Skąd się biorą sny
20 stycznia David Lynch skończyłby 80 lat. Odszedł w 2025 roku, ale X muza wciąż nie przestaje go opłakiwać. Dla wielu filmomaniaków i kolegów po fachu był jednym z ostatnich ekranowych innowatorów, których kreatywna wizja zmieniała oblicze kina. Inspirowała go tajemnica i podświadomość. Enigmatyczne punkty wyjścia prowadziły go do kreacji różnorodnych światów filmowych. Ich surrealizm przełamywał rutynę, ale inspirował też do dyskusji nad kwestiami egzystencjalnymi.
Od strony formalnej David Lynch był prawdziwym dzieckiem kina, którego technika skupiała się na esencji ruchomych obrazów. Praca kamery, klimat, światło, zjawiskowe kadry i płynące z nich emocje niejednokrotnie znaczyły dla niego więcej od samej fabuły czy dialogów. Trzymał się z dala od hollywoodzkiego nurtu, a jego autorskie dzieła hipnotyzowały symboliką, psychologią oraz niedopowiedzeniami, które otwierały przestrzeń do poseansowej refleksji.
David Lynch urodził się w Missouli w stanie Montana w rodzinie naukowca i nauczycielki. Swoje dzieciństwo wspominał jako szczęśliwe i rozpalające jego wyobraźnię. Ze względu na charakter pracy ojca rodzina często się przeprowadzała, ale wbrew pozorom nie budziło to frustracji w Davidzie.
Nowe miejsca i znajomości wyłącznie rozpalały naturę dziecka ponadprzeciętnie zaciekawionego otaczającym je światem. Wszelkie obserwacje posłużą mu z czasem za źródło twórczego natchnienia – zwłaszcza niezwykłe wydarzenia codzienności czy senne koszmary, które Lynch przekładał na język kina.
Artyzm kontra realizm
Na przekór ścisłym umysłom rodziców od początku ciągnęło go do świata sztuki. Jako mały chłopiec David marzył o zostaniu malarzem. Spora w tym zasługa leżała po stronie ojca jego szkolnego kolegi, artysty Bushnella Keelera. Mężczyzna inspirował Davida i wprowadził go do świata sztuki.
David Lynch studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Filadelfii, gdzie rozwijał swoje malarskie umiejętności, a także zainteresował się instalacjami artystycznymi. Pewnego dnia zrealizował swój pierwszy krótkometrażowy film – animację „Sześciu mężczyzn, którym robi się niedobrze”. To zmieniło wszystko. Marzenia i twórczość Davida ukierunkowały się na nową formę sztuki: kino. Reszta jest historią.
Po serii eksperymentalnych krótkometrażówek (m.in. „Alfabet”, „Babcia”) David Lynch zadebiutował w 1977 roku pełnym metrażem – surrealistycznym filmem „Głowa do wycierania”. Była to historia mężczyzny żyjącego w postapokaliptycznym świecie, który pewnego dnia staje przed obowiązkiem wychowania potomka, które w żadnym stopniu nie przypomina ludzkiego dziecka…
Zapatrzony w groteskę, a także zatarcie jawy i snu Lynch od pierwszych chwil kreował swój reżyserski indywidualizm, a strefy undergroundu nie opuścił do ostatniego tchnienia. Na przekór licznym artystycznym produkcjom, Lynch ze swym wyjątkowym stylem zaskarbił sobie jednak uwielbienie rzeszy widzów. Stanowił fenomen.
Sam mówił: „Myślę, że jeśli nie można nakręcić filmu po swojemu, w pełni realizując swoje zamierzenia, to lepiej go w ogóle nie kręcić. Takie coś mija się z celem. To takie powolne umieranie”.
Na ekranie oddawał się nostalgii, ale dowodził też natury spostrzegawczego wrażliwca. Dowodem są dość kameralne dramaty mistrza: „Człowiek słoń” (1980) i „Prosta historia” (1999), które na przekór surrealistycznym wizjom reżysera skupiały się na autentycznych historiach. Ich przekaz stanowił wyjątek dla wielu owoców pracy Lyncha przed kamerą, które zwykle tworzyły kino dla sztuki, a nie moralizującej wartości.
Dzienniki z podróży do piekieł
David Lynch przepracowywał na ekranie własne fobie i wspomnienia, ale robił to w inny od wszystkich sposób. Pozbawiał zdarzenia związków przyczynowo-skutkowych oraz nadawał im formę sennych wizji – niekiedy rodem z najgorszego koszmaru.
Podczas pracy nad onirycznym kryminałem „Blue Velvet” (1986) Lynch nawiązywał do młodzieńczych lat. „To bardzo amerykański film. Wizualnie zainspirowała mnie część dzieciństwa, które spędziłem w Spokane w stanie Waszyngton. Lumberton to prawdziwa nazwa – w Stanach jest nawet kilka miast o tej nazwie. Wybrałem je, bo dzięki temu mogliśmy z jednego z nich wypożyczyć różne rzeczy, jak policyjne odznaki i tak dalej. Ale zaczęło mi to kiełkować w głowie i wkrótce w kadrze pojawiły się ciężarówki przewożące drewno, a potem doszedł ten radiowy dżingiel: Godzina… wybije wraz z dźwiękiem upadającego drzewa. Wszystko za sprawą tej nazwy (ang. lumber – drzewo, drewno, tarcica – przyp. tłum.). Ten film ma też warstwę autobiograficzną. Kyle ubiera się tak jak ja. Mój ojciec prowadził badania naukowe dla Ministerstwa Rolnictwa. Masę czasu spędzaliśmy w lasach. Do momentu, gdy się wyprowadziłem z domu, miałem już trochę dość lasów. Ale mimo wszystko drewno, drwale i tak dalej nadal bardzo kojarzą mi się z Ameryką. Podobnie jak te parkany z białymi sztachetami i różami, które widać w ujęciu otwierającym film. To wszystko jest tak głęboko zakorzenione we mnie, te obrazy tak głęboko wżarte, a gdy wracają do mnie, czuję się bardzo szczęśliwy”.
W 1990 roku, kręcąc nagrodzoną Złotą Palmą na Festiwalu w Cannes „Dzikość serca”, Lynch ponownie sięgnął po własne doświadczenia. Tym razem zaszczepił w swoich postaciach prywatną fascynację „Czarnoksiężnikiem z Oz”, która w przypadku ekranowego duetu Sailora i Luli (uciekających przed wrogim światem w imię namiętności) składa się na element ich osobowości.
Reżyser komentował arcydzieło: „Myślę, że Sailor i Lula po prostu próbują żyć jak trzeba. Błąkają się zagubieni w mroku – jak my wszyscy. Trudno powiedzieć. Nie jestem pewien, co tu jest najważniejsze. Ale bardzo interesująca jest dla mnie myśl, że nawet w tak zimnym świecie jest miejsce na miłość”.
W swych najbardziej enigmatycznych dziełach – serialu „Twin Peaks” oraz filmie „Zagubiona autostrada” (1997), Lynch zagłębił się w mroczne instynkty człowieka, a także poznawcze ograniczenia stojące na przeszkodzie odkrycia Tajemnicy istnienia. Nie dziwi zatem komentarz reżysera, który własne produkcje określał mianem „dzienników z podróży do piekieł”.
Filmy Davida Lyncha demaskowały świat pozorów, odsłaniały niewygodne dla wielu z nas aspekty osobowości, przyglądały się intrygom czy niebezpieczeństwom płynącym z podświadomości. Nie inaczej było w przypadku jego ostatnich dzieł: „Mulholland Drive” (2001) oraz „Inland Empire” (2006) – częściowo realizowanego w Łodzi.
Sukces ma wielu ojców
Zarys dorobku Davida Lyncha byłby niepełny bez wspomnienia jego stałych współpracowników. Twórca darzył szczególnym zaufaniem wielu kolegów po fachu, którzy podzielali jego wizję X muzy. Na prowadzenie wysuwa się oczywiście kompozytor Angelo Badalamenti, którego jazzowe melodie podsycały tajemniczość fabuł Lyncha od „Miasteczka Twin Peaks” do „Zagubionej autostrady”.
Nie można ponadto zapomnieć o ulubionej ekipie aktorskiej reżysera „Diuny”. Wśród aktorów wyróżnia się zwłaszcza zaufanie względem Kyle’a MacLachlana. David Lynch słynął ponadto z uwielbienia dla swych muz. W filmach bardzo często zestawiał kontrastujące oblicza kobiecości np. dziewczęcą niewinność bohaterki Laury Dern z ponętną femme fatale Isabellą Rossellini w „Blue Velvet”. Wśród naczelnych aktorek Lyncha nie może również zabraknąć Naomi Watts, która zawdzięcza reżyserowi ugruntowaną pozycję w przemyśle filmowym (przełomem był jej występ w „Mulholland Drive”, gwiazda użyczyła też głosu do krótkometrażowych „Królików”).
David Lynch nie był wyłącznie wizjonerem ekranu. Z całą pewnością zasługuje na miano artysty przez wielkie „A” – tworzył muzykę i obrazy, interesował się architekturą, w domowym zaciszu projektował… meble. Tak, jak w kinie, w każdym aspekcie życia przekraczał granice i nigdy nie wybierał utartych ścieżek. Do końca pozostał oddany swym pasjom.
Źródło:
A. Barney, „David Lynch. Rozmowy”, tłum. M. Berowski, M. Szelichowska, wyd. Axis Mundi, 2019.
Więcej o kulturze i sztuce znajdziecie tutaj.



