Co się dzieje, kiedy patrzysz w lustro?

Co się dzieje, kiedy patrzysz w lustro?

Co się dzieje, kiedy patrzysz w lustro i wydaje ci się, że nie rozumiesz osoby po drugiej stronie? Jest tak, że patrzysz na siebie w tym lustrze i wydaje ci się, że jesteś albo grubsza albo brzydsza, albo – co gorsza – głupsza. Zaczynasz patrzeć na siebie jak na niedojdę, a całe zło tego świata w twoich oczach jest twoją winą?

Przecież tyle rzeczy mogłaś zrobić lepiej, inaczej, szybciej? Miałaś tak kiedyś? Nie wiem, ile mogłabym wymieniać w swoim życiu sytuacji, opowiedzieć ci historii, które zmuszały mnie do jednego myślenia, jesteś nikim. O ile to było myślenie to krzywdziłam siebie na rożne psychiczne sposoby. Jednak po jakimś czasie okazało się, że niszczenie siebie psychiczne nie wystarcza i szukałam innych sposobów na ukaranie siebie za to, jaka gruba, nieudolna i głupia jestem. Cóż bywały dni, w których nie jadałam, a brzuch bolał mnie tak, że zastanawiałam się, kiedy z bólu wybuchnie. Innego dnia karą był spacer do pracy w mrozie 7km, kiedy docierałam do pracy miałam ochotę z zimna rozlecieć się na miliony kawałków. Jednak to był dopiero początek i moje niczym nie ograniczone pomysły, co sobie mogę jeszcze zrobić dopiero się rozkręcały. Moja najgorsza droga męczenia siebie zaczyna się w dniu, w którym pierwszy raz użyłam narzędzia do tego, aby wymierzyć sobie karę.

Nie umiem podać ci jakiegoś konkretnego dnia, co się mogło przyczynić do tego, że upadłam tak nisko. Dzień jak co dzień, po pracy pojechałam na zakupy spożywcze, zatankować samochód, ogarnąć swoje sprawy urzędowe. I nic nie wskazywało na to, że po raz kolejny nie zrobię czegoś tak jak powinnam. Czasem miałam wrażenie, że są we mnie dwie osoby: kat i ofiara, które ze sobą rozmawiają, niestety dość trudne są te rozmowy. I każda z tych osób widzi moje życie z innej perspektywy. Ale wracając do tego dnia, po powrocie do domu, zobaczyłam ile rzeczy kupiłam, połowa wydawała mi się zbędna, druga połowa wydawała mi za droga. Dodatkowo nie zdążyłam załatwić wszystkiego i tak dalej, i tak dalej, po 10 min byłam na siebie tak wściekła, że nie potrafiłam opanować siebie.

Wstąpiła we mnie ta druga i patrząc w lustro widziałam w jej oczach nienawiść i słyszałam w wymownej ciszy: ty idiotko. Sięgnęłam po pasek od spodni i zaczęłam okładać się nim jak oszalała. Był cienki, ból był straszny, ale dość szybko zauważyłam, że przynosi ukojenie. Ukojenie, którego nie dawało mi nic do tej pory. Po całym akcie kary, moje nogi, ręce, w sumie ciało, bo biłam się gdzie popadnie, były czerwone i w pręgi, które z czasem zaczęły podchodzić siniakami. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam, nie tę wściekłą, okrutną twarz, tylko zapłakane, zmęczone oczy i twarz pełną spokoju. Ocknęłam się z tego szaleństwa i zobaczyłam, co zrobiłam, pomyślałam, że jestem ostro walnięta i, że już nigdy więcej tego nie zrobię. Pomyślałam, że to nie jest normalne. Jednak jak mam być z tobą szczera ulga, jaką poczuły obie osoby uwięzione w moim ciele była ogromna. A ja zaczęłam się zastanawiać, czy aby to nie był najlepszy pomysł karania siebie w końcu kilka minut bólu, ale ulga ogromna. I tak moje życie stawało się coraz bardziej zawiłe, mroczne, a ja udawałam przed światem, że wszystko jest dobrze.

Zastanawiam się o czym teraz myślisz? Jeśli o tym, czy to był jeden raz, to od razu dam Ci odpowiedź: nie był. Ani przed ostatni też nie był. Biczowałam się skakanką, kablem, czym tylko mogłam. Jednak z czasem moje winy w moich własnych oczach były coraz większe, a ja nie potrafiłam już skutecznie się karać. Wiem jak to brzmi, ale w mojej głowie kara musiała być adekwatna do winy, a z czasem nie była. Może dlatego, że moje dłonie, nogi przyzwyczaiły się do tego co robię, blizny nałożyły na moje ciało panel ochronny, ale niestety nie bolało, nie chciałam żeby nie bolało, powinnam cierpieć, bo jak człowiek robi coś złego, to powinien ponieść tego karę. Tak właśnie uważałam. Dopuszczałam się więc wobec siebie coraz gorszych kar. Nie wiem, czy powinnam albo czy chcę o wszystkim mówić. Kiedyś prawie ucięłam sobie palec tylko dlatego, że zgubiłam nowy pierścionek, prezent od męża, zakładając, że on nie miał pretensji, ja je miałam sama do siebie. Każdy dzień był gorszy, każdy dzień stawiał przede mną nowe wyzwania, a ja miałam wrażenie, że nie jestem w stanie im sprostać i powinnam lepiej je wykonywać, na dodatek zadania, które w moich oczach były banalne. Przecież każdy by zrobił to lepiej, ale nie ja.

Wspomniałam o mężu. Tak, nie byłam sama, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie był w stanie wyobrazić sobie, ile można zrobić sobie krzywdy. Mój mąż nie brał pod uwagę, że jestem zdolna to takich zachowań, dlatego tak łatwo wierzył mi w moje historie. Nawet jeśli one były niedorzeczne. Nawet jeśli one nie trzymały się kupy, ale ich irracjonalność była lepsza niż uwierzenie, że jestem w stanie męczyć moje ciało w taki sposób. Mijały miesiące, moje ciało uodparniało się na walkę, jednak miałam już coraz mniej miejsca na swoim ciele, które nie byłoby czarne. Nawet jak było ciepło nosiłam długie spodnie z materiału i cienką koszulę. Przecież nie mogłam każdemu się tłumaczyć. Stwierdziłam, że skoro mój mąż nie docieka, inni nie powinni widzieć. Chociaż niektórzy, chyba uważali, że to on mnie bije. Kiedy pierwszy raz spotkał się z tym stwierdzeniem, wściekł się strasznie i w sumie nie wiem dlaczego, wiedział, że to nie jest prawda, a ja no cóż unikałam wszelkich tłumaczeń, jak tłum dostał winnego, ja miałam spokój. Ja kompletnie nie widziałam tego, że mam problem.

Kompletnie nie widziałam tego, co robię i co gorsza, co mogę sobie jeszcze zrobić. Pewnego dnia, gdy w pracy po tygodniu głodówki zemdlałam, wezwali karetkę, po przejeździe sanitariusze musieli mnie zbadać i świat w końcu zobaczył, to co skrywałam pod ubraniem. Oczom ich ukazały się pocięte nadgarstki, sine ręce, pręgi po kablu, siny, pokaleczony brzuch, ponacinane uda, sine łydki, plecy poranione od biczowania, sine palce u nóg, powyrywane paznokcie. Obraz nędzy i rozpaczy. Obudziłam się w szpitalu, nie chciałam mówić ani o sobie, ani o tym skąd to mam. Mój mąż przyjechał do mnie, nie widział co się stało. Milczałam, nie chciałam tego wszystkiego nikomu tłumaczyć. Do momentu jak o wszystko został oskarżony mój mąż. Krzyczał, żebym wszystko powiedziała, krzyczał, że to nie on.

Zrozumiałam w końcu, że krzywdzę jego, ale dalej nie rozumiałam, że krzywdzę siebie. Po kilku dniach powiedziałam wszystko lekarzowi, miałam wrażenie, że mi nie uwierzył, zapytał na koniec, czy jestem tego pewna. Odpowiedziałam, że tak, poddałam się leczeniu psychiatrycznemu, ale już nigdy nie zobaczyłam swojego męża. Nawet na sprawie rozwodowej się nie pojawił. Dziś jestem silniejsza, ale jeszcze spotykam w lustrze ten wzrok i wiem, co mówi ta wymowna cisza, ale wtedy ja odwracam głowę i udaję, że nie rozumiem.

Każdy z nas jest kowalem własnego losu, ja wzięłam sobie to za bardzo do serca i postanowiłam być dla siebie i katem. Widziałam tylko swoje błędy, na dodatek dotkliwie się karałam za to, że w lustrze nie widziałam ideału. Dziś widzę, ile mnie to kosztowało, czy i jak dziś sobie radzę, to moja tajemnica, ale pamiętaj – nie ma ideałów, nie ma i nie będzie. Ale ty bądź dla siebie przyjacielem, katów mamy w życiu pod dostatkiem.