Jednak są dwa równoległe światy

Jednak są dwa równoległe światy
światy

Kiedy siedziałam i patrzyłam przed siebie wydawało mi się, że świat jest piękny, że nie można zmienić nic, bo wszystko jest tak jak powinno być. Nie chciałam myśleć i nie chciałam udawać, że coś się zmienia, a jednak się zmieniało. Każdego roku byłam coraz starsza, moje życie przez lata wydawało się idealne, mąż, dzieci, wiara w siebie i innych. Nawet praca była w punkt i nie musiałam nic w sobie zmieniać. Chciałam kochać i być kochaną, to było takie proste i jednocześnie poszczęściło mi się. Wiedziałam, że szczęście jest blisko. Nie brałam również pod uwagę, że coś się może zepsuć. Nie mnie, złote dziecko szczęścia. Nie bałam się, nie analizowałam, nie robiłam nic, żyłam. Zachodzące słońce zacierało mój obraz, zrobiło się chłodno. Mogłam moje życie przyrównać do opisu wschodzącego i zachodzącego słońca. Dziś jestem w wieku, w którym nie czeka mnie już wiele niespodzianek, ale chciałam dotrwać do zachodu słońca w ciszy i spokoju. Nie było mi to dane. Ale może warto zacząć od początku.

Niedawno obchodziłam 50. urodziny, mąż i dzieci, przyjaciele postanowili zrobić mi niespodziankę, nie lubię niespodzianek i przecież oni o tym doskonale wiedzieli. Ucieszyłam się, uznałam, że oni pewnie chcą, żebym ja się cieszyła, więc się cieszyłam. Każdy, mam wrażenie, wiedział za mnie, co powinnam robić, kiedy się cieszyć, a kiedy nie. Miałam wrażenie, że przekroczyłam jakąś linie, barierę. Miałam wrażenie, że od dziś nie będę uczestnikiem tego przedstawienia, zwanego życiem, miałam wrażenie, że będę jego widzem i to dość specyficznym, bo takim, któremu będzie się wydawało, że ma coś do powiedzenia w fabule, ale prawda będzie taka, że przedstawienie będzie zmierzać do końca bez względu na wszystko. Data moich urodzin była jakby magicznym kluczem do drzwi. Bardzo mi zależało, żeby żyć tak, żeby nie żałować niczego i mi się absolutnie udało. Nie żałowałam niczego. Po urodzinach wszystko wróciło do normy. Praca, dom, życie, nic nie zapowiadało, że nadchodzi nieoczekiwana zmiana. Jednak nadeszła. Ten dzień zapamiętam, bo jest istotnym punktem na mapie mojego życia.

Rano parzyłam kawę, moje biurko było zawalone stosem dokumentów, zadzwonił telefon, mogłabym wam punktować to wszystko dość szybko i na chłodno. Usiadłam i odebrałam. Głos w słuchawce był zimny, a ton poważny. Siedząc i odpowiadając na pytania, nie czułam nic, nie byłam w stanie reagować inaczej. Usłyszałam dźwięk odkładanej słuchawki, a ja, jakby mnie zmroziło, dalej siedziałam przy biurku. Wstałam, podniosłam torbę i bez słowa wyszłam z biura. Wsiadłam do auta i pękło we mnie wszystko, wypowiedziałam jedno zdanie: to nie może tak się skończyć. Dojechałam pod wyznaczone miejsce, widziałam nasze auto zmiażdżone jak puszka po coli, obok stało dużo ludzi, karetka, straż, radiowóz, i leżał worek. Stałam jak wryta i nie chciałam podejść, nie chciałam, żeby ktoś potwierdził, że mój mąż nie żyje. Ten fragment opowieści ominę, bo nie umiem o tym mówić, pogrzeb i kilka dni po nim spędziłam na prochach, więc nie pamiętam nawet jednego momentu, najgorsze nastąpiło, kiedy pierwszy raz obudziłam się w nowej i nieznanej rzeczywistości. Miałam ochotę powiedzieć, że jednak są dwa równoległe światy i  o ile w tym, w którym byłam do tej pory, było idealnie, o tyle w tym, w którym się obudziłam, było jak w piekle. Nie chciałam nawet wyobrażać sobie, jak będzie bez niego, a już nastał moment, w którym nie musiałam sobie wyobrażać, bo to się działo. Bolało mnie nawet myślenie, co mam dalej zrobić. Patrzyłam na punkt na ścianie i wydawał mi się tak interesujący, że nie zauważyłam jak wiele godzin upłynęło. Moje dzieci patrzyły na mnie, a ja nie potrafiłam nawet udawać, że coś mnie to interesuje. Minęło, nawet nie wiem, ile czasu, nie wiedziałam, kiedy była noc, a kiedy był dzień, nie wiedziałam, kiedy powinnam jeść. Nie wiedziałam, co jadłam. Czułam się jak warzywo, a łzy płynęły mi po policzkach, też nawet nie wiem kiedy. Byłam warzywem. Nie słuchałam i nie mówiłam, nie czułam. Tak bardzo mi go brakowało, tak trudno było mi zrozumieć, że go nie ma. Chodziłam po domu z nadzieją, że go jeszcze zobaczę, że poczuje jego dotyk, że zwyczajnie będzie awantura. Nie rozumiałam. I te cholerne słowa, że czas leczy rany. Jakie rany i jaki czas. Nikt mnie nie zranił, a czas miałam w…. Jak ja nienawidziłam wszystkich. Każdy powoli wracał do normalności, a ja miałam im to za złe. Wiedziałam, że nie powinni, jakby zapomnieli i wtedy do głowy przyszedł mi ten scenariusz, że nie dam rady żyć w przekonaniu, że on zaraz wróci. I ta myśl była jak cholerny nóż wbity w moje plecy. Stałam w pokoju i krzyk bólu był ogromny, nie umarł, on nie umarł, on do ciężkiej cholery nie zniknął. Odwróciłam głowę i zobaczyłam w wejściu moją córkę ze łzami w oczach, a z nią mojego przyjaciela. Oboje stali i patrzyli na mnie. Mamo – usłyszałam, on odszedł. Spójrz prawdzie w oczy, taty nie ma i nie będzie. Jej spokojny głosy rozpętał w mojej głowie wojnę myśli. Mamo, nie możesz tak żyć. – kontynuowała, nie wolno ci udawać, że nic się nie zmieniło, nie możesz czekać na niego, bo jego nie ma, my jesteśmy, my czekamy każdego dnia jak się ockniesz. To nie czekajcie – wyjąkałam pod nosem, nie czekajcie, bo ja nie chcę się obudzić, ja nie chcę być obok was, ja chce wrócić do tego, co było, bo to jest moje miejsce, obok niego. Nie, mamo, twoje miejsce jest obok nas, to obok naucz się żyć. Mamy już dość, straciliśmy ojca, tracimy ciebie. Wiecie, co było najgorsze w tym wszystkim, że nie czułam nic w momencie, kiedy to słyszałam. Nie wstrząsnęło mną to, nie poczułam, że czegoś powinno mnie to nauczyć. Nie czułam nic. Moje dziecko płakało, żebym wróciła, a ja miałam to gdzieś. Mój przyjaciel podszedł do mnie i złapał mnie za rękę. To ty decydujesz, gdzie jesteś i co robisz, jemu życia to nie wróci. – Nagle poczułam wściekłość tak wielką, że nie potrafiłam myśleć o niczym. A co mam według was zrobić? Zapomnieć? Mam zapomnieć, jak wy to zrobiliście? – spojrzałam na nich, a ich przerażenie w oczach po tych słowach było ogromne. Ty naprawdę uważasz, że my nie pamiętamy? – moja córka odwróciła się i wychodząc powiedziała – jeśli tak myślisz, to się grubo mylisz. Trzask drzwi był tak ogromny, że usłyszeli go chyba sąsiedzi. Mój przyjaciel patrzył na mnie i dodał: Myślę, że żałoba ma swoje granice. – odchodząc dodał – pomyśl o tym, zanim zranisz kogoś. Wiedziałam, że żałoba ma swoje granice, oczywiście, że wiedziałam, że je ma. Spojrzałam na siebie w lustro i wiedziałam, że się sama okłamuje. Nie wiem, czym jest ta granica i nie chcę wiedzieć. Nie wszystkie historie w naszym życiu kończą się dobrze. Nie zawsze jest ten happy end. Nie potrafię się odblokować i nie wiem, czy będę kiedyś żyć normalnie, teraz normalność to czekanie, bo ja wiem, że on wróci, nawet jeśli inni w to nie wierzą, ja to czuję. Bo wiem, że nie mógłby mnie zostawić, od tak. Obiecał mi, że tego nie zrobi.

Minęło bardzo dużo czasu, nawet nie wiem, ile, nie wróciłam do dziś do swojego dawnego życia. Zrobiłam krok do przodu, zrozumiałam, że to dawne życie nigdy nie wróci. Dziś, kiedy o tym mówię, nie pogodziłam się z samotnością, pogodziłam się z tym, że moje życie jest inne. Czekam, ale już nie na powrót, ale na moje odejście. Nie jestem też w stanie się pogodzić z tym, że miałam dla niego tylko 25 lat, to tak mało, to tak jakbym miała do dyspozycji jedno popołudnie, a człowiek liczy zawsze, że będzie miał całe życie. Liczymy, że nasze szczęście, które dopiero co się zaczęło, będzie nieograniczone, jednak każdy z nas ma swój czas na miłość, życie, rodzinę, pracę, na siebie. Ja mam poczucie, że miałam go zdecydowanie za mało.