Jechałam pociągiem i widziałam w oddali zachód słońca

Jechałam pociągiem i widziałam w oddali zachód słońca

Jechałam pociągiem i widziałam w oddali zachód słońca. Wiedziałam, że ten widok to trochę taki prezent dla mnie za to, że potrafiłam zamknąć jedne z najtrudniejszych drzwi w moim życiu. Jestem z domu, w którym nic nie grało, bo niby jak miało w sumie grać, skoro moi rodzice pili, a wychowali mnie dziadkowie. Nie wiem, czy byłam w stanie wszystko im wybaczyć, ale próbowałam z całego serca dać im szanse na miano moich rodziców.

W dzieciństwie byłam ciągle zła na rodziców, kiedy dorosłam wytłumaczyłam sobie pięknie każdy ich grzech. Każdą butelkę wódki, którą wypili na moich oczach i każde zachowanie, które uświadamiało mi jedno, że są na świecie ludzie, którzy ewidentnie nie powinni mieć dzieci. Wychowywali mnie dziadkowie, starsi ludzie, którzy przez cały ten okres wrzucali mnie bezlitośnie w jakieś schematy. Miałam się dobrze uczyć, miałam być grzeczna, ładna, miła, zawsze miałam „jakaś” być i jak na złość, jak już byłam, to nigdy nie wystarczająco. Miałam do nich żal, że w końcu jak na dzieciaka dawałam radę, ale nikt tego nie widział. Po latach powiesili mi poprzeczkę bardzo wysoko i może dlatego jestem dziś tym, kim jestem.

Dziadkowie uczyli mnie pracy, szacunku do ludzi i walki o swoje. Dziesięciolatek, który ciężko pracował w polu, w latach mojego dzieciństwa nie był nikim wyjątkowym. Nie mieliśmy tych wszystkich rzeczy, które dziś zajmują czas dzieciom. My zajmowaliśmy się sobą sami. W dzień pracowałam, wieczorem bawiłam się z dzieciakami. To było życie! Pełne niespodzianek. Człowiek czuł się idealnie, do momentu, kiedy miał wracać do domu. Mieszkanie w małym domu: było ciasno i było trudno. Reżim dziadków doskwierał. Ciągłe porównywania do rówieśników, do innych ludzi. Czułam, że mam nie być sobą, mam być taka jak inni, tak dobra jak oni, przecież, oni byli dobrzy, ba! Oni byli lepsi. Nie to co ja, w szkole problemy z nauką, pamiętam, jak nie przyniosłam świadectwa z czerwonym paskiem po drugiej klasie. Dostałam reprymendę, że przecież oni mają, ja nie mam, za głupia jestem, za mało pracy w to włożyłam. Nie byłam orłem, to fakt, ale nie uważałam się za głupka. Chociaż miewałam myśli, że tak, może dziadkowie mają rację. Może ze mną było coś nie tak.

Dorastałam, ciągle pod ostrzałem krytyki, nigdy nie słyszałam, że daję radę. Czasem miałam wrażenie, że oni mi tego nie mówią, bo zwyczajnie się boją, że popadnę w samo zachwyt. Myślę, że nie mówili, bo nie potrafili mnie docenić, latami próbowałam udowodnić, że jestem coś warta. Jakbym próbowała sobie kupić czas, by być w ich oczach idealną. Ja nie pytałam, nie prosiłam o pomoc. Chociaż nie, jak już zapytałam może ze dwa razy o pomoc, miesiącami słuchałam, że nie potrafiłam sama sobie pomóc, albo co gorsza usłyszałam bardzo krótkie i znaczące słowo: Nie. Jak byłam nastolatką, też ciągle słuchałam, nie dałaś rady, nie możesz mieć lepszego chłopaka, nie możesz mieć piątki z matematyki i oczywiście to znaczące zdanie: bo oni mają. Jacy oni? Dziś chyba bardzo chciałabym zobaczyć, jak ci wielcy „oni” żyją. Może zmierzymy się na osiągnięcia.

Wracając do przeszłości, po liceum, które – jak to w oczach moich dziadków – ukończyłam jakimś wielkim cudem. Nadszedł czas matury i głupia ja, po raz kolejny nie pokazałam siebie z tej lepszej strony. Usłyszałam: zdałaś tak, że nie będziemy cię chwalić. Ręce mi opadły. Ciekawiej było potem. Kiedy składałam dokumenty na studia za każdym razem słyszałam, nie dostaniesz się na dzienne, idź na zaoczne i do roboty, nie ma czasu na życie. Jakie życie? O czym oni mówili?! Pracowałam i martwiłam się na zmianę. Wylądowałam na studiach zaocznych i w pracy. Cóż, nie była to praca marzeń, ale ja cały czas czułam, że zostałam stworzona do czegoś innego, zauważyłam, że szybko się uczę. Jak mówiłam o tym głośno słyszałam: „Ty do czegoś innego… chyba do kopania rowów”. Znajdź sobie normalnego mężczyznę, niech weźmie się za ciebie. Miałam dość, 21 lat słuchania, wkładania siebie w ten cały cyrk. Miałam dość siebie w tym bałaganie, miałam dość nieudolności ludzi obok mnie. Spakowałam jedną walizkę i wyjechałam. Na dworcu usłyszałam: „wrócisz z płaczem”.

Wsiadając do tamtego pociągu, miałam poczucie, że mam tylko jedno wyjście, poradzić sobie sama. Kiedy pociąg ruszył, zamknęłam za sobą pierwsze z wielu drzwi, które od tego momentu stanęły mi na drodze. I wiedziałam, że zrobię wszystko, żeby nie musieć już nigdy tu wracać. Początki nie były łatwe. Było ciężko. Czasem myślałam, że trafiłam do większego piekła niż to, z którego uciekałam. Nic nie wychodziło… każda praca, to jakaś porażka, zawsze tę pracę miałam, ale dzwoniąc do domu musiałam opowiadać milion historii z mchu i paproci, żeby tylko nie dać im satysfakcji, że mieli rację, wtedy jednak uważałam, że mieli rację. I to było w tym wszystkim najgorsze. Nic mi nie wychodziło, za co się nie zabrałam, było tylko gorzej. Już nawet pewnego dnia chciałam wracać do domu. Stwierdziłam, mam dość… słuchanie ich jest łatwiejsze, niż życie na samym chlebie i mleku. Czułam, że odniosłam porażkę. Czułam się jak zero. Miałam wrażenie, że wyhodowali mnie na człowieka z poprzeczką nie do przeskoczenia, a tutaj nie mam nawet jak przejść przez poprzeczkę na wysokości kolan. Na dodatek znowu będę słuchać o nich, kimkolwiek byli, na bank mieli lepiej niż ja. Kiedy pakowałam walizkę do domu, usłyszałam, jak mój współlokator wchodzi do domu. Zapukał do mojego pokoju i oniemiał, co ty robisz? – zdziwiony zapytał. Pakuje się, mam dość, jadę do piekła – ze łzami w oczach wyszeptałam. Oszalałaś, znajdziesz pracę, daj sobie szansę, wiesz co będzie gorsze od walki teraz o siebie w tym syfie, złożenie broni i uznanie wyższości. Spojrzałam na niego. Usiadłam przy biurku wydrukowałam CV i stwierdziłam, ok, to ostatni raz, spróbuję.

Dziś siedzę w pociągu do Berlina, zarządzam jednym z oddziałów dużej niemieckiej spółki. Dziś wiem, że są takie momenty kiedy można być na dnie, ale najważniejsze to złapać oddech i odbić się od tego dna. Dorosłam, dojrzałam, ostatnio usłyszałam od babci ważne zdanie: podziwiam cię. Ten dzień będę pamiętać do śmierci, ona w końcu zauważyła to, co ja chciałam, żeby widziała we mnie od zawsze. Czy to mi teraz pomoże? Myślę, że pomogłoby dużo bardziej 30 lat temu, ale dziś pomoże w jednym, w rozliczeniu przeszłości. Muszę kiedyś to zrobić. I powinnam zrobić to, zanim nie będzie za późno. Jako dziecko bolało mnie to, że musiałam szybko wydorośleć, może dlatego teraz kiedy już mogę, tak często zachowuję się jak dziecko.