"Myślałam, że albo przestanie mnie krzywdzić, albo w końcu zabije"

"Myślałam, że albo przestanie mnie krzywdzić, albo w końcu zabije"

Ostatnio usłyszałam, jak wiele rzeczy według nas jest niesprawiedliwych i jak wiele chcielibyśmy zmienić. A czy my jesteśmy sprawiedliwi? Czym według was jest sprawiedliwość?

Ja analizowałam kontekst tej wypowiedzi bardzo długo. Osobiście uważam, że nie ma rzeczy sprawiedliwych tak do końca. Pewnie czytając te pierwsze zdania, zastanawiacie się, dlaczego w ogóle o tym mówię, przecież dla większości z was to takie oczywiste. Dla mnie świat był czarno-biały. Tak, właśnie tak, mało tego, uważam, że takie pojmowanie rzeczywistości było bardzo wygodne. Przecież jeśli nie ma nic pomiędzy, nie trzeba różnych spraw analizować z różnych perspektyw, perspektywa jest jedna: tak albo nie... dobrze – źle, sprawiedliwie – niesprawiedliwie. Poza tym nie ma nic. I jak się domyślacie, mój świat runął, gdy spotkałam na swojej, jak już wiecie – prostej drodze, jego. Niby człowiek ma swoje zasady i świetnie daje sobie radę, gdy ma zamiar bawić się na swoim, już dobrze znanym, podwórku. Gorzej to nam wychodzi, gdy musimy bawić się z nieznanym towarzyszem w obcej nam scenerii. Jakie to zawiłe wszystko. Myślę, że do samej sprawiedliwości mamy już jasność, ale opowiem wam kontekst mojej historii.

Nigdy nie zastanawiałam się, jak to jest być z kimś i ciągle się bać. Idąc moją filozofią życia, albo ktoś mnie kocha, albo nie i każda z tych, jakże różnych opcji, ma swoje konsekwencję. Jednak z nim było inaczej. Nie chodzi o to, że nie czułam się kochana, wręcz przeciwnie, nawet bardzo. Było jednak w tym wszystkim coś dziwnego. Ja bałam się, nie wiem czego i nawet nie wiem dlaczego, ale nie potrafiłam sobie z tym strachem poradzić. Myślę, że on nawet wiedział, że jestem w takiej dość dziwnej sytuacji i potrafił sprytnie to wykorzystać. Zaczęło się dość niewinnie. Wiecie, każda kobieta lubi być adorowana, jak się o nią zabiega, a nawet jak robi się więcej dla niej niż każdy inny facet do tej pory. Jednak bardzo szybko adorowanie zmieniło się w cichą kontrolę. Nagle, niewinne pytanie: „czemu nie odbierasz?”, urasta do rangi żądania, żebym zawsze była pod telefonem. Nagle rozmowa z szefem kończy się awanturą, dlaczego stałam i rozmawiałam, i czemu tak długo. Nagle całe życie, w którym myślisz sobie, że wszystko jest tak jak powinno i oczywiście wszystko jest czarno-białe, zmienia się w coś, czego nie rozumiesz. Na dodatek każda awantura kwitowana jest tym, że sama do niej doprowadziłam, przecież jemu zależy, a tylko ja nie rozumiem, że jak komuś zależy, to przecież musi czasem zmienić się dla drugiej osoby. Jakie zmienić, on zwyczajnie chciał, żebym była inna. Każdego dnia próbowałam nie patrzeć w stronę innego mężczyzny. Zaczęłam uświadamiać sobie, że niestety, ale każde moje zachowanie budziło złość i wszystko, co mogło się wydarzyć. W sumie do dziś nie jestem w stanie powiedzieć, co najgorszego mogło się wydarzyć. Ja zwyczajnie czułam się zastraszona i zaszczuta, i to w imię miłości. Przecież podobno wszystko działa poprawnie, a tylko ja nie odnajduję sensu tego. Dziś już umiem to nazwać: to przemoc psychiczna. Z czasem nawet miewałam myśli, że lepiej było dostać w pysk, bo siniak zniknie, a to co działo się w mojej głowie zmieniło mnie na zawsze. Co gorsza, zaczynało się zazwyczaj niewinnie, potem było jak uderzenie huraganu. Nigdy mnie nie uderzył, ale psychicznie odzywał się we mnie potwór. Bywały sytuacje, w których ja nie wytrzymywałam... i to właśnie ja, tak ja, ta cicha spokojna, na pierwszy rzut oka silna kobieta, rzucałam się na niego z rękoma. Krzycząc, płacząc i szarpiąc go. On niewzruszenie stał i patrzył na mnie. Ze wzrokiem skamieniałym, zimny i mówił tylko jedno: lecz się... Nie wiem czemu pozwalałam sobie na takie tortury. Nie, ja wiem czemu pozwałam sobie na to, z każdym miesiącem słyszałam, jak ja to sobie nie dam rady. Jak ja nic nie potrafię i jak bardzo chciałabym coś, a nie wiem jak. Słyszałam, że wszystko zaczynam, a nic nie kończę. Byłam głupia, i nie będę wypisywać reszty tych górnolotnych epitetów na mój temat, bo myślę, że wielu z was zakończyłoby tą historię w tym miejscu. Nie walczyłam… z czasem zaczęłam dostrzegać, że jego bardzo irytowało, kiedy ja ciszą i spokojem reagowałam na to, co było obok mnie. On karmił się moją paniką, bólem, strachem, a cisza i spokój zabijały go. Uznałam, że skoro tylko w taki sposób jestem w stanie się bronić, to taki zachowam schemat. Myślałam, że jemu to pomoże i da mi wiarę, że będzie lepiej, że w końcu zdołam zaznać spokoju. Ja nie widziałam w ogóle, że ten spokój jest tylko chwilowy i powinnam zwyczajnie odejść… ale nie potrafiłam. Kochałam go bardzo i im bardziej on mnie ranił, tym bardziej ja chciałam go zmienić i być z nim. Tak, po prostu... nie wiedziałam, czym jest normalność. Jak mówiłam, podjęłam próby walki z tym w postaci milczenia. Im dłużej byłam cicho, tym on głośniej krzyczał, tym bardziej wymyślał niestworzone historie. A ja słuchałam, myśląc, że albo zrozumie i mnie przestanie krzywdzić i wróci do normy, albo w końcu zabije. Jednak to, co nastało, nie było dla mnie w ogóle oczywiste. On nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Z każdym dniem mniej go widywałam, nie rozmawialiśmy ze sobą. Nie dzwonił, nie sprawdzał mnie tak jak kiedyś. Nie obchodziło go, czy wracam o 19:00 czy o 20:00. Przestałam go obchodzić. I było to dla mnie trudne do zaakceptowania. Nie potrafiłam zrozumieć, co zrobiłam. Tyle dla niego zniosłam. Tyle z siebie dałam. Wytrzymywałam wszystko, bo liczyłam na to, że on się zmieni. Mogłam sobie wyobrazić, że w końcu nie wytrzyma i mnie uderzy, ale nigdy nie podejrzewałam, że mój spokój i cisza doprowadzą go do tego, że będę błagać o poświęcony czas. Wiecie co usłyszałam, jak w końcu zapytałam, co się dzieje, że to ja przestałam się angażować i ja zniszczyłam wszystko, ja zmieniłam się i on zawsze robił wszystko dla mojego dobra. Siedziałam przy stole i zastanawiała się co mam zrobić? Jeśli wybuchnę, nakarmię gada, jeśli będę cicho, zostanę sama. I właśnie wtedy doszło do mnie jedno: ja zawsze byłam sama. Kiedy bolała mnie głowa, po nocnym płakaniu, kiedy bolało mnie serce po nocnych awanturach, kiedy potrzebowałam ciszy i spokoju – byłam sama. Najszczęśliwsze momenty to te, kiedy go nie było, a nie kiedy był obok. Wstałam, spojrzałam na niego i z poczuciem wyższości powiedziałam, dobrze więc jeśli uważasz, że to moja wina, nie będę Cię zatrzymywać. Dziś wiem, czego potrzebujesz, nie kobiety, silnej, wartej wszystkiego i dającej siebie. Potrzebujesz ofiary. By być katem. Czerpiesz z życia pełnymi garściami, niestety twój worek zwany życiem jest pełen łez i cierpienia innych ludzi… Wstałam i zwyczajnie wyszłam. Owszem, nie powiem, żeby to było łatwe, połowa mnie nawet bardzo chciała, żebym jeszcze w tym została.  Ale moja uśpiona głowa, w końcu  połączyła kabelki i zrobiła zwarcie.

Nie jest tak, żeby w życiu było łatwo. Spotykasz na drodze ludzi i albo ich ocenisz dobrze albo źle. Nie jest tak, że każdy jest albo czarny, albo biały. Zawsze trafi nam się ktoś lub pojawi się coś, co zburzy ten sposób myślenia. Boimy się spojrzeć prawdzie w oczy. Ja się bałam i to bardzo. Wolałam spoglądać na kłamstwo, bo jest łatwiej przyswajalne. Dziś wiem, że patrzenie na świat tylko w czarnych kolorach nie zawsze prowadzi nas do punktu, w którym chcielibyśmy się znaleźć. Takie życie, no nie…! Życie samo takie nie jest... to my robimy z tego życia rewolucje. Warto pomyśleć czy nie wojujemy sami przeciwko sobie. A co do samej sprawiedliwość, cóż... dziś wiem, sprawiedliwe jest to, co sami tak możemy nazwać według własnych zasad i we własnym podwórku.

Paulina Oleśkiewicz


Tekst dostępny również na Onet.pl

“Myślałam, że albo przestanie mnie krzywdzić, albo w końcu zabije”
Ostatnio usłyszałam, jak wiele rzeczy według nas jest niesprawiedliwych i jak wiele chcielibyśmy zmienić. A czy my jesteśmy sprawiedliwi? Czym według was jest sprawiedliwość?