Samodzielne podróżowanie z małym dzieckiem – czy się opłaca?

Samodzielne podróżowanie z małym dzieckiem – czy się opłaca?

Został tydzień do mojego wyjazdu do Włoch i chciałam wszystko odwołać. Na tyle się bałam jechać, że byłam gotowa stracić bilety lotnicze. Przerażała mnie ilość przesiadek, która czekała na mnie z synkiem: z Zielonej Góry pociągiem do Wrocławia, z Wrocławia samolotem do Bergamo, z Bergamo autobusem do Mediolanu, z Mediolanu pociągiem do Sawony, a stamtąd samochodem do miejsca docelowego. Wydawało mi się istnym szaleństwem pokonać tę drogę samodzielnie z 15-miesięcznym synkiem, który ani minuty nie może usiedzieć na miejscu, a moich komunikatów za bardzo na razie nie słucha.

Najbardziej się bałam, że zamiast odpocząć i naładować się energią, będzie to dla mnie fizycznie i psychicznie bardzo ciężka wyprawa. Zastanawiałam się, czy w ogóle jakkolwiek odpocznę, jadąc sama z małym dzieckiem nad morze. Już nie mówię o wszystkich niespodziewanych sytuacjach, które mogą się wydarzyć po drodze.

Mimo to się zdecydowałam. Czy było warto? Podzielę się swoimi wrażeniami, a sama oceń.

Jak pokonać tyle przesiadek z małym dzieckiem?

Może na początek parę słów wyjaśnienia dotyczących celu mojej wyprawy. We Włoszech, w małym miasteczku w Ligurii mieszka przyjaciółka mojej mamy. Ona pomogła mi znaleźć włoską rodzinę, która przyjęła nas pod swój dach. Jedynym wyzwaniem było więc dotrzeć na miejsce.

Z małym dzieckiem bardzo trudno pokonać taką drogę za jednym razem, dlatego na każdym etapie robiliśmy przerwę. W czwartek pojechaliśmy do Wrocławia, gdzie przenocowaliśmy u mojej siostry. Jej mąż w piątek rano zawiózł nas na lotnisko. Polecieliśmy do Bergamo, a stąd autobusem dojechaliśmy do Mediolanu. Tam spotkaliśmy się z moją koleżanką, którą poznałam w Warszawie i która obecnie z mężem mieszka we Włoszech. Spędziliśmy u nich noc i w sobotę rano pokonaliśmy ostatni odcinek drogi. Pociągiem dojechaliśmy do Sawony, skąd Federica, u której się zatrzymaliśmy, odebrała nas z dworca i samochodem zawiozła do naszego tymczasowego domu.

Czy da się odpocząć, wyjeżdżając z małym dzieckiem na wakacje?

Zadawałam sobie to pytanie wielokrotnie przed wyjazdem i okazało się, że tak – można!

Powiem, że bałam się tego, iż będę sama 24 godziny na dobę z synkiem. Że nie będę miała chwili wytchnienia. Ale to właśnie dzięki synkowi po raz pierwszy w życiu udały mi się prawdziwe wakacje, kiedy na tydzień odłożyłam wszystkie swoje rzeczy do zrobienia, zadania i cele. Zazwyczaj na wakacje biorę jakąś książkę rozwojową, robię jakieś podsumowanie lub strategiczne plany, albo próbuję łączyć wakacje z pracą. Tym razem nie robiłam nic oprócz spędzania czasu z synkiem.

Razem siedzieliśmy na plaży, on bawił się kamyczkami, a ja słuchałam, patrzyłam i oddychałam morzem. Siedziałam i czułam, jak fala za falą zabiera wszystkie moje negatywne emocje, a w zamian napełnia mnie nową energią.

Kiedy synek chciał chodzić i zwiedzać, szłam za nim, nie narzekając, że nie mogę sobie spokojnie poleżeć.

Obserwowałam go. Widziałam, ile radości promieniuje wokół. Jak często ludzie się uśmiechają, kiedy na niego patrzą. Nie dowierzałam, że to właśnie w moim ciele powstał ten Mały Człowiek. Czułam ogromną wdzięczność.

Po prostu byłam. Nie pędziłam. Nie planowałam zwiedzania wszystkiego naokoło. Jedynym moim planem było dotrzeć na miejsce, a potem szczęśliwie wrócić do domu. A dalej dałam się ponieść prądowi. Nie miałam żadnych oczekiwań, a dostałam naprawdę cudowne wakacje.

Zaskoczenia, z którymi spotkaliśmy się po drodze.

Powiem, że przed wyjazdem miałam mnóstwo zmartwień.

·      Jak poradzę sobie z Dobromirkiem na lotnisku?

·      A jak w pociągu?

·      Jak damy radę w czyimś mieszkaniu, które nie jest przystosowane do małych dzieci (czytaj: wszystkie szklanki oraz inne bardzo ciekawe, ale niebezpieczne rzeczy są w zasięgu małej rączki)?

·      A jeżeli przytrafi się jakaś choroba?

·      A jak syn przejdzie aklimatyzację?

·      Jak poradzę sobie z wózkiem, plecakiem, torbą i dzieckiem przy przesiadkach?

Co się okazało? Spotkałam po drodze mnóstwo wspaniałych ludzi!

Kiedy przyjechaliśmy do Mediolanu, spotkała nas Ada, zabrała na obiad, a potem pomogła wsiąść do odpowiedniego pociągu. W pociągu nie mieliśmy gwarantowanego miejsca (kupiłam bilety do drugiej klasy). Ale trafiłam tam na Włocha, który nie tylko ustąpił mi miejsca, ale w dodatku zabawiał Dobromirka, z czego obydwaj mieli ogromną frajdę. Odjechaliśmy parę stacji od centrum Mediolanu i pociąg się zatrzymał. Miał jakieś opóźnienie. Było strasznie gorąco. Kiedy się okazało, że opóźnienie potrwa około dwóch godzin, a potem czeka nas jeszcze trzy godziny drogi, zrozumiałam, że nie damy rady. Byliśmy przecież po podróży samolotem i Dobromir już był bardzo zmęczony, na dodatek w pociągu było okropnie gorąco. Ten sam Włoch, który cały ten czas dzielnie bawił się z synkiem, pomógł mi zabrać rzeczy, odprowadził do metra i pokazał, jak wrócić do Mediolanu.

Wsiadłam do metra i zaczęłam dzwonić do Ady, że musieliśmy wrócić i czy możemy u nich przenocować. I… nie mogłam się dodzwonić.

Wysiadłam na dworcu, stałam z przemęczonym dzieckiem, wózkiem i plecakiem sama w obcym kraju i nie mogłam się dodzwonić do jedynej osoby, którą znałam w tym mieście. Wtedy trochę się przestraszyłam. Ale powiedziałam sobie, że poczekam pół godziny i ewentualnie zarezerwuję pokój w pobliskim hotelu. Będę musiała wyłożyć ok. 100 euro, ale nie jest to najgorsza opcja. Na szczęście udało mi się skontaktować z Adą, która przyjęła nas pod swój dach. Nakarmiła nas pyszną kolacją, zrobiła smaczny posiłek dla synka. Mąż Ady pomógł nam znaleźć bilety, a w sobotę oboje wstali z nami o 5 rano, aby odprowadzić nas na dworzec. Jestem im przeogromnie wdzięczna.

Kiedy dotarliśmy w końcu do Pietry i poznałam Federicę i Klementa, okazało się, że jest to cudowna para! Gdy weszliśmy do mieszkania, powiedzieli, że jest to nasz dom i żebyśmy się czuli swobodnie. Powiedzieli, że możemy zostać tak długo, jak zechcemy. Zabierali nas na kolacje, zostawiali dla nas lunch, opowiadali o różnych ciekawostkach, częstowali miejscowymi smakołykami, a nawet wykupili dla nas wejście na prywatną plażę, abyśmy mieli leżak i lepsze warunki dla synka. Mieliśmy tyle opieki, dobra, prezentów i wspaniałego czasu, który spędziliśmy razem, że jestem przeogromnie wdzięczna i bardzo mile zaskoczona. Moim jedynym celem było dać radę i dotrzeć na miejsce, a dostałam nowych przyjaciół, którzy na pożegnanie powiedzieli, że możemy do nich przyjeżdżać, kiedy tylko zechcemy.

Na plaży poznaliśmy (w zasadzie Dobromir poznał) Francuza, który przyjechał do Ligurii ze swoim synem i z przyjemnością się bawił z Dobromirkiem.

Na każdym etapie drogi zawsze poznawałam kogoś, kto nam pomagał. Nie czułam, że podróżuję sama z synkiem. Miałam tyle pomocnych dłoni wyciągniętych w naszą stronę, że nawet teraz, jak to piszę, mam łzy wdzięczności i wzruszenia w oczach.

Ta podróż tylko wzmocniła moje przekonanie, że ludzie są dobrzy.

Upewniłam się też, że dobro wraca. Nie zawsze od tych samych osób, ale zawsze wraca. Dobre intencje, które mamy wobec świata i innych ludzi, to są małe ziarenka, które w odpowiednim momencie dadzą ogromne plony.

Co zyskałam dzięki podróży?

Przede wszystkim więzi.

Przed podróżą, kiedy przez swoje obawy trudno mi było zdecydować się na wyjazd, prosiłam o radę inne mamy. Dzięki temu nawiązałam nowe relacje i wzmocniłam istniejące. Z Włoch wracałam, mając trzy nowe przyjaźnie.

I najważniejsze – wzmocniłam więź ze swoim synem. Spędzaliśmy cały czas razem. Nie dzieliłam uwagi między nim a swoimi obowiązkami. Nie próbowałam odpowiadać na maila lub gotować obiadu, opiekując się synkiem. Po prostu byłam z nim i dla niego. Podążałam za synkiem, dawałam mu swobodę i możliwość prowadzenia. Obserwowałam, jak reaguje na nowe smaki, ludzi, miejsca, wrażenia. Przeżywałam te emocje razem z nim. Nagle się okazało, że on prawie nie miał „humorków” lub etapów marudzenia. Nagle się okazało, że prawie cały czas był w dobrym humorze i że ja też dałam radę odpocząć i naładować baterie.

Potrzebowałam tego wyjazdu, aby udowodnić sobie, że mimo tego, że jestem samodzielną mamą, nie muszę się w niczym ograniczać. Mogę nadal podróżować – tylko teraz ze swoim dzieckiem. Mogę pokazywać mu świat. Możemy mieć dobry czas tylko we dwójkę. Nie opiszę słowami, jaką czuję teraz dumę, że mi się udało i jak wzmocniłam w sobie pewność siebie jako mamy. Teraz wiem, że jako samodzielna mama sobie poradzę. I z trudnymi sytuacjami w pracy, i z połączeniem pracy, prowadzeniem bloga i wychowywaniem synka. Mam w sobie moc. Będzie bardzo, bardzo dobrze.

Dlatego myślę, że warto żyć odważnie i podejmować odważne decyzje. Bo najczęściej, kiedy czegoś się obawiamy, niewiele możemy stracić, ale bardzo dużo możemy zyskać. Gdyby podróż się nie udała, straciłabym ok. 2500 zł i miałabym ciężki tydzień. A jednak dużo zyskałam, kiedy się zdecydowałam! Nowych przyjaciół, naładowane baterie i ogromne poczucie mocy i sprawczości w sobie. To zdecydowanie było warte ryzyka!

Już nie mówiąc o tym, że takie podróże służą mojemu dziecku. Jestem o tym przekonana! Ma nowe wrażenia, poznaje nowe miejsca, ludzi, zapachy, smaki – i to zdecydowanie przekłada się na jego rozwój.

9 rad „technicznych” na zakończenie

1.    Dla Dobromirka miałam nosidło. Podczas przesiadek brałam synka w nosidełko, na plecach miałam plecak, a wózek mogłam łatwo złożyć i nieść w jednej ręce. W ten sposób zawsze sama mogłam sobie poradzić z dzieckiem, rzeczami i wózkiem, ale najczęściej i tak ktoś z obcych ludzi mi pomagał.

2.    Z małym dzieckiem jednak lepiej pokonywać drogę „na raty”. Po 3–4 godzinach Dobromir zdecydowanie potrzebował przerwy, aby się swobodnie wybiegać. Lepiej mieć dłuższą drogę do punktu końcowego, ale zaplanować sobie postoje po drodze.

3.    Do samolotu dobrze jest wsiadać na końcu. W ten sposób synek mógł sobie spokojnie biegać na lotnisku, a w samolocie siedzieć przypięty tylko podczas startu i lądowania (to był najcięższy moment, kiedy musiał w samolocie siedzieć u mnie na rękach i nie mógł się ruszać).

4.    Pamiętaj, że na pokład dla dziecka możesz spokojnie brać jedzenie, picie, kosmetyki – nie ma ograniczenia pojemności, jak to jest w przypadku dorosłych.

5.    Do podręcznej torby Dobromirka zapakowałam kilka małych zabawek i interaktywnych książeczek (w których można coś przesuwać, zamykać, otwierać). To było prawdziwym hitem na wyjazd – było w stanie na dobrych kilkanaście minut zająć synka. Miałam też kilka ściągniętych bajek, ale u nas to się akurat nie sprawdza.

6.    W pociągach i w samolocie pozwalałam mu spokojnie biegać i zaczepiać ludzi, nigdy nie spotkałam się z negatywną reakcją.

7.    Świetną sprawą jest wysłanie swoich rzeczy kurierem przed wyjazdem. Można wtedy jechać z jedną lekką torbą, a po przyjeździe rzeczy będą czekać na miejscu. Nie jest to wcale o wiele droższa opcja, niż płacić za bagaż w samolocie. Ja, niestety, za późno o tym pomyślałam.

8.    Bierz plecak, a nie walizkę.

Podróżuj. Zawsze warto!

Ściskam mocno.