Czułam się jak potwór

Czułam się jak potwór
Fot. Pixabay

To było straszne. Nie wiem, dlaczego tak się zachowałam wobec samej siebie. Kiedy dziś siedzę i patrzę w lustro zastanawiam się, co mną kierowało. To trudne pytanie. Czasem człowiekowi wydaje się, że jest panem i władcą swojego życia, że może zrobić z nim totalnie wszystko, co chce. Ja też tak przecież myślałam, ja też uważałam, że będę mogła zrobić ze swoim życiem, co zechcę.

Od samego początku jechałam na ostatnich oparach paliwa, ciągle pracując, mało jedząc albo jedząc śmieciowo. Przegryzałam rogalika, biegnąc rano na spotkanie, wieczorem jakaś pizza, bo po co mam gotować. Tak na zmianę. Miałam miesiące, kiedy jadłam bardzo dużo i miesiące, kiedy nie jadłam w ogóle. Taka to moja trudna historia… Ciekawi Was to? Zapraszam.

Pierwszy raz, kiedy zrozumiałam, że jestem za gruba, to był moment, kiedy dostałam zdjęcia z sesji zdjęciowej naszej firmy. Wszyscy byli w moich oczach piękni, a ja wyglądałam jak wielki balon, który zaraz ma wybuchnąć. Na dodatek mój kolega zażartował, że wyglądam tak, jakbym zaraz miała urodzić. W jego ustach to był żart, w mojej głowie rozpoczął się horror. Patrzyłam na siebie w lustrze po powrocie do domu. Boże, ja byłam ogromna, wydawało mi się, że zaraz pęknę z nadmiaru kilogramów. Stwierdziłam, że muszę coś z tym zrobić, nie mogę tak wyglądać. Jestem młoda i powinnam być piękna. No właśnie, każdy ma swój obraz piękna i każdy ma swój obraz tego, jak chciałby wyglądać. Często jest tak, że w lustrze widzimy coś, co chcemy zobaczyć, a inni widzą to zupełnie inaczej.

Zaczęłam się katować dietami. Maniakalnie ważyłam się na wadze, potrafiłam na nią wchodzić kilka razy dziennie, ale waga nic nie drgnęła. Czułam się sfrustrowana. Po co mi te diety, skoro żadna nie działa – pomyślałam. Ograniczałam wszystko, ograniczyłam słodycze, ograniczyłam węglowodany, ograniczyłam tłuszcze, ograniczyłam wszystko, o czym nasłuchałam się w telewizji. Taka dieta, inna dieta, dzień za dniem, a ja nakręcałam się coraz mocniej. Kupiłam sobie centymetr, mierzyłam się każdego ranka jak chociaż zobaczyłam, że zmniejszył mi się obwód pasa chociaż o centymetr, wariowałam ze szczęścia. Na początku, bo potem wydawało mi się, że centymetr to nic. Nieważne, że miałam już tych centymetrów coraz mniej, chciałam być chuda, chciałam być piękna, a piękny to znaczy chudy. No i tak zabijałam siebie powoli każdego dnia, czarna kawa i znów czarna kawa. Zdarzało mi się nie jeść kilka dni do momentu, aż nie poczułam, że jest mi po prostu zwyczajnie niedobrze. Chociaż jak jadłam, to mój organizm też reagował dziwnie.

Wydawało mi się, że każde jedzenie jest obrzydliwe, a w mojej głowie rodziło się tysiąc myśli. Jak ludzie mogą w ogóle to jeść i tak nakręcałam siebie na to wszystko. Nakręcałam siebie na bycie fit, bo przecież wszystkie reklamy, wszystkie youtuberki, wszystkie panie z Instagrama, Tik Toka, przecież one tylko pokazywały „co jem w ciągu dnia”, „co jem na redukcji”, „co jem, żeby utrzymać wagę”. Ja nie jadłam nic i wydawało mi się, że nie mam ani redukcji wagi, ani nie utrzymuje tej, którą miałam.

Miałam straszne poczucie wstydu, odrzucenia. Wydawało mi się że jestem jak jeden wielki wór ziemniaków. Kto by pomyślał, że to wszystko zmieni się przez jeden wieczór, kiedy moja firma zrobiła nam zdjęcia. Brzydziłam się sobą, brzydziłam się tak bardzo, że kiedy obudziłam się w szpitalu pod kroplówką – usłyszałam, że jestem wycieńczona. Uznałam, że przecież ja mam rację, to oni się mylą, przecież ja wiem, że nic mi nie jest, że jestem obrzydliwym grubasem. To nieważne, że zaczynałam kupować rzeczy w sklepie dla dzieci, nieistotne, że mój nadgarstek mieścił się pomiędzy jednym palcem a dłonią. Byłam wychudzona w oczach innych, ale wciąż gruba w swoich. Przecież odbicie w lustrze się nie zmieniało, tam mi się wydawało, że jestem coraz większa i coraz grubsza.

Boże, jak ja chciałabym być chuda. Myślałam wieczorami, widząc za oknem spacerujące, piękne kobiety z małymi dziećmi, zastanawiam się, jak do cholery jest to możliwe, że one urodziły dzieci i są piękne, szczupłe, a ja bez dzieci mam olbrzymi cellulit, płaty skóry wiszące, wielkie sadło, które przykleiło mi się z jakiegoś powodu do brzucha. Bolało mnie to, co widziałam. Bolały mnie kolejne dni, kiedy jadłam jabłko i je wypluwałam, kiedy chciałam coś spróbować – lizałam i wyrzucałam do kosza. Kiedy moja przyjaciółka w pracy zorganizowała urodziny i musiałam zjeść kawałek tortu, zmusiłam się do tego, żeby go zwymiotować. Byłam wielkim potworem w swoich oczach i nikt, i nic nie było w stanie zmienić tego obrazu, ot tak. Czułam się strasznie, przestałam patrzeć w lustro. Nocami zamiast oglądać serial przy lampce wina, robiłam brzuszki do tego stopnia, że miałam siniaki na plecach. Biegałam do sklepu, w sumie po nic bo i tak nie kupowałam jedzenia. Znałam ilość kilokalorii większości posiłków, produktów, których i tak nie spożywałam. Na dodatek, nie zauważyłam co się stało ze mną, nie widziałam siebie… widziałam tylko tego potwora.

Wielu moich znajomych uważało, że powinnam pójść do jakiegoś specjalisty, bo nie wyglądam dobrze. Mam szarą jak papier cerę, zniszczone włosy i niestety, połowę mniej tych włosów niż miałam, zniszczone paznokcie, dziąsła krwawiły, kiedy myłam zęby. Dla mnie to było wciąż za mało. Chciałam coraz więcej, chciałam chudnąć, przecież dalej chciałam być piękna. Pewnie niewiele by się w moim życiu zmieniło, gdyby nie jeden moment, w którym postanowiłam polecieć do moich znajomych do Hiszpanii. Kiedy wysiadłam na lotnisku, a oni patrzyli na mnie, razem ze swoją małą córką… nie widzieli mnie dość długo. Dziecko zapytało mnie, na co choruję i czy umrę. Oni zastanawiali się, co mi powiedzieć, widziałam to w ich oczach. Słowa dziecka oddały to, co bali się powiedzieć dorośli. Po długiej rozmowie, po godzinach przepłakanych wspólnie, po ich reakcji, po tych wszystkich błędach, zauważyłam, że może warto pójść z kimś porozmawiać.

Nie jestem w stanie do dziś normalnie funkcjonować, niszczyłam siebie i swoje życie. Wielu rzeczy już nie naprawię. Ja chyba sama podświadomie wiedziałam, że muszę coś zrobić, bo tak naprawdę do dziś tłumaczę się, że podjęłam decyzję dzięki małej dziewczynce. Myślę, że zobaczyłam w ich oczach pierwszy raz przeraźliwego kościotrupa, który wysiadł z samolotu. Życie jest piękne a my sami staramy się je na siłę zrobić takim cholernie trudnym. Mnie się udało, ale teraz ciągle walczę o to, żeby było lepiej, o to żebym w lustrze nie widziała ani tego grubasa, ani kościotrupa. Chcę zobaczyć tam siebie, swoje szczęśliwe oczy. To jest chyba moje największe marzenie na ten moment.