Edyta: Renatko, zaprosiłam Cię do tej rozmowy, bo jesteś moją przyjaciółką, ale też couchem. Nie mamy jeszcze 50 lat, ale jesteśmy rówieśniczkami i już nam bardzo blisko do tej kolejnej okrągłej liczby. Co dla Ciebie znaczy ta cyfra? Jakie emocje towarzyszą ci z tej okazji?
Renata: Jak już wspomniałaś, jestem couchem i pewnie łatwiej radzę sobie z trudnymi tematami, bo nie ukrywajmy, dla wielu dam, nie jest to łatwy moment w życiu. Dla mnie każdy kolejny rok jest przede wszystkim nowym doświadczeniem. Moment, w którym jest magiczny i czuję się pewniej w swojej skórze i wiem dobrze, czego chcę od życia. No i czego oczekuję od mężczyzn, więc nie ma tego całego rozdygotania i niepewności, która towarzyszyła mi w pierwszej połowie życia.
Edyta: Mam wiele znajomych, które mają ogromny problem nie tylko z 50-tymi urodzinami, ale i 40. czy 45. To wszystko zależy od tego jak postrzegamy siebie i przemijanie?
Renata: Życiowo dość szybko weszłam w role, które uczą nas akceptować upływ czasu. Dość szybko zostałam mamą, a teraz już jestem dumną babcią i uważam, że nie brakuje mi kobiecości, atrakcyjności i seksualności. Choć mam świadomość, że np. skóra kobiety 50 letniej wygląda już inaczej i muszę pamiętać o delikatnym, lecz starannym makijażu rano (śmiech).
Edyta: Taka pełna akceptacja siebie nie jest raczej często spotykana u kobiet…
Renata: Kobiety mają też często problem z tym, że ja nie mam problemu ze swoim wiekiem. Żyjemy chyba w kraju, w którym kobiety są mało otwarte na zmiany i przemijanie. Nie potrafią zaakceptować przemijania i widzą w nim tylko minusy. Jeśli jednak spojrzymy na przemijanie, jak po prostu na zmianę, nabiera ono innego znaczenia. Zmiana jest dobra, jeśli dostrzegamy w niej szansę na coś nowego. Rozumiem jednak kobiety, dla których nie jest to łatwe.
Edyta: Wiemy, że media też mają na to wpływ, kreując modę na wieczną młodość. Ja raczej też nie miałam nigdy problemu z powiedzeniem uczciwie, ile mam lat, a czasem nawet specjalnie o tym mówiłam, aby przełamać stereotyp, że kobiety nie rozmawiają o swoim wieku. Zazwyczaj spotykałam się wtedy z pozytywną reakcją. Mam bardzo dużo młodszych przyjaciółek i koleżanek, które mówią mi, że chciałyby wyglądać tak jak ja w moim wieku. Wiem, że po trosze robią to z sympatii do mnie (śmiech), ale to też daje mi prawdopodobnie większą pewność siebie i obniża samokrytycyzm. Myślę czasem o tym, że chciałabym być szczuplejsza, mieć ładniejszą skórę, na której nie będzie mi się odciskać pościel lub bielinza, ale chyba coraz odważniej wychodzę z domu bez makijażu, co wcześniej wydawało mi się nierealne, nawet przy wyrzucaniu śmieci (śmiech). Chyba co raz mniej się tym przejmuję i daję sobie prawo do luzu.
Renata: Taki luz jest nam bardzo potrzeby i to w wielu sprawach, natomiast czesto w swojej pracy, spotykam się z kobietami w wieku 40. i 45., które bardzo źle znoszą kolejne urodziny…
Edyta: Patrząc wstecz – pamiętam, że nie miałam problemu z 40-tką – to była niezapomniana impreza (lata 70-te), ale przy 45-tych urodzinach uroniłam kilka łez (śmiech), pewnie dlatego, że moje życie prywatne nie było wtedy udane. Myślę, że akceptacja siebie w danym momencie zależy od tego, w jakim jesteśmy stanie emocjonalnym, czy jesteśmy szczęśliwe czy nie. Nie chodzi mi o to, czy jesteśmy w związku, czy jesteśmy singielkami, ale o to jak się czujemy same ze sobą. Kiedy mamy pewność siebie, pewność kobiety dojrzałej, która zna swoje mocne strony, atuty – wewnętrzną siłę, to wtedy od razu wyglądamy atrakcyjniej… Wiadomo, że zdarzają się chwile, kiedy patrzę na siebie w lusterku i nie jestem zadowolona, czasem nawet bardzo, ale staram się nie skupiać na tym, choć nie jest to łatwe. Wolę iść do przodu, szczególnie, że syn nie jest już maluchem, któremu poświęcałam prawie całą swoją uwagę.
Renata: Dużo kobiet przeżywa syndrom pustego gniazda, kiedy dzieci odchodzą z domu, by pójść swoją drogą. Znów wracam do tego, że jestem couchem, więc wiedziałam wychowując syna, że nie urodziłam go dla siebie, tylko dla świata i z takim nastawieniem było mi łatwiej zaakceptować, że syn zakłada własną rodzinę. Byłam też od razu nastawiona na to, że to on wybiera towarzyszkę swojego życia, a nie ja i moim zadaniem jest ją zaakceptować bez względu na to czy mnie będzie się podobała, czy nie. Choć na szczęście, gdy poznałam synową od razu się w niej zakochałam i byłam bardzo szczęśliwa z jego wyboru.
Edyta: Hmm, no ja nie wiem jak to przeżyję (śmiech), tzn. wybór tej jedynej (śmiech). Mam nadzieję, że niezależnie od wyboru zaakceptują ją i się polubimy. A jak odbiera cię Twój mąż? Zmieniły się wasze relacje? Nie jesteś już nastoletnią Renatką, ale kobietą dojrzałą.
Renata: Jeśli ludzie się szanują i kochają to kolejna zmarszczka powoduje rozczulenie. Sama łatwiej akceptuję siebie – co powoduje, że inni też to czują. Poza tym współczesne 50-tki to 40-tki, dlatego, że czujemy się wartościowe dzięki swoim doświadczeniom dotychczasowego życia, umiemy też więcej dawać światu. Wiemy, że kwestia kilku zmarszczek nie odbierze nam kobiecości. Oczywiście pod warunkiem, że będziemy o siebie dbały, a postępy w kosmetyce pozwalają nam na dłuższe zachowanie młodości. Ważne, abyśmy nie zestarzały się mentalnie i dbały o siebie.
Edyta: Nigdy nie wolno nam myśleć o sobie: jestem już stara lub powiedzieć komuś – jesteś już na to za stary.
Renata: Starość kojarzy nam się z niedołężnością i ograniczeniami, a przecież często nasze samopoczucie zależy od tego, jak o siebie dbamy i co o sobie myślimy.
Edyta: Zgadzam się z tobą. Wiesz, kiedy zaczęłam dobijać do 50-tki zaczęłam myśleć, że chciałabym coś po sobie zostawić. Na przykład założyć fundację, by zrobić coś dla innych. Spotkania z różnymi kobietami w Damosferze i moje doświadczenia zainspirowały mnie do tego. Chcę pokazywać innym, że warto coś zrobić w swoim życiu, by nie być tylko matką i żoną (tak, tak, wiele kobiet nadal trzyma się kurczowo tych ról i ciężko się nam z nich wyzwolić). Na portalu Damosfera zachęcamy do innego postrzegania siebie jako kobiety. Każda z nas jest wyjątkowa i może wiele zdziałać. Ja musiałam się tego nauczyć i chyba ciągle się uczę. Dlatego pojawiła się u mnie chęć stwrozenia czegoś dla innych.
Renata: Rozumiem Cię, dlatego ja zaczęłam pisać książki. Chęć zostawienia po sobie czegoś wartościowego, czegoś co sprawi, że świat po mnie będzie choć trochę lepszy, niż świat przede mną, napędza mnie do działania. Żyjemy dopóki mamy szansę na działanie i na zmianę. Nigdy na nic nie jest za późno. Możemy zmieniać zawód, pracę, miejsce zamieszkania, możemy wiele osiągnąć, jeśli tylko się odważymy. Wiadomo, że miło być w komfortowym miejscu, a nie podążać za czymś nowym, ale zmiana jest czymś fantastycznym. Co ciekawe, w swojej pracy spotykam często kobiety młode, bardzo atrakcyjne, które pozwalają innym decydować o swoim losie, ale też znam mnóstwo dojrzałych kobiet, które robią piękne i dobre rzeczy, zgodnie z tym, co im w duszy gra. Wiek nie wpływa na to, co chcemy robić.
Edyta: 50-tka to w końcu nie bagaż, który nas ciągnie do dołu…
Renata: Pod warunkiem, że same nie będziemy się tym dołować. To bagaż, ale mądrości i doświadczeń. Czas, w którym zaczynamy wreszcie lubić siebie (przyznajmy się, kto w młodym wieku siebie lubi?), to czas, kiedy przestajemy się przeglądać w oczach innych. Nie potrzebujemy ich akceptacji, wystarczy nam własna.
Edyta: Myślę, że to nie kwestia wieku, ale samoakceptacji. Jednak masz rację, gdy stajemy się bardziej „dorosłe” nie szukamy już tak bardzo potwiedzenia swojej atrakcyjności w oczach innych. Świat mody zaczyna też wreszcie dostrzegać piękno dojrzałych kobiet i je podkreśla…
Renata: Tak i to jest piękne. Większość stylistów, czy projektantów z Salonu Damosfery potrafi zadbać o kobiecość i podkreślić ich urodę, delikatność bez względu na wiek. Może to wynika z przyzwolenia na to, by nosić kwiatki i wzorki niezależnie od tego, ile mamy lat. Tak samo sytuacja wygląda w gabinetach kosmetycznych, gdzie jest cały wachlarz zabiegów dla skór dojrzałych, ale też dla młodych kobiet, by już teraz pomyślały o potrzebach swojej skóry na przyszłość.
Edyta: Przyznam, że czasem się zastanawiam, czy dany ciuch mi pasuje, czy długość jest jeszcze odpowiednia, czy mogę sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa, ale jeśli nadal się w danej rzeczy dobrze czuję to znaczy, że ona jest jak najbardziej na miejscu. Do nowości w moim stylu przekonują mnie zaprzyjaźnione projektantki, dzięki którym odkrywam na nowo swoją kobiecość.
A propos planów. Jakie masz plany na przyszłość?
Renata: Mam mnóstwo planów na kolejne 50 lat i więcej – chcę poświęcić więcej czasu swojemu mężowi, skakać z wnuczkami po kałużach, napisać kolejne książki i ciągle się rozwijać. Chcę dużo podróżować i spotykać wspaniałych ludzi, pomagać kobietom w tym, aby były bardziej samodzielne i szczęśliwsze, by o siebie dbały w sposób kompleksowy. A Twoje plany?
Edyta: Jeśli chodzi o moje plany, to mój syn powoli wkracza w dorosłość i pewnie wiele się zacznie zmieniać i w moim życiu z tego powodu. Wiem, że nie będę przeżywać syndromu opuszczonego gniazda, mimo że dotychczas byłam mamą przez większość dnia i uwielbiałam to. Zaczynam powoli zajmować się sobą, nie mam już z tym problemu, jak to było do tej pory, bo wiem, że syn potrzebuje wolności… Jestem zadowolona ze swojej sfery zawodowej, dlatego teraz będę pracować głównie nad tym, by jeszcze bardziej polubić siebie, nabrać zaufania do swoich możliwości i by ufać sobie, bo teraz wiem, że źle się dzieje, kiedy nie słuchamy swojej intuicji. Chcę też wrócić do swojej pasji z młodości – rysowania. Planuję wrócić na lekcję rysunku i… odnaleźć w sobie spokój, który daje pewność, że idę dobrą drogą, z której nic mnie nie strąci, bez względu, czy będę szła nią sama czy z kimś…
Renata: Jeżeli kochasz siebie i jesteś otwarta na poznawanie nowych, ciekawych ludzi, to spotkasz takie osoby… Jeśli nie ufasz sobie, to jest ryzyko, że spotkasz kogoś kto tobą zawładnie. Wiara w siebie i miłość jest najważniejsza!
Edyta: 50-tka jest bramą do nowej ja i tylko od nas zależy, w którą stronę się udamy.
A jak Wy podsumujecie swoje 50 lat?



