Największa próba, jaką podjęłam, to próba bycia twardym człowiekiem

Największa próba, jaką podjęłam, to próba bycia twardym człowiekiem
Fot. Pixabay

Kiedyś uważałam, że największym błędem, jaki człowiek potrafi popełnić, to: nie spróbować. Bo przecież tak często żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy. To dziwne, ale częściej żałujemy, że nie zrobiliśmy, niż zrobiliśmy. To przesłanie było ze mną. Próbowałam różnych rzeczy, próbowałam mieszkać za granicą, próbowałam być dobrą żoną, próbowałam być dobrą córką, dobrą wnuczką, dobrą pracownicą. Ciągle próbowałam, nie żałowałam, ale największą próbą, jaką podjęłam, to próba bycia twardym człowiekiem. To ciężki temat dla mnie, jednak chcę żebyście poznali moją historię.

Urodziłam się w małym miasteczku na północy Polski. Marzyły mi się wielkie podróże, marzyło mi się piękne życie i nie umiałam być tą cichą, skromną dziewczyną, którą wszyscy by lubili, a przecież ja nie jestem czekoladą, żeby mnie wszyscy lubili. Wybrałam życie dość trudne na początku, pełne wyzwań i to miało mnie hartować, a czego mnie nauczyło? Niestety, że nie można płakać, nie można być miękkim, nie można się załamywać. Nie nauczyło mnie to natomiast, jak kochać siebie. Pewnie zastanawiacie się, skąd tyle wywodów na początku tej historii, ale chciałam żebyście mnie dobrze zrozumieli.

Życie zbudowało mnie z cegły i ta cegła budowała kolejne mury. Czułam się jak zamknięta, ale nie wiedziałam, gdzie dokładnie mieści się moje więzienie i dlaczego próbowałam ciągle i ciągle, i ciągle, ale niewiele z tego wychodziło. Za murami był świat, w którym wszystko było ułożone od początku do końca przeze mnie. Nie wpuszczałam tam najmniejszego promienia słońca, nie wpuszczałam tam dobrej ręki, która by pomogła, bo przecież pomoc w moich oczach to jak przyznanie się do słabości, a przecież ja nie jestem słaba. Nigdy nie byłam słaba i nigdy nie chciałam być. Ten mur był bardzo twardy i nikt nie był w stanie się przez niego przebić. Dlatego byłam coraz bardziej samotna w swoim świecie, byłam tylko sama ze sobą, w świecie, w którym nie było uczuć. Uczucia były oznaką słabości, nie było łez, bo łzy to porażka. W moim świecie był tylko lęk, jak pewnego dnia nie stać się słabą, bo ktoś mógłby mnie złamać. Złamać, jak zwykły kawałek patyka, a nie po to byłam z cegły, w środku muru, żeby ktoś mnie tak złamał.

Bycie twardym to tak naprawdę odmawianie sobie lekcji, jaką mogła dać jakakolwiek w życiu porażka. Ja próbowałam, owszem, ale zawsze wtedy, kiedy czułam, że jest bezpiecznie. Nie podejmowałam ryzyka, które wiąże się z próbą. Dochodziłam do punktu, w którym było mi dobrze, ale jednak zaczęłam mieć wątpliwości i uciekałam. Tak było ze wszystkim, siedziałam w moim małym piekle za tymi murami i nie było tam nic. Kiedy poznałam człowieka, który mógł mi dać wszystko, odebrałam sobie i jemu tą szansę. Długo próbował walić pięściami w te mury, ale uderzanie dłonią w twardą i zimną ścianę, to głupota. Zrezygnował. Chciałam, żeby był moim rycerzem a on zwyczajnie nie dał rady. Nie dlatego, że był słaby, tylko dlatego, że ja nie dawałam mu żadnych szans.

Moi rodzice na początku byli dla mnie surowi, nawet nie wiedzą jak bardzo. Nauczyli mnie, czym nie jest rodzicielstwo, ale nie dali mi przykładu, jak być dobrym rodzicem. Po latach mocno się zmienili, stali za tym murem, czułam ich obecność, bo nawet najbardziej skrzywdzone dziecko na świecie wie, kiedy rodzice są obok, ale pomiędzy mną a nimi była ta ściana. Chyba nawet nie zdawali sobie sprawy, że ona tam jest. Ja chyba też nie… To bolało. Chciałam żeby mnie dotknęli, przytulili. Oni nie wyciągali rąk do mnie, może bali się, że nie przebiją tej ściany, a może po prostu odpuścili. Było rodzeństwo, stali też obok rodziców. Mówili o mnie twarda i nie mieli pojęcia, jak bardzo mnie boli, że mnie nie znają. Bo gdyby mnie znali, wiedzieliby, jak bardzo się ranię tym, że nie daję sobie szansy na bycie słabą. Za tą ścianą byli też przyjaciele. Wydawało im się, że mnie znają, w końcu jak mogli mnie znać, skoro pokazywałam im takie fałszywe świadectwo siebie samej. Nie mogłam wymagać, że znajdą książkę w jakiejś bibliotece czy księgarni, w której będzie opisane, kim naprawdę jestem, a to co ja podawałam im na tacy to kłamstwo.

Za tą ścianą byli też moi przeciwnicy, wrogowie, krytycy. Przed nimi ściana mnie broniła, bo od niej odbijały się wszystkie te złe słowa, które mogły ranić. Z czasem zrozumiałam, że ci wszyscy ludzie, to tylko punkty w moim życiu, które mogłam minąć tak zwyczajnie, a nie zwracać na nich aż takiej uwagi. Wśród nich był największy krytyk, mój wewnętrzny, który w każdej chwili, w której było mi źle, wydawało mu się, że podaje mi rękę, mówiąc, że jestem słaba, a powinnam być silna, mówił, żebym przestała ryczeć i ruszyła tyłek do przodu. To najgorsze co można było sobie samemu powiedzieć za tą ścianą. Byli też ludzie, którzy czekali na moją porażkę, nie doczekali się. Tak im się wydaje, nie byli świadomi, że patrzą na tę porażkę cały czas. Nieważne jest, ile dałam radę wypracować swoimi rękoma, jeśli wewnętrznie niszczyłam się każdego dnia, ponosiłam najwyższą karę, ale oni zapatrzeni w materialne osiągniecia, zazdrościli.

Z czasem zaczęłam się zastanawiać, jak to jest możliwe, że można siebie tak nienawidzić. Jak można siebie tak ranić, jak można sobie to wszystko robić. Nie rozumiałam, próbowałam przebić tą ścianę. Na początku wydawało mi się, że to takie proste. Przecież to ja ją budowałam, ja byłam materiałem, z którego była zbudowana ta ściana. Niestety, nawet jeśli powoli kruszyłam mur, po jakimś czasie bałam się i budowałam go od nowa. To taka syzyfowa praca, kiedy wpycha się kamień na górę, a ten kamień przed samym szczytem spada. Tak ja, przed samym szczytem burzenia ściany, ze strachu budowałam ją od nowa, bo przecież tam, gdzie siebie zamknęłam, to mój świat, który znałam od tylu lat i nie miałam pojęcia, że inny świat może być piękniejszy, a przede wszystkim równie albo bardziej bezpieczny. Moja głowa tego nie była w stanie zrozumieć.

Zastanawiacie się, czy ten mur kiedyś runął, czy się zmieniłam, skoro o tym mówię. Niestety, mam wrażenie, że opowiadam tą historię zza tego muru, tylko czasem ten mur jest niższy, a czasem wyższy. Czasem wpuszczam światło do tego pokoju, w którym się zamykam, ale nie jest to taki ogromny pokój, w którym można otworzyć drzwi i okna, i zapraszać znajomych do środka. Nie zdążyłam do końca tego muru zburzyć, mam dni, kiedy razem z moim krytykiem budujemy go od nowa. Ja od środka, on od zewnątrz. Czy jest mi z tym źle? Jest mi przykro, bo budowanie tego muru nie jest już tak proste jak kiedyś, bo rozumiem co robię, a wiedza nie jest zawsze komfortowa. Jednak ta wiedza jest w tym wszystkim najważniejsza. Żeby zrozumieć, co robi się sobie samemu. Bo wtedy jest szansa, że nauczymy się nie ranić siebie, kochać siebie i chronić się. Nikt nie jest w stanie tego za nas zrobić. Długo uczyłam się być twardą. Czy poniosłam porażkę? Tak, ale dzięki niej odrobiłam ważną lekcję. Dziś wiem, że nie chcę już być tym, kim chciałam, chcę być człowiekiem z pełną paletą uczuć.

Paulina Oleśkiewicz — kobieta nieszablonowa, szukająca swojej drogi i samej siebie. Zakładała firmy i je traciła, otarła się o wojsko, pracowała na budowie, cały czas największą przyjemność sprawiało jej słuchanie ludzi. I tak dotarła do miejsca, w którym jest teraz — realizuje się w life coachingu, ale nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Z powodzeniem pisze i nadal szuka. Przedstawione historie są historiami ludzi, z którymi w swojej pracy i życiu się spotkała.