzy nominacje do Oscara dla najlepszego aktora. I czego to dowodziło? Otóż tego, że europejska gwiazda potrafi przyciągnąć uwagę całego świata, nie idąc na kompromisy wobec swoich artystycznych przekonań.

Żadnemu włoskiemu aktorowi nie udało się dorównać legendarnemu MM. Czy to możliwe, że pod włoskim słońcem nie rozkwitają aktorskie talenty? Nie, to raczej niemożliwe. Ale jest więcej niż pewne, że Marcello miał w sobie coś oprócz talentu. Charyzmę, magnetyzm czy też – zaryzykujmy – magię…

Sprezzatura

Baldassare Castiglione w renesansowym dziele „Księga dworzanina” opisuje sztukę robienia czegoś niezwykle trudnego – na przykład nienagannego ubierania się lub zachowania z doskonałą gracją – sprawiając jednocześnie wrażenie, że nie włożyło się w to żadnego wysiłku ani myśli. To po włosku „sprezzatura” – „wystudiowana nieostrożność” lub „bezwysiłkowa nonszalancja”. Marcello Mastroianni jest powszechnie uważany za uosobienie sprezzatury w świecie rzeczywistym. Kiedy nosił luksusowy garnitur z lekko poluzowanym krawatem lub wychodził na miasto w okularach przeciwsłonecznych, wyglądał niezwykle szykownie właśnie dlatego, że wydawał się całkowicie obojętny na to, jak świetnie wyglądał.

Sprezzatura uczyniła Marcella Mastroianniego urzekająco atrakcyjnym. Osoby, które za bardzo starają się zaimponować, często emanują niepewnością. Ale nie Mastroianni – on emanował absolutną pewnością siebie. Paradoksalnie, miał mnóstwo kompleksów – i dlatego tak chętnie burzył mit „latynoskiego kochanka”, przyjmując role mężczyzn słabych, ulegających pokusom, neurotyków, rogaczy, a nawet impotenta. A kobiety nadal go uwielbiały.

Perfekcja może być zimna i onieśmielająca. Nonszalancja sprawiała, że atrakcyjny mężczyzna stawał się człowiekiem, a nie bóstwem. A gdy jeszcze ten człowiek miał w sobie jakąś tajemnicę… W filmach postacie Mastroianniego są przeważnie lekko znudzone lub oderwane od otaczającego je chaosu. Ten emocjonalny dystans tworzy aurę tajemniczości, która tylko podbijała atrakcyjność.

Marcello nie musiał „grać” sprezzatury, bo i tak doskonale pasowała do jego autentycznego spojrzenia na życie, sławę i samego siebie. Nie miał gwiazdorskiego ego, nie żył w przekonaniu o swojej wspaniałości. Jak sam przyznawał, nie był przesadnie ambitnym, agresywnym ani przedsiębiorczym człowiekiem. Często określał siebie jako lenia, który pozwalał, by życie toczyło się swoim torem. Uwielbiał dobre jedzenie, głębokie rozmowy i proste przyjemności. Ostatecznie atrakcyjność Mastroianniego nie była wytworem włoskiego przemysłu filmowego, a magnetycznym efektem ubocznym jego (poza)ekranowej osobowości.

Nostalgia del vivere

Włosi mają piękne określenie „nostalgia del vivere” – tęsknota za życiem. To uczucie, że człowiekowi brakuje czegoś istotnego w codziennej egzystencji, pragnienie głębszego sensu lub autentyczności. W aktorstwie Marcella Mastroianniego stan ten wyczuwa się wręcz jako esencję jego ekranowego magnetyzmu.

W „Słodkim życiu” czy „8½” jego bohaterowie nie są po prostu znudzeni czy apatyczni – oni tęsknią za czymś nieuchwytnym, cierpią na egzystencjalny głód, którego rzymskie imprezy ani kolejne kobiety nie są w stanie zaspokoić. Mastroianni potrafił milczeć na ekranie tak, że widz czuł cały ciężar ludzkiej samotności. Sprawiał, że jego bohaterowie stawali się nam bliscy, bo w ich zagubieniu widzieliśmy własne obawy, niemoce i słabości.

Marcello sam o sobie mówił, że jest człowiekiem głęboko melancholijnym, ukrywającym się za fasadą żartu czy autoironii. To właśnie ta urzekająca wrażliwość –  zgoda na własną bezbronność i poczucie niepewności uczyniła go kimś więcej niż gwiazdą kina. Stał się, filozoficznie rzecz ujmując, ikoną ludzkiej kondycji, ekranowym symbolem (nie)określonych tęsknot.

Fellini mówił, że „pod względem profesjonalnym, jak i psychologicznym, Marcello Mastroianni był aktorem doskonałym”. Przypuszczam, że nawet dziś wielki FF nie byłby odosobniony w swoim postrzeganiu Mastroianniego. Marcello był pełen paradoksów. Pociągającym czyniły go kwestie definiowalne i niedefiniowalne, proste i złożone, te związane z jego nadzwyczajnym talentem i wynikające z tego, co tak naprawdę było jego prywatną sprawą.

Największy aktor włoskiego kina zmarł 19 grudnia 1996 roku. Choć nie wzniósł żadnego budynku, spełnił swoje młodzieńcze marzenie o tworzeniu tego, co przetrwa.

Więcej o kulturze i sztuce znajdziecie tutaj.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj


Inne w kategorii

PARTNERZY