Wyjazd
DAMOSFERA: Co robiłaś przed wyjazdem?
PAULINA FRIEDEL: Od zawsze nosiło mnie po świecie, turystycznie, ale też w poszukiwaniu siebie, przygody, alternatywnego stylu życia, spełnienia… wszystkiego co powyższe? Po wakacyjnym pobycie w Australii wiedziałam, że następna podróż również musi być do miejsca, któremu śnieg obcy. To było 14 lat temu, pracowałam wtedy w małej agencji reklamowej, ale miałam już własne serwisy internetowe, które dawały niewielkie zyski i świeżo odkrytą pasję do grafiki komputerowej. Zawsze miałam zacięcie do wszelkich form designu, kompozycji, fotografii, ale dopiero z nowym programem Photoshop poczułam się jak ryba w wodzie.
Jako grafik jednak byłam tu nikim… początkujący samouk, bez adekwatnego wykształcenia (podobne kierunki studiów dopiero zaczynały się tworzyć). W Los Angeles miałam się gdzie zatrzymać, odłożyłam ostatnią pensję czy dwie, wzięłam małą różową walizkę, laptopa i poleciałam na “wakacje”.
Myślałam, że pobędę kilka miesięcy, zdalnie kontynuując pracę nad polskimi serwisami i tyle. Tymczasem jedna z pierwszych przypadkiem poznanych osób szybko przedstawiła mnie swojemu szefowi jako graphic designera… I nagle dostałam pierwsze zlecenie, logo. Musiałam się mocno starać, żeby nie okazać szoku i strachu. Mimo że na początku czułam się jak oszust, podjęłam wyzwanie.
Jest w Stanach popularne powiedzenie (podobno Arystotelesa, choć mogłoby być Nikodema Dyzmy): “Fake it till you make it”.
Tak właśnie zrobiłam.
Grafik
DAMOSFERA:… I oficjalnie stałaś się grafikiem…
PAULINA FRIEDEL: Zlecenia wpadały regularnie, wkładałam w projekty całe serce i 300% siebie, uczyłam się na bieżąco, na wszystkie wyzwania w ciemno odpowiadałam “Sure, no problem!”, po czym “googlałam” o co chodziło… Klienci zachwycali się rezultatem i nikt nie pytał o kwalifikacje.
Myśl, że ktoś po prostu docenia i płaci mi za robienie tego, co uwielbiam i nadzieja na zupełnie nową przyszłość, dosłownie nie dawały mi spać z ekscytacji.
Lista kontaktów i zadowolonych klientów się powiększała, ja przez pierwsze lata spędzałam kilka miesięcy tam, chwile w Warszawie, zawsze dbając o legalny status w USA.
Bycie freelancerem ma oczywiście swoje zalety i wady… o ile nie ma dla mnie wiele cenniejszych rzeczy niż wolność, wiąże się to również z wiecznym stresem czy w tym miesiącu projekty pokryją koszt wynajęcia mieszkania, czy klient zapłaci na czas, itp.
Jednak dla mnie styl życia i codzienna radość dalece przewyższały ryzyko, a pieniądze jakoś zawsze magicznie pojawiały się na czas. Na styk, ale jeśli masz słońce, zdrowie i miłość, nie potrzeba dużo pieniędzy żeby żyć jak w raju… w końcu wstęp do parku, na plażę czy adopcja psa, nie kosztują prawie nic.
W wykreowaniu otoczenia pomagała moja pasja do DIY. Sama robiłam, co tylko się dało. Po zakupie najtańszej sofy z Ikea i lampy do pierwszego wynajętego pokoju, na biurko nie starczyło mi już dolarów – znalezione deski i pożyczone narzędzia załatwiły sprawę i w 2006 zbudowałam swój pierwszy stolik.
Mąż
Dwa dni po zabejcowaniu stolika poznałam mojego męża, muzyka, który jako artysta rozumie i zawsze bezwzględnie i z podziwem wspiera każdy mój pomysł i pasję. Cztery lata temu kupiliśmy dom z 1924 roku, do kompletnego remontu, a ja 3 miesiące później urodziłam córeczkę. Mimo że największe prace wykonywała zatrudniona ekipa, ja zamieniłam się w kierownika budowy, po czym do ostatniego dnia ciąży biegałam z piłami, wiertarką, pędzlem lub leżałam pod zlewem instalując armaturę. 2 lata później zaprojektowałam budynek studia dla męża i dodatkową łazienkę. Budowa poszła gładko i profesjonalnie z tą samą ekipą i mną już jako pełnoetatowy manager i współwykonawca, z własną kolekcją elektronarzędzi.
Mówi się, że remont czy budowa to jedno z najpoważniejszych źródeł stresu, a nawet rozwodów – ja w nich absolutnie rozkwitam. Mój mąż często mówi znajomym: jak chcesz zobaczyć prawdziwe szczęście, spójrz na twarz Pauliny, kiedy włącza szlifierkę.
DAMOSFERA: Co teraz robisz, na co stawiasz?
PAULINA FRIEDEL: Kolejny raz w życiu podążam w ciemno za pasją – miejsce grafiki zajął design wnętrz i praca z drewnem. Buduję na nasze potrzeby stoły, półki, itp. Ale mam już w pomyśle kilka produktów użytkowo/dekoracyjnych, którymi chciałabym się podzielić z innymi. Właśnie kończę projektować ostatnie z własnej linii nowoczesnych ściennych lamp ledowych ze słowami, które inspirują, albo zwyczajnie bawią. Wkrótce rozpocznę ich promocję i sprzedaż, na początek w Internecie, więc trzymajcie za mnie kciuki i wspierajcie @puniaf.design.
Biznes
DAMOSFERA: Jak się rozwija Twój biznes? Jak konkurencja?
PAULINA FRIEDEL: Zdaję sobie sprawę, że rynek rękodzieła jest ogromny i popularny, nie jestem jedyną osobą, która robi rzeczy z drewna. Ale mimo wszystko dotychczas nie zauważyłam podobnych produktów na rynku amerykańskim, na którym, jeśli chodzi o drewno, raczej dominuje tradycyjna lub rustykalna stylistyka. Mam więc cichą nadzieję, że jednak moje europejsko/polskie poczucie stylu i zamiłowanie do mocnych kolorów da mi pewną przewagę, siłę przebicia.
Konkurencja jest po to, żeby ją podziwiać, a potem dalej robić swoje.
DAMOSFERA: Twoje motto życiowe?
Dwa najważniejsze:
Nic się nie dzieje bez przyczyny.
Do what you LOVE and the money will follow.
DAMOSFERA: Rady dla tych, co marzą o pracy pasji, ale się boją…
PAULINA FRIEDEL: Patrz powyższe motto nr 2!
Jeśli macie pasję i choćby kilka osób które mówią Wam, że robicie coś fajnego, nie traćcie kolejnej minuty!
Nie da się przewidzieć, czy cokolwiek się sprzeda, jak duży sukces uda się osiągnąć i co się wydarzy, ale jedno da się przewidzieć: jak nie spróbujesz, na pewno nie wydarzy się NIC.
Sukces
DAMOSFERA: Twój największy zawodowy sukces
PAULINA FRIEDEL: Chyba po prostu sam fakt, że przez tyle lat byłam w stanie utrzymać się ze swojej pasji. Teraz rozkręcam niby zupełnie nową przygodę, a już mam zamówienia. Może sama moja radość i ekscytacja jest tak silna, że emanuje przez Internet.
DAMOSFERA: Porażka.
PAULINA FRIEDEL : Ee… tam, zaraz “porażka” – raczej “lekcja/informacja na przyszłość” i lecimy dalej. Porażką byłoby jedynie poddanie się i nie robienie nic.
Pytała: Kasia Kamińska
Zdjęcia: Paulina Friedel



