Więcej...

    Wietnam – podróż poza strefę komfortu

    Wizyta w Wietnamie to przygoda życia. Po wylądowaniu czujesz w powietrzu zapach jedzenia. Jest duszno, ale wiesz, że będzie pysznie. I choć 24 godziny podróży kompletnie mnie wykończyły, wiedziałam, że to wszystko nieważne. Ta podróż była dla mnie wyzwaniem, wyjściem poza strefę komfortu. Przed wybraniem destynacji rozmawiałam z koleżankami - jeśli kobieta chce jechać na wakacje sama gdzieś daleko, z plecakiem, po raz pierwszy raz w życiu - Wietnam to perfekcyjna lokalizacja. Tak zwany perfect timing sprawił jednak, że w Wietnamie nie wylądowałam sama, lecz z towarzyszem doświadczonym w backpackingu, który jednak pozwolił mi na bycie "przewodniczką", choć o Wietnamie przed wyjazdem czytałam niewiele.

    Hanoi

    Hanoi poraża ruchem samochodowym. Na pierwszym przejściu, a w zasadzie skrzyżowaniu, bez cienia zebry w okolicy, zastanawiałam się czy przeżyję do końca dnia. Potem przypomniałam sobie co wyczytałam u koleżanki na blogu – „zamknij oczy i idź”. Oczu nie zamknęliśmy, ale weszliśmy na ulicę podążając za tłumem mieszkańców. Próbowałam pamiętać o tym, żeby nie zmieniać tempa, ale za pierwszym razem było to przerażające doświadczenie. Po kilkunastu sekundach znalazłam się po drugiej stronie ulicy.

    Mało tego – dzisiaj piszę ten tekst, co oznacza nie mniej, nie więcej niż to, że da się przeżyć. Po paru godzinach będziecie w stanie łatwo ocenić, kto dopiero dotarł do miasta, a kto zdążył już przyswoić nieco odmienne zasady ruchu. Tu od razu uprzedzę – światła dotyczą tylko samochodów i większych pojazdów – nikt inny nie zwraca na nie uwagi. Poza tym i tak pojawiają się w mieście dość rzadko, więc nie liczcie na taryfę ulgową.

    Nie mieliśmy żadnych rezerwacji, po dotarciu do miasta usiedliśmy w pierwszej kawiarni, która nam się spodobała, podpięliśmy się do Wi-Fi, które jest w Wietnamie powszechnie dostępne, i wybraliśmy hotel na najbliższą noc. Po czym szukaliśmy go przez kolejną godzinę, bo gąszcz ulic wciąga. Warto wspomnieć, że rezerwowanie hoteli najbardziej opłaca się online. Często oferta na booking.com jest zdecydowanie bardziej korzystna, niż w przypadku, gdy wejdziecie do hotelu i zapytacie o cenę.

    Za noc w hotelu w Hanoi – własny pokój z łazienką, klimatyzacją, telewizją, Wi-Fi i lodówką płaciliśmy średnio po 8 dolarów od osoby. Cena gwarantowała też śniadanie, ale i tak jedliśmy na mieście i jak najbardziej polecamy tę opcję, jako że hotele serwują „standard” – bułki, sery, wędliny. Nie po to przelecieliśmy pół świata, żeby nadal jeść jak Europejczycy, zwłaszcza gdy wokół roztaczał się zapach smażonego szpinaku wodnego, mięsa, tofu, makaronów, jajek i innych rarytasów.

    Pierwsze dwa dni

    Przez pierwsze dwa dni starannie wybieraliśmy miejsca w których będziemy jedli. Nasłuchałam się o zatruciach pokarmowych i nie chciałam stracić ani godziny z 8 dni, które miałam do dyspozycji. Szybko jednak przekonaliśmy się, że warto dać szansę miejscom, które otwierają się na rogach ulic, prowadzonych przez rodziny. W jednym z takich miejsc za gotowanie odpowiadała babcia, a mąż z żoną zarządzali całą resztą. To tam zrozumiałam, że Wietnamczycy szalenie szanują kobiety. Wielokrotnie w różnych barach i restauracjach to kobieta była odpowiedzialna za zarządzanie co, jak i gdzie.

    Bez cienia sprzeciwu ze strony mężczyzny – to on podawał posiłki, donosił piwo, kobieta pytała jak smakowało, ich mama siedziała na małym plastikowym stołku przygotowując pyszny szpinak wodny, doskonały ryż i tofu, które smakowało mi jak nigdy dotąd. W Hanoi nie zwiedzaliśmy, raczej snuliśmy się po mieście bez celu, zaglądając do sklepików, odkrywając wietnamskie specjały i pijąc hektolitry kawy. Smakosze kawy – nie wahajcie się. Za nieco mniej niż dolara wypijecie w Wietnamie kawę życia. My zawsze wybieraliśmy czarną, z lodem, bez cukru i bez skondensowanego mleka, bo nie chcieliśmy rezygnować ze specyficznej gęstości i oleistości.

    Nigdy nie byłam maniaczką kawy, mogę spokojnie zacząć i przetrwać dzień bez niej, ale na pewno nie w Wietnamie. Jak przystało na turystów możecie też wypożyczyć rower wodny, kupić kokosa i popływać po jeziorze w centrum miasta. Leniwie pedałując nogami będziecie mieli okazję zobaczyć miasto z nieco innej perspektywy. Plus zapewnia to niesamowite widoki ludzi w każdym wieku uprawiających tai-chi w parku, dzieci bawiących się we wszystko i lekko oszołomionych tym wszystkim turystów.

    Po trzech dniach

    Po trzech dniach w Hanoi, nieco skołowani wielkim miastem (7,5 miliona mieszkańców + turyści) zapragnęliśmy plaży i morza, które działa jak najlepsze katharsis. Początkowo planowałam wybrać się do zatoki Ha Long. Po krótkiej rozmowie z właścicielką hostelu zdecydowaliśmy się jednak wybrać na wyspę Cat Ba. Zarezerwowaliśmy autobus, hotel i ruszyliśmy. Jak zarezerwujecie przez hostel będzie prościej, ale przepłacicie. Ciągle nie są to powalające koszty – około 14 dolarów od osoby. Na miejsce dotarliśmy popołudniu i pierwsze określenie, które przychodzi do głowy to – resort.

    Miasteczko przystosowane do turystów, gdzie praktycznie każda restauracja ma w menu burgery albo makaron, nazwany „pasta”. Od razu skreśliliśmy podobne miejsca z listy potencjalnych miejsc żywienia. Po wyjściu nieco poza strefę głównego deptaku znaleźliśmy miłe miejsce prowadzone przez uroczą kobietę z przepiękną córką. Ostrzeżenie – wietnamskie dzieci są przepiękne. Nim się obejrzyjcie możecie zapragnąć ukraść jedno z nich. Następnego dnia rano wybraliśmy się na plażę. Pomimo dużej ilości ludzi kręcących się po mieście ku naszemu zaskoczeniu plaża była praktycznie pusta. Piasek i zatokę dzieliliśmy z jeszcze jedną parą. Cisza, szum morza, słońce i wspaniały widok – czego chcieć więcej? Zapamiętajcie to i wstańcie rano, po powrocie na plażę po lunchu zastaliśmy tam hordy ludzi, dzieci i grup zorganizowanych. Jeżeli chcecie się kąpać po zmroku zróbcie to szybko, bo zatoki są kontrolowane, strażnicy świecą latarką i pokrzykują, że nie można się kąpać. Kiwnijcie głową i korzystajcie z szalonych chwil gdy nie patrzą ;).

    Dwa dni

    Dwa dni słodkiego nic nierobienia i napawania się morzem pozwoliły na naładowanie akumulatorów. Ile można siedzieć na plaży, gdy nieuchronnie zbliża się czas powrotu? Gdy zobaczyłam w Internecie to zdjęcie: http://north-vietnam.com/wp-content/uploads/2015/09/tam-coc-ninh-binh-vietnam.jpg pomyślałam, że muszę zobaczyć Ninh Binh. Droga z Cat Ba zajęła w sumie 5 godzin. Ten odcinek podróży pokonaliśmy lokalnym autobusem, co stanowiło nie lada przeżycie. Najwyraźniej przystanki nie są zaznaczone w wyraźny sposób, ale każdy wie gdzie i o której ma się pojawić.

    Myślicie, że jak w autobusie wszystkie miejsca są zajęte, to nikt więcej się nie zmieści? Nic bardziej mylnego. Jak z kapelusza asystentka kierowcy wyciąga małe plastikowe zydelki na których siadają kolejni podróżni. Ja nie narzekałam, ale jak się ma więcej niż 180 centymetrów wzrostu i nie zajmie się miejsc z tyłu to można się nacierpieć.

    Ninh Binh

    W samym Ninh Binh darowaliśmy sobie największą turystyczną atrakcję – spływ kajakami. Wypożyczyliśmy skuter i pierwszego popołudnia poszwendaliśmy się po okolicy, po czym pomknęliśmy do miasta Ninh Binh, oddalonego o kilka kilometrów. Parę razy zastanawiałam się czy to naprawdę już ten moment, gdy tracę życie, ale nie tylko udało nam się dotrzeć do celu, ale też po drodze skręciliśmy w lewo w gąszczu ciężarówek i innych skuterów. Koniec końców po serii skrętów wedle zasady „koniec języka za przewodnika” dotarliśmy do miejsca, gdzie w zasięgu wzroku były tylko warsztaty zajmujące się drewnem, żadnej restauracji i powoli zaczynało się ściemniać. W końcu zobaczyliśmy coś, co mogło uchodzić za restaurację. Puste i zamknięte, ale wokół siedzieli ludzie.

    Językiem gestów dowiedzieliśmy się, że nas nakarmią. Wyciągnęłam moją karteczkę z informacją o wegetarianizmie, pani popatrzyła, poszła do drugiej pani, zaczęły debatować, by po paru minutach kiwnąć głowami i powiedzieć, że się powiedzie. Nie dostaliśmy żadnego menu, panie zniknęły w kuchni. Siedzieliśmy jak na szpilkach, aż w końcu mój partner wykrztusił z siebie: „wiesz, wydaje mi się, że jesteśmy w restauracji rybnej”. Postanowiłam nie wierzyć i zaczekać na jedzenie. Dostaliśmy miskę ryżu, miskę szpinaku wodnego, omlet i zupę, której oleista konsystencja była więcej niż frapująca.

    Okazała się zupą rybną, która absolutnie nie śmierdziała rybą. Pyszną, sycącą, aromatyczną i lekką. Wegetarianizm został zawieszony, nie ma opcji, żebym w Wietnamie padła z głodu albo nie spróbowała, jak się później okazało, jednej z najlepszych zup w życiu. Za cały posiłek dla dwóch osób zapłaciliśmy jakieś 6 dolarów. Po raz kolejny przekonując się, że całe to opowiadanie, że najpierw dowiadujemy się o cenę, a dopiero później zamawiamy, można włożyć między bajki. Jeżeli zachowujesz się jak człowiek, to potraktują Cię jak człowieka. Zwłaszcza jeżeli jesteś w miejscu gdzie nieczęsto trafiają turyści.

    Jaskinie

    Kolejnego dnia wybraliśmy się zobaczyć jaskinie. Są one położone w górze leżącego smoka. Zaciekawieni smokiem i schodami wijącymi się wokół wzgórza, widocznymi z trasy dojazdowej zaczęliśmy powoli się po nich wspinać. Gdyby ktoś ostrzegł mnie na dole jak długa jest to wędrówka, to pewnie bym odpuściła. Jednak już w połowie trasy zapomina się o lepkim powietrzu, ogromnej wilgotności i temperaturze oscylującej w granicach 34 stopni. TEN widok. Trudno jest powiedzieć sobie „idź dalej, będzie jeszcze lepiej”, bo człowiek myśli, że to już wszystko, że lepiej nie będzie.

    Jest. Uwierzcie na słowo. Widok na dolinę zabiera wszystkie wasze zmartwienia, troski, obawy i napełnia tak ogromnym szczęściem, że trudno to w zasadzie opisać. Nie wybierajcie się tam w klapkach. Niby oczywistość, ale na samej górze, przy smoku, nie ma nawet łańcuchów ochronnych. Jak spadniecie, to lecicie dobre 400 metrów w dół. Szkoda tak stracić życie.

    Choć teoretycznie wybrałam się do Wietnamu w porze deszczowej padało tylko raz. Za to totalnie. Przemoczeni do kości cieszyliśmy się ostatnią nocą w Hanoi, w towarzystwie kobiety serwującej piwo po 25 centów za kubek i napawaliśmy się gwarem miasta. Czuję, że już tekstu jest za wiele, a opowiadać mogłabym jeszcze godzinami dlatego napiszę tylko – jedźcie otwarci i chłońcie ten wspaniały kraj. Ludzi, których miła energia promieniuje i sprawia, że niemożliwe jest nieuśmiechanie się, jedzenie, które pachnie i karmi do samego wnętrza i samo miejsce, które emanuje magią.

    Joanna KOWALIK & Piers ERBSLOEH

    Zdjęcia: Joanna Kowalik & Piers Erbsloeh ( https://www.facebook.com/sparkleponytv/ )






















    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY