Jaki ciężki miałam start

Jaki ciężki miałam start

Siedziałam zamknięta w swoim pokoju i słyszałam jak matka płacze. Nie wiedziałam dlaczego, byłam mała, chciałam ją jakoś pocieszyć, wiedziałam,  że to przez ojca. Czułam, co się dzieje, widziałam go i widziałam, co jej robił. Był moim ojcem, nie chciałam, go nienawidzić, ale nienawidziłam. Chciałam chwilami, żeby umarł. Chciałam chwilami, żeby ci policjanci, co nas odwiedzają co kilka dni, żeby go w końcu zabrali i żebym mogła żyć z mamą jak inni szczęśliwi ludzie.

Nie miałam dużo koleżanek w dzieciństwie. W ogóle wychowałam się w świecie, w którym problemy alkoholowe ojca nie dziwiły nikogo. Czasem nawet pomagaliśmy im wracać do domu, a byliśmy mali. Czasem widziałam jak koledzy i koleżanki wstydzą się za swoich ojców. Ja nie wiem, co we mnie siedziało. Nie wiem, czy to wstyd. Ja miałam w sobie ogromne pokłady żalu do niego i ogromne pokłady złości. Moi koledzy mieli łatwiej, ich ojcowie przychodzili nawaleni i po prostu szli spać. Mój darł japę całe noce, trzaskał drzwiami, szarpał i popychał matkę, dziś nawet nie chce myśleć co działo się za zamkniętymi drzwiami ich pokoju. Nie chcę, bo po latach zrozumiałam, co się tam działo.

Mając 7 lat człowiek nie rozumie, mając 10 lat człowiek się boi, mając 15 lat nienawidzi, potem pielęgnuje w sobie to, co najgorsze. Czyli to co najgorsze zostaje w nas na zawsze. Marzyłam tylko o tym, żeby w końcu wynieść się z tego domu, trzasnąć drzwiami, jak on nocami i nigdy nie wracać. I oczywiście pielęgnowałam w sobie to przekonanie, że ja nigdy nie zgotuje sobie takiego losu jak moja mama. Nie obwiniałam jej, raczej zastanawiałam się, dlaczego ona to robi sobie, dlaczego ona robi to nam. Tak nam, bo ja nie byłam jedynakiem, miałam brata, młodszego, który po latach oglądania, co wyprawia ojciec, sam zaczął kultywować rodzinną tradycję, czasem spotykam go pod osiedlowym barem, jak przechodzę przez to osiedle grozy i widzę, ile z niego zostało. Raczej nie ma się czym chwalić.

Ja skończyłam szkołę średnią i… I właśnie bardzo chciałam mieć inne życie. Miałam skończony ekonomik i miałam wiele marzeń, jednak jak to bywa z marzeniami na początku łatwo nie było. Moje dzieciństwo i chwile z tego późniejszego okresu, nie sprzyjały budowaniu dobrej samooceny. Nie mogłam wyprowadzić się szybko z domu, bo jak to bywało w takich osiedlach jak moje, pracy nie było, kasy nie było, ogólnie rzecz ujmując, życia nie było. A ja chciałam mocno żyć. Znalazłam pracę w sklepie oddalonym 25 km od mojego domu, brak transportu powodował, że czasem łatwiej było chyba nocować na zapleczu sklepu, niż wracać do domu, po kilka godzin. Kiedy ojciec w swoim skąpym myśleniu zrozumiał, że mam jakieś pieniądze, zaczął mi wypominać, że jestem mu winna kasę za utrzymanie. Jakie utrzymanie? Chyba znęcanie i nie zamierzałam mu zwracać za ten koszmar, nawet złotówki. Jednak wiecie co było najgorsze, kiedy matka powiedziała mi: daj mu, odczepi się i będzie cicho. Nie wierzyłam, że mogła mi to powiedzieć. Nie wierzyłam, że potrafiła po tylu latach jeszcze tak myśleć. Pękło coś we mnie….

Każdego lata pomagałam dziadkom i ich sąsiadom przy żniwach. Dorabiałam jak mogłam, skoro teraz to ja utrzymywałam dom i ojca… chyba nawet jeśli chciałabym użyć jakiegoś słowa, żeby określić, co o nim myślałam, byłoby zbyt wulgarne. Moje życie to był jeden wielki, cholerny koszmar. Na dodatek, nie ja go sobie zgotowałam. Chciałam czasem zemsty, ale szybko mi przechodziło, bo miałam wrażenie, że nawet zemsta to za mała kara dla takiego tyrana, alkoholika i psychopaty.

Mając 21 lat poznałam mojego partnera, właśnie u dziadków. Był ode mnie 2 lata starszy, był miłym, fajnym facetem. W sumie dziś wiem, że moja zdolność oceny facetów była dość skąpa. Ja w głowie miałam tylko jeden schemat, nie powtórzyć błędu mamy. Zwyczajny, chłopak, pracowity, uprzejmy, nawet przystojny. Miło się rozmawiało, miło się spędzało czas i miło było, bo nie było alkoholu. Miał samochód, odbierał mnie po pracy i nie musiałam w końcu martwić się, jak wrócić do domu po drugiej zmianie w sklepie. Troszczył się o mnie, nikt do tej pory tego nie robił, więc nawet nie wiecie jak mi to imponowało. Miał jeden minus chciał, mnie odwiedzać w domu, jak się domyślacie – ja tego nie chciałam. Bo wydawało mi się, że wystarczy jeden wieczór, z moim ojcem, a mój ideał ucieknie, sama bym uciekła. Mijały miesiące, było coraz lepiej. Wprawdzie nie wychodziliśmy na imprezy, nie razem, bo ja nie lubiłam dyskotek a on nie naciskał. Czasem mnie to dziwiło, ale cóż uznałam, że to nie jest wielki problem. W końcu poza tym jednym dziwnym zachowaniem, cała reszta przecież była idealna.

Opowiadałam mu dużo o tym co działo się u mnie w domu, o tym jak zachowuje się mój ojciec, wiele razy mnie pocieszał i mówił, że jeszcze chwila, a zamieszkamy razem i uwolnię się od ojca tyrana. Perspektywa wspólnego mieszkania bardzo mi się podobała, w końcu mogłam pomarzyć o kawie wypitej w ciszy i spokoju. Moje marzenie… ale żebym mogła je zrealizować, pracowałam coraz więcej, do domu wracałam głównie się wyspać i przebrać. Nie słyszałam co robił w nocy ojciec, bo byłam padnięta, nie miałam siły wstawać, wzywać policji, ja już nawet nie uciekałam z domu razem z matką, bo nie miałam na to wszystko siły. Zamykałam pokój, kładłam się spać i odpływałam w swoich marzeniach o wolności.

Po kilku miesiącach tyrania, walczenia, miałam swoje pieniądze i byłam gotowa na wyprowadzkę. W pracy dzień minął dość spokojnie i dość niesamowicie, bo po pracy wiedziałam, że spotkam się z miłością mojego życia i powiem mu, że szukamy mieszkania. Jednak nie przyjechał po mnie, nie odbierał telefonów. Martwiłam się, bo nigdy nic takiego mu się nie zdarzyło. Nie zdążyłam na autobus i musiałam kombinować, żeby dostać się do domu. Idąc osiedlem na którym mieszkałam, zobaczyłam grupę młodych ludzi, siedzących na przystanku, pijących i palących. Podchodząc bliżej oniemiałam. Pewnie wiedziecie co zobaczyłam. Tak, dokładnie jego, stojącego z trudem, pijanego, z papierosem w dłoni. Na dodatek zachowującego się jak….tak jak mój ojciec. Stojąc tam, patrząc, oczami 7-letniego, 10-letniego i 15-letniego, człowieka. Zobaczyłam ojca, bitą matkę, zobaczyłam siebie, która do jasnej cholery zatoczyła koło i wróciła w odmęty cholernej przeszłości. Pękło we mnie coś po raz drugi.

Zawsze chciałam mieć fajne, spokojne życie, mieć obok siebie fajnego, miłego faceta, chciałam być szczęśliwa. I nie wiem dlaczego upatrywałam tego szczęścia w innych ludziach. Szukałam wybawicieli, ochroniarzy. Myślę, że do końca życia widok funkcjonariusza policji, będzie kojarzył mi się z przespaną nocą, świętym spokojem. Dzisiaj jako dojrzała kobieta, po latach terapii, zrozumiałam, jaki ciężki miałam start i jak trudno jest zrozumieć to, co się dzieje, gdy nie rozumie się najbliższych sobie ludzi. Pokochałam siebie po latach. Dziś piję kawę ze spokojem, ale wiem, ile miałam szczęścia, dziś to ja mogłabym patrzeć na męża zapitego i śmierdzącego życiem. Nie powinno płacić się za błędy innych, ale właśnie te błędy uczą nas na skróty, co może się wydarzyć nam.