Więcej...

    Elegancja rodzi się z harmonii dobrego światła, materiału i proporcji

    Interesuje ją przestrzeń, która buduje doświadczenie człowieka i może stać się naturalnym środowiskiem dla sztuki. Właśnie dlatego od początku jej drogi zawodowej architektura, sztuka i działalność kuratorska wzajemnie się przenikają.

    Anna Krauss: Czy masz wykształcenie związane z projektowaniem wnętrz?

    Kamila Sitak: Tak, jestem architektem wnętrz z wykształcenia i z praktyki zawodowej. W mojej pracowni Artkam od lat powtarzam zdanie, które stało się jej nieoficjanym mottem: „wnętrza do sztuki, sztuka do wnętrz”. Oznacza ono, że przestrzeń i sztuka powinny pozostawać w dialogu. Architektura wnętrz nie jest dla mnie dekorowaniem przestrzeni, ale jej świadomym kształtowaniem, gdzie forma wynika z funkcji – pracą z emocjami, proporcją, światłem, materiałem, akustyką i funkcją. Interesuje mnie przestrzeń, która buduje doświadczenie człowieka i może stać się naturalnym środowiskiem dla sztuki. Właśnie dlatego od początku mojej drogi zawodowej architektura, sztuka i działalność kuratorska wzajemnie się u mnie przenikają. Drugi brand, który prowadzę, Artdorre – to drzwi do sztuki.

    Moja droga edukacyjna zaczęła się na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, a następnie kontynuowałam studia na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, gdzie ukończyłam Architekturę Wnętrz ze specjalnością projektowanie wnętrz i wystaw w pracowni prof. Henryki Noskiewicz-Gałązki. Już wtedy bardzo interesowała mnie relacja między przestrzenią a sztuką prezentowaną w jej obrębie. Długie rozmowy podczas korekt z komunikacji wizualnej u niewidomego już w tym czasie prof. Andrzeja Dłużniewskiego pobudzały moją wyobraźnię i percepcję do granic przegrzania systemu.

    Jeszcze w trakcie studiów wydarzyła się historia, która miała duży wpływ na mój rozwój artystyczny. Do aukcji charytatywnej ASP w Warszawie zgłosiłam swoje obrazy – były to tak zwane „prace z teczki”. Ku mojemu zaskoczeniu jeden z nich, z rekomendacji rektora uczelni, trafił na wystawę w Monachium. Dzięki temu otrzymałam wyróżnienie w europejskim konkursie dla młodych malarzy “Golden Kentaur” i stypendium Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, gdzie mogłam dalej rozwijać swoją pasję malarską i pierwszy raz miałam zaszczyt prezentować swoje malarstwo w międzynarodowym środowisku.

    Studia były dla mnie także czasem bardzo intensywnej praktyki w środowisku sztuki współczesnej. Współpracowałam z Jerzym Kędziorą, pełniąc funkcję kuratora i menedżera przy jego projektach artystycznych, a przede wszystkim chłonąc wiedzę od Mistrza. Następnie pracowałam w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski jako asystentka kuratorek programu Artist in Residence, ucząc się od Iki Sienkiewicz-Nowackiej, Marianny Dobkowskiej, Agnieszki Sosnowskiej i Anny Ptak, jak funkcjonują międzynarodowe rezydencje artystyczne.

    Wiatru w żagle dał mi udział w studiach podyplomowych „Zarządzanie dla Twórców, Artystów i Animatorów Kultury” na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, których inicjatorką i autorką jest Pani Maria Kujcys-Sołobodowska. Program ten pozwolił mi spojrzeć na działalność artystyczną także z perspektywy organizacyjnej i strategicznej – zrozumieć, jak funkcjonują instytucje kultury i jak buduje się projekty artystyczne w szerszym kontekście, a przede wszystkim poznać fantastycznych ludzi, których do dziś nazywam rodziną: siostrami i braćmi.

    Od początku czułam potrzebę patrzenia na sztukę i architekturę szerzej niż tylko przez pryzmat jednej dziedziny. Jako przedstawicielka studentów i starościna roku miałam przyjemność współuczestniczyć w inicjatywie powołania na ASP w Warszawie nowego wydziału – Nowych Mediów.

    Dziś te wszystkie doświadczenia – architektura wnętrz, praktyka artystyczna, praca kuratorska i kontakt z instytucjami sztuki – naturalnie spotykają się w mojej działalności. Projektuję wnętrza, tworzę obrazy, współtworzę projekty wystawiennicze i rozwijam inicjatywy na styku sztuki, architektury i nowych technologii. Mam ogromną potrzebę robienia wszystkiego, czego się podejmuję, całym sercem. Jednocześnie wciąż mam poczucie, że bardzo wiele jeszcze przede mną – i że najważniejsze jest nieustanne uczenie się i próba dorównania poziomowi swoich autorytetów.

    Ukończyłam również kurs MBA w Quest Change Managers i już myślę co dalej… (mózg to mięsień- trzeba ćwiczyć)

    Jednym słowem: sztuka życia. 🙂

    Od jeździectwa przez architekturę wnętrz po malarstwo i kuratorstwo… Czy w swojej historii znalazłbyś moment, który był przełomowy dla Twojego podejścia do sztuki?

    Myślę, że jednym z najważniejszych momentów w moim życiu był dość poważny upadek z koniem (pół żartem, pół serio, kwituję tę sytuację mówiąc – dobrze, że mój koń wylądował mi na plecach i nic mu się nie stało , bo był bardzo drogi i nie mój). Po wypadku obudziłam się w szpitalu i bardzo dokładnie pamiętam tę chwilę – leżałam, patrząc w biały sufit i próbowałam sobie przypomnieć, jak mam na imię. Kiedy wróciła świadomość, pojawiła się też bardzo konkretna myśl: co będę w życiu robić, jeśli problem pojawi się jeszcze raz i w pełni sprawne zostaną mi tylko głowa i ręce?

    Jeździectwo było wtedy ogromną częścią mojego życia i absolutnie nie było tylko hobby. Byłam członkinią kadry narodowej w ujeżdżeniu, trenowałam bardzo intensywnie i z tą dziedziną wiązałam swoją przyszłość. Taniec z koniem do muzyki – czyli ujeżdżenie w formie freestyle – był dla mnie niezwykłym doświadczeniem pracy z rytmem, ruchem i koncentracją. To także właśnie w tym środowisku zarobiłam pierwsze w życiu pieniądze. Czas spędzałam w ośrodku przygotowań olimpijskich, a wielu moich znajomych z tamtych lat dziś startuje na arenach międzynarodowych. Zawsze, kiedy odbywają się duże zawody czy letnie igrzyska olimpijskie, na chwilę znikam ze świata i z ogromnym wzruszeniem trzymam za nich kciuki. Te piękne długie fraki, meloniki i białe rękawiczki… to jest po prostu magia.

    Ten wypadek uświadomił mi jednak bardzo wyraźnie, że nawet największa pasja sportowa może się kiedyś skończyć. Zaczęłam więc układać w głowie plan B. Najpierw myślałam o chirurgii plastycznej – fascynowała mnie precyzja, praca z formą i możliwość realnego wpływu na czyjeś życie (ta chirurgia po wypadkach, nie estetyczna). Z czasem jednak coraz bardziej naturalnym kierunkiem stała się architektura wnętrz. Wiedziałam też, że pogodzenie wymagających studiów medycznych z intensywnym treningiem jeździeckim byłoby praktycznie niemożliwe. Ostatecznie jeździectwo uprawiałam czynnie jeszcze do trzeciego roku studiów, kiedy to złośliwość ludzka pokonała mój talent i udowodniła, że w tym sporcie dla mnie miejsca już nie ma.

    Od dziecka próbowałam wielu rzeczy. Na chwilę nawet otarłam się o ognisko baletowe w Częstochowie i pamiętam swój pierwszy – i jedyny – występ na deskach Filharmonii Częstochowskiej. To doświadczenie było dla mnie na tyle symboliczne, że wiele lat później moja pierwsza indywidualna wystawa w Polsce musiała się odbyć właśnie w tym miejscu – trochę jak drugi akt.

    W naszej rodzinie do dziś krąży też anegdota o moim tacie, który powtarzał: „dziecko, nie maluj”. A ja rysowałam i malowałam właściwie od zawsze. W końcu dał się przekonać i zapisał mnie na prywatne lekcje do Magdy Snarskiej.

    Patrząc z perspektywy czasu widzę, że sport nauczył mnie czegoś niezwykle ważnego – żelaznej dyscypliny, pokory i wytrwałości. W ujeżdżeniu nie da się niczego przyspieszyć ani oszukać – wszystko buduje się latami. Myślę, że właśnie ta szkoła myślenia została ze mną do dziś w pracy twórczej.

    Czasem jednak największe przełomy w życiu nie są zaplanowane. Po prostu nas znajdują – i dopiero po latach rozumiemy, że to one otworzyły zupełnie nowy rozdział naszej drogi.

    Z perspektywy czasu myślę, że sport nauczył mnie czegoś fundamentalnego: harmonii między dyscypliną a intuicją. Dokładnie tej samej równowagi szukam dziś w architekturze i w malarstwie. W pewnym sensie nadal tańczę – tylko w innej przestrzeni.

    Twoja działalność obejmuje malarstwo, projektowanie wnętrz i kuratorowanie wystaw. Jak te trzy obszary wzajemnie na siebie wpływają i czy traktujesz je jako jedną spójną formę twórczości?

    Dziś powiedziałabym najprościej: zajmuję się sztuką życia. Architektura i sztuka są dla mnie dwiema stronami tej samej opowieści. Od początku prowadzi mnie motto mojej pracowni: „wnętrza do sztuki, sztuka do wnętrz”. Z jednej strony projektuję przestrzenie, które są świadomym tłem dla sztuki i miejscem wyrażania emocji ich użytkowników. Czasem są to obrazy, ale równie często pamiątki rodzinne, przedmioty z historią czy rzeczy, które budują osobistą narrację domu czy przestrzeni użyteczności publicznej. Z drugiej strony staram się wprowadzać sztukę do codzienności – tak, aby była częścią życia, a nie tylko eksponatem w galerii.

    Z tej idei narodziła się również marka Artdorre – „drzwi do sztuki”. To projekt, w którym architektura, malarstwo i nowe technologie spotykają się w jednym miejscu. W jego ramach powstają między innymi drzwi z moją autorską sztuką, rozwijam pracownię malarską oraz galerię VR, która pozwala pokazywać sztukę w przestrzeni wirtualnej i tworzyć zupełnie nowe doświadczenie odbioru.

    Równolegle staram się przemycać swoje historie i inspiracje także w projektach użytkowych. Doskonałym przykładem jest kolekcja tapet EQUUS, którą zaprojektowałam dla One Wall Design. To bardzo osobisty projekt – na wzorach tapet pojawiają się subtelne odniesienia do historii polskiego i światowego jeździectwa, a każda z tapet nosi imię słynnego konia, co dodatkowo zachęca do odkrywania historii i symboliki ukrytej w danej grafice. W pewnym sensie jest to kolejny sposób opowiadania o świecie, który mnie ukształtował. Pozostałością po mojej pasji jeździeckiej jest również największy w Polsce Hubertus, który rodzinnie organizujemy na błoniach Olsztyńskiego zamku od ponad 30 lat – zapraszam 18.10.2026 – do Olsztyna pod Częstochową

    Polska ma przeogromny kawał kultury związanej z końmi, dlatego tak bliska jest mi Wasza działalność w Damosferze. Podoba mi się, w jaki sposób łączycie sztukę, modę, tradycję i styl życia, przywracając kulturę elegancji wydarzeniom takim jak wyścigi konne. Ten świat zawsze był dla mnie ważny – nie tylko sportowo, ale także estetycznie (przypominam meloniki, fraki i białe rękawiczki mojej dyscypliny oraz perfekcyjnie wypastowane oficerki, w których wypadało, aby można było się przejrzeć – stąd mogłabym popełnić doktorat ze sposobów pastowania butów… na mokro, na miękko… na gorąco – tak też się relaksuję; są tacy co chodzą na jogę – ja pastuję buty. 🙂

    W mojej percepcji szczególne miejsce zajmuje pani trener Wanda Wąsowska, nazywana słusznie pierwszą damą polskiego jeździectwa. Jej styl, maniery i sposób bycia są dla mnie niedoścignionym wzorem elegancji i klasy. Tu, jeżeli mogę, chciałabym podziękować Magdalenie Krowickiej za to, że nas poznała i to ona jako pierwsza namówiła mnie na pokazanie obrazów na wyścigach w strefie Mody Wyścigowej.

    Dlatego z ogromną przyjemnością pokazuję swoje obrazy w przestrzeniach związanych z wyścigami konnymi i wspieram inicjatywy, które przypominają o tej tradycji – o kapeluszach, stylu i pewnym rytuale elegancji, który kiedyś był naturalną częścią kultury.

    W gruncie rzeczy wszystkie te obszary – architektura, malarstwo, projekty użytkowe, kuratorstwo czy wydarzenia artystyczne – są dla mnie elementami jednej opowieści.

    Jednym słowem znów: sztuka życia.

    Na Twojej stronie www.artkam.com.pl można przeczytać takie zdanie „Elegancja jest atrakcyjna, dojrzała i wyrafinowana, a jednocześnie wciąż dostępna. Elegancja, szczególnie w designie i stylu osobistym, jest jedną z pierwszych cech zauważanych przez osoby postronne co z pewnością wywołuje pozytywne i trwałe pierwsze wrażenie”. Czym dla Ciebie jest elegancja?

    Dziękuję za to pytanie, bo jeśli elegancja jest jedną z pierwszych rzeczy, które zauważacie w mojej pracy czy postawie, to jest to dla mnie ogromny komplement. Myślę, że elegancja jest czymś takim – pierwszym wrażeniem harmonii, które trudno czasem nazwać, ale łatwo odczuć.

    Dla mnie elegancja to przede wszystkim szacunek do miejsca, czasu i ludzi. To postawa, która przejawia się w sposobie bycia, w relacji z przestrzenią i w uważności na detale.

    Bardzo dobrze pamiętam jedną scenę z czasów mojej sportowej przygody z jeździectwem. Podczas Mistrzostw Polski w ujeżdżeniu na torze wyścigów konnych Partynice we Wrocławiu przed startem podeszła do mnie znakomita sędzina tej dyscypliny, pani Anna Małecka, która była również związana z klubem, w którego barwach startowałam. Wzięła chusteczkę i zaczęła przecierać mój but, mówiąc z uśmiechem: „żeby wstydu nie było”. Było zimno, więc konia tuż przed startem nie mogłam już umyć – mój biały koń był po pas ubrudzony błotem z rozprężalni – ale plama na bucie zawodnika reprezentującego klub byłaby już prawdziwym skandalem.

    Pani Anna, która w tamtym czasie szyła również stroje kadry narodowej, często powtarzała zdanie: „elegancja w domu i zagrodzie” zazwyczaj mówiła to w trakcie zdejmowania garnituru i zakładania płaszcza i kaloszy do stajni. I myślę, że to zdanie doskonale oddaje jej istotę. Elegancja nie polega na dekoracji czy pokazie, ale na szacunku do miejsca, w którym jesteśmy i do ludzi, których reprezentujemy.

    W architekturze wnętrz rozumiem to bardzo podobnie. Elegancja rodzi się z harmonii dobrego światła, materiału i proporcji – z jakości, która nie potrzebuje nadmiaru, aby być zauważona.

    Jak w swojej twórczości odnosisz się do współczesnych trendów artystycznych i designerskich?

    W malarstwie właściwie w ogóle się do nich nie odnoszę. To jest mój bardzo osobisty świat. Płótno i ja. Malarstwo jest dla mnie przestrzenią emocji i doświadczeń kobiety, która – jak wiele z nas – wciąż szuka równowagi. Kuratorka Magda Krowicka zatytułowała jedną z moich wystaw „Sztuka równowagi”, choć ja zawsze z uśmiechem dodaję małą korektę: równowagi raczej pragnę, a jej nie posiadam. To jest moja przestrzeń bez masek, bez udawania twardej, bo świat tego czasem od nas oczekuje. To miejsce absolutnej szczerości.

    Architektura wnętrz to już zupełnie inna historia. Tutaj jestem przede wszystkim narzędziem do spełniania marzeń moich inwestorów. Jeśli ich potrzeby wpisują się w aktualne trendy – bardzo się cieszę. Ale punktem wyjścia nigdy nie jest trend, tylko człowiek, jego sposób życia i potrzeby, a to buduje przestrzeń, w której ma się dobrze czuć.

    Zauważam jednak z pewną ciekawością, że ostatnio to trendy zaczęły doganiać rzeczy, o których mówiłam od lat. Na przykład w projekcie Orkana Apartments zaproponowałam deweloperowi, żeby spojrzeć na wnętrza całościowo – odpowiedzialnie pomyśleć o tym, co robimy; projektować tak, aby uniknąć niepotrzebnych przeróbek, zniszczeń i generowania śmieci. Dziś nazwalibyśmy to myśleniem o śladzie węglowym, ale wtedy nie był to jeszcze modny temat.

    Zawsze przede wszystkim ufałam intuicji i szczerości w projektowaniu. I czasem mam wrażenie – mówię to oczywiście z lekkim uśmiechem – że świat powoli zaczyna dostosowywać się do tego, co ja po prostu czułam od dawna.

    A jak adaptujesz na polskim rynku trendy światowe?

    Szczerze mówiąc, coraz rzadziej myślę o tym w kategoriach podziału na „polskie” i „światowe”. Dziś żyjemy w rzeczywistości bardzo wymieszanej kulturowo. Moi inwestorzy często są osobami międzynarodowymi (ekspatami) albo po prostu dużo podróżują, mieszkali w różnych krajach i przywożą ze sobą różne doświadczenia przestrzeni. Ja sama jestem ogromną miłośniczką podróżowania i poznawania wielu kultur, nierzadko zdarza się również, że kierunki moich podróży wybieram z klucza architektury i wnętrz, które chcę doświadczyć (moje top 3 hoteli na świecie: Penta – Wiedeń, Stamba – Tibilisi i Mondrian – Doha; tego ostatniego jeszcze nie odwiedziłam). W takim świecie granice estetyczne właściwie się zacierają.

    Myślę też, że Polacy są bardzo ciekawi świata i jednocześnie niezwykle kreatywni. Lubimy się wyrażać – także poprzez przestrzeń, w której żyjemy. Dlatego zawsze uważałam, że próby zbyt daleko idącej standaryzacji wnętrz czy narzucania pakietów wyposażenia nie do końca pasują do naszej kultury.

    My już kiedyś mieliśmy doświadczenie podobnej standaryzacji w czasach PRL-u, więc dziś naturalnie szukamy indywidualności. I paradoksalnie bardzo pomaga mi w tym powrót do pracy z materią i haptyką.

    W procesie projektowym często zaczynam od moodboardów, czyli fizycznych kompozycji materiałów – próbek kamienia, drewna, tkanin czy metalu. Klient może je zobaczyć, ale przede wszystkim dotknąć. Bo w projektowaniu wnętrz jest sporo prawdy – kiedy ktoś poczuje materiał, jego fakturę czy temperaturę, nagle wie: „to jest moje, w tym się dobrze czuję”.

    Czasem zachęcam inwestorów nawet do zdjęcia butów czy skarpetek i sprawdzenia: po jakiej podłodze naprawdę chcesz chodzić, jakie materiały ma czuć Twoje dziecko lub czego nie zniszczy Twój pies.

    Taki moodboard pozwala nam jednocześnie zapanować nad stylistyką całej przestrzeni i uniknąć przypadkowych decyzji podejmowanych tylko dlatego, że coś jest modne albo dobrze wygląda na zdjęciu w Internecie.

    Bardzo podoba mi się też zmiana, którą ostatnio obserwuję u klientów. Coraz częściej słyszę zdanie: „nie chcę tego tylko dlatego, że jest modne – to nie jest moje”. Zamiast tego dają się zaprosić do małej wspólnej podróży odkrywania – co naprawdę czują, co jest im bliskie i co sprawia, że przestrzeń staje się ich własna.

    Miałam przyjemność projektować jakiś czas temu apartament w słynnej „Kostce” Haliny Skibniewskiej na Sadach Żoliborskich. Inwestor spędził część życia na berlińskim Kreuzbergu, wśród starych kamienic i hipsterskich wnętrz. Kiedy powiedziałam mu, że królową tego projektu musi być lastryko, wszedł w ten pomysł jak w dym i powstało świetne wnętrze, które pasowało do klimatu budynku: zachowało część oryginalnych elementów, a jednocześnie wyrażało klienta.

    I kiedy w pewnym momencie pada zdanie: „to czuję, to jest moje, tego chcę” – wiem, że projekt zaczyna być naprawdę prawdziwy i zaczyna się zabawa.

    Od zawsze marzyłaś o pracy związanej ze sztuką?

    Szczerze mówiąc – nie. Od zawsze marzyłam raczej o olimpiadzie. Wydawało mi się, że moja droga będzie związana przede wszystkim ze sportem i przez długi czas wszystko na to wskazywało.

    Dziś patrzę na to z pewnym uśmiechem i myślę, że być może w tym wcieleniu nie było mi dane wystąpić na igrzyskach. Choć życiorys pani Wandy Wąsowskiej czy Diany Nyad pokazuje, że nigdy nie należy mówić „nigdy” – w sporcie i w życiu czas potrafi płynąć trochę inaczej, niż zakładamy.

    Z perspektywy czasu widzę jednak, że sztuka była gdzieś bardzo blisko od samego początku. Nie zawsze jako świadomy plan, raczej jako naturalna potrzeba tworzenia, patrzenia na świat uważniej, próby zrozumienia emocji i przestrzeni.

    Myślę, że są takie drogi w życiu, które nie tyle wybieramy, ile stopniowo odkrywamy. I trochę tak było u mnie. Z czasem okazało się, że wszystkie moje doświadczenia – sport, wrażliwość na ruch i rytm, fascynacja przestrzenią – zaczynają się spotykać właśnie w sztuce i architekturze.

    Dlatego dziś mam poczucie, że nie tyle zaplanowałam pracę w sztuce, ile po prostu pozwoliłam tej drodze się wydarzyć.

    Czy Twoje podejście do aranżacji wnętrza się zmienia?

    Tak, zdecydowanie. Myślę, że to bardzo naturalny proces – wraz z doświadczeniem zmienia się sposób patrzenia na przestrzeń.

    Od początku studiów miałam jednak dość realistyczne podejście do projektowania. Pamiętam, że kiedy profesorowie zachęcali nas do projektowania bardzo spektakularnych, wręcz nierealnych rozwiązań, często odpowiadałam trochę przekornie: „Panie profesorze, ale kto mi za to zapłaci?” Zawsze interesowało mnie to, czy przestrzeń naprawdę będzie działać w życiu – nie tylko na rysunku, makiecie czy wizualizacji.

    Z czasem zmieniło się raczej to, na co zwracam największą uwagę. Dziś dużo większą wagę przywiązuję do rzeczy, które nie zawsze są od razu widoczne – do światła, proporcji, materiału, akustyki czy sposobu poruszania się w przestrzeni. Coraz bardziej interesuje mnie to, jak wnętrze działa na człowieka w codziennym życiu, jakie emocje budzi i czy naprawdę pozwala mu odpocząć.

    Zmieniło się też moje podejście do roli architekta. Coraz częściej czuję, że jestem trochę jak tłumacz emocji i potrzeb inwestora – ktoś, kto pomaga przełożyć jego sposób życia, wspomnienia czy marzenia na język przestrzeni.

    I chyba właśnie to jest w tej pracy najpiękniejsze – że każde wnętrze jest inne, bo za każdym razem opowiada historię innego człowieka.

    Jeśli tak, to czego to kwestia? Dlaczego według Ciebie zmienia się to podejście?

    Myślę, że przede wszystkim zmieniają się ludzie – a wraz z nimi ich potrzeby. Architektura zawsze była odbiciem sposobu życia i wymagań epoki.

    Bardzo lubię zdanie szwedzkiego pisarza i myśliciela Augusta Strindberga, który powiedział kiedyś:
    „Jeżeli człowiek przyzwyczai się do pracy przy sztucznym świetle, zapracuje się na śmierć.”

    Jest w tym zdaniu coś niezwykle prawdziwego. Przez lata próbowaliśmy żyć szybciej, intensywniej, bardziej produktywnie – trochę w rytmie sztucznego światła. Dziś coraz więcej osób zaczyna rozumieć, że potrzebujemy równowagi, światła dziennego, przestrzeni i czasu.

    Zmienia się też sposób kontaktu ze sztuką. Kilka lat temu miałam przyjemność współtworzyć jedną z pierwszych w Polsce galerii sztuki w VR. To było niezwykłe doświadczenie, bo nagle okazało się, że osoby z różnych krajów, a także ludzie, którzy z różnych powodów czują się wykluczeni z tradycyjnego świata galerii, mogą z komfortu własnej kanapy wejść w przestrzeń sztuki, spotkać się z artystą i spokojnie porozmawiać o tym, co czują.

    Bo sztuka jest trochę jak wino. Jeśli na mnie działa – to jest moja. Jeśli nie działa – to znaczy, że nie jest dla mnie. A dobre wino, jak mawiają sommelierzy, to przede wszystkim wino wypite, bo smakowało.

    Myślę albo chcę wierzyć, że świat powoli zaczyna wracać do takiej prostoty doświadczenia – do odwagi powiedzenia: to czuję, to jest moje. Trochę w kontrze do rzeczywistości przypominającej momentami Matrix i do świata filtrów czy presji mediów społecznościowych, których – przyznam szczerze – organicznie nie znoszę.

    Jak doświadczenie pracy kuratorskiej i współpracy przy wystawach wpłynęło na Twoje własne myślenie o sztuce i projektowaniu?

    Z przymrużeniem oka mogłabym powiedzieć, że zazwyczaj i tak mam rację – i tak właśnie jest. Ale oczywiście byłoby to bardzo niesprawiedliwe wobec wszystkich osób, z którymi miałam przyjemność pracować i od których tak wiele się nauczyłam.

    Praca kuratorska nauczyła mnie przede wszystkim uważności i pokory wobec dzieła sztuki. Kurator trochę jak architekt przestrzeni musi zrozumieć, jak obraz, rzeźba czy instalacja „oddychają” w danym miejscu, jak światło wpływa na ich odbiór i jak człowiek będzie się w tej przestrzeni poruszał. To doświadczenie bardzo wpłynęło na moje myślenie o architekturze wnętrz – bo w pewnym sensie każde wnętrze jest również rodzajem wystawy życia jego mieszkańców.

    Jednocześnie z biegiem lat coraz mocniej uczę się też słuchać samej siebie. Daję sobie coraz większe przyzwolenie na podążanie za intuicją i za tym, co naprawdę czuję.

    Czasem mówię pół żartem, pół serio, że jestem już w takim wieku, w którym niczego nie muszę i nie mam ochoty niczego udawać ani naginać. I myślę, że to jest bardzo uwalniające – zarówno w sztuce, jak i w projektowaniu.

    Bo kiedy człowiek przestaje próbować spełniać cudze oczekiwania, zaczyna tworzyć rzeczy naprawdę prawdziwe.

    Nad czym obecnie pracujesz i w jakim kierunku chcesz rozwijać markę Kamila Sitak Art w najbliższych latach?

    Chcę rozwijać zarówno Artkam, jak i Artdorre w kierunku tego, co nazywam szczerą sztuką i szczerym projektowaniem wnętrz.

    Bardzo zależy mi na tym, aby zakodować w świadomości ludzi pewną prostą rzecz: do projektu wnętrza powinniśmy podchodzić trochę tak jak do zakupu samochodu. W każdej klasie i w każdej marce można stworzyć coś naprawdę dobrego i spójnego. Najważniejsza jest uczciwość projektu – żeby wszystko było z tej samej opowieści. Jeśli samochód jest dobrze zaprojektowany, to od lusterka po fotel tworzy jedną całość – wiemy, na jaki nas stać i na taką klasę się decydujemy. I podobnie powinno być z wnętrzem – bez doklejania elementów na końcu, bez sytuacji, w której budżet się kończy i nagle wisi żarówka na kablu, bo na lampę już zabrakło.

    Na projekty klasy premium oczywiście się nie obrażam, bo robię również inwestycje opatrzone klauzulą NDA, ale to nie są jedyne wyzwania jakie podejmuję – zawsze zapraszam inwestorów na pierwszą kawę zapoznawcza i jak kliknie taka zwykła ludzka chemia, to działamy, inaczej się nie podejmuję i to nie budżet jest dla mnie wyznacznikiem, a zabawa płynąca z fajnego szczerego projektu.

    Trochę jest to w kontrze do bardzo wyświechtanych haseł warszawskiego rynku typu „projekt premium do apartamentu premium”. Ja chciałabym pokazywać, że architekt wnętrz nie jest fanaberią dla najbogatszych, ale często realną oszczędnością i sposobem na mądre wykorzystanie budżetu. Dobrze zaprojektowana przestrzeń może działać w wielu poziomach finansowych – najważniejsza jest relacja jakości do ceny i uczciwość rozwiązań.

    Oczywiście rynek coraz mocniej idzie w stronę rzeczy określanych jako „premium”, ale ja zdecydowanie wolałabym być kojarzona z myśleniem price quality honest – z projektowaniem, które jest spójne, prawdziwe i dopasowane do życia ludzi.

    Równolegle rozwijam też bardzo osobisty projekt, który stał się trochę moim nowym życiowym hobby. Marzy mi się, aby budynek, w którym mieszkam i tworzę, przy ulicy Ludwiki 1 w Warszawie, odzyskał dawną świetność. To dla mnie coś więcej niż projekt społeczny – raczej długofalowy projekt artystyczno-architektoniczny, który łączy historię miejsca, sztukę i życie codzienne.

    Mam nadzieję, że z czasem stanie się on przestrzenią, która znów będzie żyła – miejscem spotkań, sztuki i dobrej energii.

    Twoje obrazy były prezentowane na wystawach w różnych krajach. Czy międzynarodowy odbiór Twojej sztuki różni się od tego w Polsce?

    Myślę, że sztuka ma pewien uniwersalny język emocji, dlatego wiele reakcji jest podobnych niezależnie od kraju. Ludzie reagują na światło, kolor, ruch czy nastrój obrazu w bardzo intuicyjny sposób.

    Czasami mam jednak wrażenie, że za granicą odbiorcy podchodzą do sztuki z większą swobodą. Nie zastanawiają się tak bardzo, czy „powinni ją rozumieć”, tylko pozwalają sobie ją po prostu poczuć.

    W Polsce wciąż mamy chyba pewien dystans do własnej sztuki i własnych twórców. Może wynika to z historii, może z naszej kultury krytycznego myślenia. Z drugiej strony bardzo podoba mi się to, że młodsze pokolenia zaczynają ten dystans przełamywać – coraz częściej mówią otwarcie: to mi się podoba, to mnie porusza.

    A dla artysty to jest w gruncie rzeczy najważniejsze. Bo sztuka naprawdę zaczyna żyć dopiero wtedy, kiedy ktoś się przy niej zatrzyma i powie: to coś we mnie poruszyło.

    Dziękuję za rozmowę.

    Dziękuję.

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY