Moją tajemnicę będę utrzymywać aż po grób

Moją tajemnicę będę utrzymywać aż po grób

Moja tajemnica nie może wyjść na jaw. Żyję w ciągłym strachu, aby utrzymać ją w sekrecie. Jeśli wyjdzie na jaw, stracę najbliższe mi osoby i wszystko, co dla mnie najcenniejsze.

To, co zrobiłam napawa mnie ciągłym lękiem. Boję się, że jeśli to wyjdzie na jaw, stracę wszystko, co dla mnie najcenniejsze. Choć mam tego świadomość, niczego nie zmieniłabym z tego, co się wydarzyło. Lata utrzymywania tajemnicy powodują jednak, iż coraz mocniej zaczyna mi ona ciążyć i rodzić potrzebę podzielenia się nią, co jest o tyle trudne, iż nie mogę jej wyjawić nikomu bliskiemu. Nikomu nie mogę się z niej zwierzyć.

Jestem żoną, jestem matką. Mam kochającego i kochanego męża, z którym parę tworzymy od blisko dwudziestu lat. Mam też wspaniałego syna, przystojnego i mądrego nastolatka. Chciałoby się powiedzieć, idylliczna sytuacja.

Gdy pobraliśmy się z moim mężem, parą byliśmy już od blisko 10 lat. Na początku, jak każde młode małżeństwo, staraliśmy się zapewnić sobie w miarę dostatni byt, trochę pozwiedzaliśmy świata, zadbaliśmy o swoje kariery zawodowe. W pewnym momencie pojawiła się myśl, iż najwyższy czas powiększyć naszą najmniejszą komórkę społeczną o własnego potomka. Kilka miesięcy bezskutecznych starań nieco nas zaniepokoiło, jednak jeszcze nie zniechęciło w dalszych działaniach. Podejmowaliśmy próby starając się nie wywierać wzajemnie presji ani nie kierować wzajemnych pretensji. Po roku jednak już trudniej było powściągać nasze emocje. Stwierdziliśmy, iż należy zasięgnąć porady specjalisty. Poddaliśmy się badaniom i leczeniu w jednej z klinik płodności. Okazało się, iż przyczyna naszych kłopotów leży po stronie mojego męża. Jego plemniki są leniwe i mają lekko zdeformowane główki. Rozpoczęło się leczenie. Mąż przeszedł na zdrową dietę, rzucił palenie papierosów i całkowicie zrezygnował z wszelkiego alkoholu. Solidnie przykładał się do zadania, choć niestety w niczym to nie pomogło. Nie było żadnych pozytywnych efektów jego starań, poza tym, że stracił parę kilogramów. Narastała w nas frustracja. Jeszcze trochę i zrezygnowalibyśmy nie tylko z dziecka, ale i z siebie nawzajem. Żal mi było mojego męża, który obwiniał się za taki stan rzeczy, który w istocie nie był przez niego zawiniony. Wtedy stwierdziliśmy, że musimy zawiesić nasze starania na pół roku i odpocząć. Po tym czasie ostatecznie zdecydujemy, co dalej. W grę wchodziło kilka opcji, w tym między innymi adopcja. W ramach odpoczynku od siebie postanowiliśmy wyjechać na wakacje, każde z nas osobno. Ja wybrałam się nad morze. Miałam tam spędzić dwa tygodnie w hotelu blisko plaży. Dopiero kiedy przyjechałam na miejsce, wpadł mi do głowy ten szaleńczy plan. Muszę znaleźć kogoś, kogo wykorzystam do tego, abyśmy stali się rodzicami. Dni spędzałam więc na polowaniu. Wypatrywałam samotnych mężczyzn, którzy wyglądem podobni byliby do mojego męża. Snułam się po miasteczku, przesiadywałam w kawiarniach i na deptaku. Któregoś dnia wypatrzyłam swoją ofiarę. Stosując dość banalne techniki w sztuce uwodzenia, udało mi się nawiązać z nim kontakt i rozpocząć flirt. Kilka dni romansowaliśmy, aż w końcu doszło do naszego zbliżenia. Gdy po dwóch tygodniach przyszedł czas wyjazdu, uciekłam, nie żegnając się z moim nowym adoratorem i nie zostawiając mu żadnej wiadomości. Chciałam zatrzeć po sobie ślady i zerwać wszelkie z nim kontakty, nie pozostawiając mu złudzeń, co do przyszłości tego związku. Związku, który z mojej strony nigdy nie miał się nawiązać.

Wróciłam do domu i męża. Przeczuwałam, że tym razem się udało i że jestem w ciąży. Pewności jednak nie mam do dziś dnia. Bałam się udać do lekarza, głupia nie zrobiłam również testu. Po powitaniu z mężem od razu rzuciłam się mu w objęcia. Faktycznie byłam za nim stęskniona, ale chodziło też o to, by zatrzeć dowody swojej winy, by w razie czego, nie rodziły się w nim żadne podejrzenia. Po około dwóch tygodniach okazało się, że faktycznie jestem w ciąży. Oczywiście wraz z mężem nie  posiadaliśmy się ze szczęścia. Moje szczęście zakłócała jedynie nie opuszczająca mnie myśl, kto faktycznie jest ojcem. Tej zagadki nie rozwiązałam nigdy. Łudzę się nadzieją, że stał się cud i ojcem faktycznie jest mój mąż. Tego obcego mężczyznę, którego jedynie wykorzystałam, wymazałam z pamięci. Odetchnęłam, gdy okazało się, że mnie nie szukał i nie próbował nawiązać kontaktu. Strach jednak o to, że to on może być biologicznym ojcem mojego syna, nie opuszcza mnie od kilkunastu lat. Podwójnie boję się więc o jego zdrowie. Co byłoby, gdyby nagle potrzebował rodzinnego przeszczepu lub transfuzji i wówczas okazałoby się, że nie ma zgodności. Moja tajemnica wyszłaby na jaw. Nie boję się przy tym tych konsekwencji, które dotknęłyby mnie bezpośrednio, ale krzywdy, jaką ta wiadomość mogłaby wyrządzić mojemu mężowi i synowi. Nie zasługują na to. Jednocześnie jednak, gdyby nie moje sprzeniewierzenie małżeńskiej obietnicy wierności i uczciwości, może naszej rodziny nie byłoby już tu i teraz.