Więcej...

    Jak wydoroślałem po stracie moich dziadków

    Minęły już dwa tygodnie od kiedy ich nie ma. Jest już po pogrzebie, po załatwieniu spraw, po traumatycznych wizytach w ich mieszkaniu, które zostało spalone. Budzę się co noc w godzinach, w których zmarli, i zastanawiam się, czy to znak. Dopatrywanie się drugiego dna we wszystkim nie służy, mózg sam się zaprogramował.

    ***

    Był już poniedziałek, godzina 4:20, gdy zadzwoniła do mnie ciotka, bym zszedł do mojej Mamy piętro niżej, ponieważ ma nam coś do przekazania. Pierwsze, o co zapytałem, to o to, czy dziadkowie nie żyją? Nic gorszego na myśl mi nie przyszło, a w tych godzinach może zadzwonić albo pijany z zamysłem zrobienia kawału, albo trzeźwy z nieprzyjemną wiadomością. Ubrałem się, będąc z ciotką cały czas na linii. Zszedłem do mamy i usłyszałem: był wypadek, oboje nie żyją. Telefon przez uderzenie niemal wpadł do sąsiadów piętro niżej, a ja się rozdarłem. Poczułem wielką, ogromną pustkę. Nie byłem w stanie przytulić mojej mamy. Pobiegłem na górę. Starałem się uspokoić, wziąłem tabletkę, którą biorę tylko wtedy, gdy mam ataki paniki. Uspokoiłem się. Zszedłem znowu na dół.

    Paliłem papierosa. Jednego po drugim. Jak nigdy, gdy się stresuję. W głowie miałem tylko jedno: trzeba szybko być w Polsce i załatwić najpotrzebniejsze rzeczy, żeby wrócić i żyć dalej. Już bez nich, ale żyć dalej. Wypisałem na kartce wszystkie rzeczy, które przychodziły mi do głowy. Korzystałem w tym czasie również z porad moich znajomych, którzy pracują w służbach, żeby powiedzieli mi, co robić w takiej sytuacji? Wszyscy stanęli na wysokości zadania.

    ***

    Kartka była już zapełniona wszystkim, czego na tamten moment potrzebowałem. Nadeszła rozpacz. Pozwoliłem się sobie rozpaść, ale u siebie. Piętro wyżej. Czuwała wtedy nade mną przyjaciółka Gosia, która – po przeczytaniu ode mnie wiadomości – zadzwoniła i była ze mną przez ponad godzinę na telefonie. Rozmawialiśmy nie tylko o tragedii, do której doszło, ale – jakkolwiek źle to nie zabrzmi – o pozytywach tej sytuacji. Pierwszym pozytywem, jako romantyka, było to, że w tragicznych okolicznościach, ale odeszli razem. Na zawsze. W wieczną podróż. Drugim było to, że już absolutnie o nic się nie martwią, szczególnie o nas, czyli o tych, którzy są oddaleni ponad 1500 km. Największym ciosem poza ich śmiercią było dla mnie to, że nie zdążyłem ich zobaczyć ten ostatni raz.

    Wydarzyło się to wszystko trzeciego stycznia. Urlop w Polsce, z dziadkami, planowałem od 7 do 17. Miałem na ten czas wiele planów. Spacer z dziadkiem, który kilka miesięcy wcześniej stracił nogę. Porządki na cmentarzu z babcią, z którą często tam bywałem. I gotowanie z babcią, i smażenie z nią ryb w panierce. I jej schabowe, które nigdzie i nigdy nie smakowały tak jak właśnie u niej. I surówka z czerwonej kapusty. I za czasów, gdy nie jadłem mięsa, a ona tak bardzo się o mnie martwiła, kanapki z kiełbasą, której nie czułem. Tak, robiąc mi kanapki do szkoły, wydłubywała środek bułki, w który pakowała cysternę majonezu, cieniutkie plasterki kiełbasy przykrywała kapustą pekińską, dodawała ser żółty i jadłem, jakby za chwilę miała nadejść klęska spożywcza. U niej wszystko i zawsze smakowało najlepiej.

    ***

    Wylądowałem. Czekając na przyjaciółkę w Polsce, spotkałem się ze znajomymi, żeby na chwilę zapomnieć o wszystkim, co się wydarzyło. Nie udało się. W międzyczasie zamówiłem trębacza na pogrzeb, rozgrzebywałem wspomnienia i dzieliłem się nimi ze wszystkimi, którzy przyszli się ze mną zobaczyć. Płakałem i śmiałem się. W autobusie do miasta, z którego pochodzę, dopadł mnie totalny kryzys i przepłakałem pół drogi, ale silne więzi z moją Grażyną ukajały moje smutki. Nadszedł dzień, w którym musieliśmy iść do mieszkania, które odcięło mnie od dziadków na zawsze. Byłem wtedy silny. Widok spustoszenia, które wywołał ogień.

    Ich prywatnych rzeczy. I tego, że moja głowa wizualizowała każdy ich ruch podczas pożaru, nie opuszczały mnie do powrotu do mieszkania mojej ciotki. Wszystko, co przynieśliśmy, zostawiliśmy na prześcieradle, na środku pokoju. Wyszedłem na balkon i rozpadłem się kolejny raz. Nie mogłem przestać myśleć o tym, co tam zobaczyłem. Jak zwykle, ochoczo wszedłem jako pierwszy. Zderzyłem się z tym i najczarniejszy scenariusz nie przewidywał takich widoków. Tego dnia byłem tam jeszcze dwa razy, ponieważ wciąż zapominaliśmy czegoś zabrać. Ich dusze fruwały po mieszkaniu, jak jaskółki przed deszczem.

    ***

    I te właśnie fruwające, wolne już dusze czuję wciąż za sobą. Od kiedy ich nie ma. I czuję się absolutnie bezpiecznie. Nie boję się ich. Czuwają nade mną. Każda moja decyzja – w końcu – jest przemyślana. Może nie było ich zbyt wiele od czasu śmierci dziadków, ale w każdej pomogło mi to, że już nie mogę zadzwonić i zapytać: „co myślisz?”, „a gdybym zrobił tak, jakbyś to odebrała?”, „wiesz, chciałbym ugotować na urodziny krupnik, podpowiesz mi, od czego zacząć?”.

    Dziś mija miesiąc, bez dwóch dni, od kiedy nie mogę zadzwonić. Dwa tygodnie, od kiedy wróciłem z Polski. Sześć dni od trzydziestych urodzin. A ja się czuję, jakbym wydoroślał o przynajmniej sto lat. Czuję ulgę i czuję ogromne wsparcie. Być może dlatego, że byłem w pewien sposób faworyzowany, że miałem z nimi kontakt niemalże codziennie. Okazuje się prawdą to, co zawsze powtarzała mi Babcia: „tak miało być, wyciągnij z sytuacji same pozytywne rzeczy, nie skupiaj się na tych złych”.

    Nigdy wcześniej nie miałem w głowie tylu mądrych myśli, które przekazywali mi, wychowując mnie. Nigdy wcześniej nie czułem, że są tak blisko. Nigdy wcześniej nie pomyślałem, że uczestnicząc w pogrzebie dziadków będę czuł, że jest to pogrzeb moich rodziców. A tak się czułem. I z pełną świadomością i ogromną miłością do mojej mamy stwierdzam, że pochowałem rodziców.

    Łukasz Krzewski

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY