Aggie

Aggie zdjęcie główne 392e2536c8209c389ebbc0a2

Siedzę w niebieskiej peruce na głowie. Czuję się tak sztucznie, jak peruka. Próbuję zapamiętać, że nie nazywam się dziś Ita, tylko Aggie. Jest piękne popołudnie w otwartym barze na szczycie wieżowca w Melbourne. Słońce odbija się od szklanych ścian sąsiadujących budynków, rzucając na mnie ciepły spotlight. Ta sytuacja jest dziwna, ale coś jest w niej magicznego. Jestem aktorką i gram samą siebie.

Mijają trzy miesiące, od kiedy jestem w Australii. Budzę się codziennie na malusieńkiej antresoli, na której mieści się wąski materac i moja walizka. Wspinam się na palce żeby wyjrzeć przez okno. Diabelski młyn odcina się czarną sylwetką na tle różowego nieba. Nie mogę się przyzwyczaić, że kolory zachodów słońca w Australii są znacznie bardziej intensywne niż w Europie.

Mieszkam tymczasowo u Abhiego. Abhi jest reżyserem teledysku, przy którym asystowałam. Jego mieszkanie jest niezwykle „urban” i w stylu Melbourne. Szeroki stół z drewnianej ławy, niedbale pomalowanej farbą. W kącie retro-walizka z głośnikiem w środku, a na ścianach minimalistyczne fotografie Abhiego. Kępki mchu w szklanych bańkach wiszą nad kanapą, między półkami z francuską literaturą plączą się inne rośliny, a sukulenty stoją na skrzynkach po mleku. Abhi i jego dziewczyna Jo tworzą miastową parę doskonałą, ona stylowa architektka, on – informatyk z ambicjami arthousowego reżysera. Po Melbourne jeżdżą na rowerach, ale Abhi ma także mocno skasowany czarny bat-mobil i kompletnie niepraktyczny oldskulowy motor, który rysuje mu samochód za każdym razem jak go chowa do garażu. Abhi sprejuje sobie włosy szarą farbą, sugerując początki intelektualnej siwizny. Jest hipsterem, ale hipsterem dojrzałym, o wypracowanym stylu i zdefiniowanych smakach. Ogląda teledyski Radiohead wyłącznie na projektorze i lubi jeść tylko, jeśli z Jo wychodzą do nowej „hot” restauracji w centrum miasta albo nowo otwartego baru w jakiejś ciasnej, trudno dostępnej uliczce. Normalnie decyduje się na tanie hinduskie jedzenie albo bubble n’ squeak* podgrzane w mikrofalce. A tak w ogóle to nie lubi jeść.

Coś nas łączy. Abhi opuścił Indie i przeniósł się do Australii, żeby wymyślić się na nowo. Abhiemu i mnie towarzyszy pewne poczucie winy, które się pojawia kiedy zostawiasz najbliższych w poszukiwaniu szczęścia, co jednocześnie sugeruje, że to szczęście jest gdzie indziej niż oni.

Abhi ma chyba słabość do moich słowiańskich korzeni. Jego ulubione filmy są smutne i trwają co najmniej dwie godziny, a bohaterowie najczęściej chodzą naokoło stołu i bez końca rozmawiają, kłócą się, płaczą, a potem długo milczą, w wytrzymanych do granic możliwości długich scenach. Ciekawe czy Abhi zna Bergmana. Pewnie dlatego podoba mu się smutek w moich oczach, ten zimny odcień, który niechcący projektuję, kiedy się nie uśmiecham. Ten smutek, który karze nam tak dbać o groby, szanować naszą historię, z lubością rozmawiać o chorobach i pisać piękne wiersze. Ludzie zawsze się mnie pytają czy nic mi nie jest, kiedy się nie uśmiecham. Mam taki wyraz twarzy i ci Australijczycy, którzy mnie znają, zaczęli nazywać to „polskim wyrazem twarzy”. Nie oglądam już zbyt wiele smutnych filmów. Staram się uśmiechać cały czas, ale nie jest łatwo, kiedy Abhi odpala rzutnik i wybiera filmy. Jo i ja chciałybyśmy obejrzeć może Franes Ha albo jakiegoś Wesa Andersona, ale Abhi się wtedy bardzo denerwuje. Dyskutujemy po tych pokazach – trzy różne kulturowo zaprogramowane mózgi wymieniają myśli i uczucia. Przyznaję, że to mnie zawsze cieszy. Abhi patrzy się czarnymi węglikami oczu w moje niebieskie i czuję, że coś kombinuje. Proponuje, żebyśmy zrobili razem film. Nie pamiętam, kto proponuje o czym to ma być. Pamiętam, że to na pewno pomysł Abhiego, żebym ja w tym grała. Wydaje mi się to słabe, ale Abhi chce bohaterkę z Wschodniego Bloku (mówiłam, że ma słabość) i nie wiem, czy znajdziemy jakąś tutaj. Dotychczas nie spotkałam tu innej Polki.

Historia ma być dniem polskiej dziewczyny, która właśnie wylądowała w Melbourne i poznaje młodą hipsterską parę. Brzmi znajomo? Ma na imię Agnieszka, ale jej nowo poznana australijska koleżanka mówi na nią Aggie. Australijczycy wszystko skracają.

Przez kolejne dni kłócimy się, zwłaszcza po tym, jak wypijemy kawę rano. Kawa w Melbourne jest najlepsza na świecie. Czarna jak smoła, czarna jak ubrania mieszkańców tego miasta, z eleganckim połyskiem jak włosy Abhiego. Kawa to benzyna każdego miasta, ale każda smakuje inaczej. Tutaj w każdym razie, wypita w jednym z wielkich garaży przekształconych na trendy kawiarnię, sprawia, że ma się ochotę dyskutować i robić filmy. Kawiarnia w której właśnie siedzimy z Abhishkiem i czekamy aż kofeina uderzy nam po żyłach, jest bialusieńka, minimalistyczna, żeby kolor kawy jeszcze lepiej się odcinał, konwersacja stała się bardziej kontrastowa, a my czarno-biali jak francuska Nowa Fala. Uzgadniamy, że ja napiszę scenariusz, Abhi to wyreżyseruje, ale wychodzi tak, że obydwoje chcemy i pisać, i reżyserować. Jo zostaje stylistką. Razem chodzimy po tzw. OP shopach (sklepy z odzieżą używaną) i tworzymy bohaterkę. Abhi życzy sobie, żebym wyglądała, jakbym nie miała cycków. Ubierają mnie, oczywiście, na czarno.

W film zaangażowani są statyści, asystenci i aktorzy, znacznie bardziej doświadczeni niż my. W ciągu następnych dni ze stresu kłócimy się już non stop, ale te kłótnie zyskują już ten reżyserski połysk, albowiem staramy się wpasować do mitu kreatorów-dupków i świetnie nam to idzie. Kręcimy sceny wszędzie w Melbourne i zaczynam odczuwać dziwny smak meta-opowieści, kiedy odtwarzamy pierwsze dni mojego pobytu w Australii. Uczę się chodzić na nowo. Tutaj przecież jest kierunek lewostronny więc wpadam na ludzi. Na plaży dotykam bladymi stopami morza. Nad rzeką, śpiewam po polsku sama do siebie i płaczę za chłopakiem, którego zostawiłam w Warszawie. To wszystko prawda, ale w obecności kamery staje się historią kogoś innego.

Jesteśmy w otwartym barze na dachu. Ciepły spotlight oświetla moją twarz, moja niebieska peruka się iskrzy. Nie mam za grosz talentu aktorskiego. To nie ma żadnego znaczenia, bo być na planie filmowym, w Melbourne, z moim nowym przyjaciółmi, współaktorzyć z modelką, śmiać się w przerwach i kłócić po zdjęciach, jest czymś wspaniałym. Nie doceniam tego w tym momencie, bo jestem za bardzo wciągnięta w granie samej siebie, ale teraz, kiedy to piszę, wiem, że było to wspaniałe.

Kończymy film. Jesteśmy już z Abhim na takim etapie, że albo się wyprowadzę albo już nigdy nie będziemy ze sobą rozmawiać. Dramatycznie turlam walizkę po schodach z antresoli, miejsca, z którego wyglądałam nieśmiało na nowy świat. Parędziesiąt kaw i jeden film później, jestem inną osobą i pora znowu się ruszyć.

Tęskni się nam do bycia kimś innym. Przede wszystkim do samej możliwości wyboru roli. Wstajemy rano i znowu musimy być tą miłą Zosią, tą profesjonalną Małgosią, tą zmotywowaną Dominiką. Wcale tak nie musi być. Na każdego w szafie czeka niebieska peruka. Chociaż ja musiałam zmienić kraj, żeby wyrwać się z mojej roli, tak nie musiało być. Jest to tak łatwe jak decyzja, że od dzisiaj, przez czas nieokreślony, będę inna. Dziś jestem aktorką, Jutro rano jestem pisarką. Pojutrze, kto wie. Włożę perukę na głowę i poczekam aż się zaiskrzy.

Ita Sypniewska

* Mocno przetworzone, mrożone placki ziemniaczano-warzywne.