Więcej...

    Nie jestem fabryką, nie wyrabiam norm. Rozmowa z Izabelą Chamczyk

    Maluje, jak ma potrzebę, jak czuje, że chce coś odnaleźć, gdy ciekawość i poruszenie ją prowokują. Malowanie, to nie tylko farba i płótno. To sny, rozmowy w głowie, czytanie, relacje z ludźmi, długie gapienie się w okno, notatki...

    Anna Krauss: Od zawsze malujesz?

    Izabela Chamczyk: Tak. Zawsze potrzebowałam tego środka wyrazu, koloru, kompozycji, oddania w ten sposób emocji. Jednak czuję, że prawdziwa miłość do malarstwa (jak grom z jasnego nieba!) obudziła się we mnie trochę później. Szukając siebie, zastanawiając się kim być, będąc na różnych kierunkach studiów, napotkałam na swojej drodze studentów Akademii Sztuk Pięknych, którzy ukazali mi rąbek tej miłości – i tak się zaczęło. Po oświadczynach, zostawiłam ówczesnego partnera i pobiegłam do miłości życia: sztuki.

    Dużo obrazów tworzysz w ciągu miesiąca?

    Ha, ha, dziwne pytanie. Nie jestem fabryką i nie wyrabiam norm. Maluję, jak mam potrzebę, jak czuję, że chcę coś odnaleźć, gdy ciekawość i poruszenie mnie prowokują. Malowanie, to nie tylko farba i płótno. To sny, rozmowy w głowie, czytanie, relacje z ludźmi, długie gapienie się w okno, notatki… Więc tak naprawdę maluję codziennie – tylko raz na jakiś czas obraz materializuje się fizycznie: na płótnie, w wideo, w performance albo w przestrzeni.

    Masz wykształcenie artystyczne – jak ewoluował Twój styl przez lata nauki, a później pracy?

    Po liceum zaczęłam od architektury, potem architektury krajobrazu, dopiero później świadomie wybrałam malarstwo i poszłam na Akademię. Mam więc wykształcenie akademickie. Na początku lat 2000. na studiach obowiązkowo było: model, martwa natura, kompozycja, kolor. Namalowałam i narysowałam setki, jeśli nie tysiące figuratywnych prac. Do abstrakcji, którą teraz uprawiam, musiałam dojrzeć – to trwało ponad dekadę. Cały czas szukałam pomostu między żywym, dziejącym się w czasie performance a „martwym” – z natury rzeczy statycznym – malarstwem. To połączenie wciąż mnie intryguje i napędza. Nazwałam swoje prace „malarstwem performatywnym”. Przełomem był cykl TOXIC (2021–2022), pokazywany w Galerii Foksal w Warszawie: farba wystrzeliła z płótna, uniosła się w powietrzu, docierając do widza nie tylko wzrokiem, ale dotykiem, zapachem, smakiem. Pracuję w wielu mediach. Poszukuję w procesie przemijania — krystalizuję, rdzewieję, przeginam, zmiękczam, utwardzam, efemeryzuję, kształtuję, destruuję.

    Tworzysz sztukę procesualną, silnie związaną z emocjami i sensualnością. Czy malujesz spontanicznie czy metodycznie?

    Malarstwo nie jest dla mnie formą zamkniętą i nie mam na nie jednego „sposobu”. Dzieje się różnie. Doświadczenie, warsztat, świadomość, wiedza i solidna podbudowa merytoryczna są dla mnie bardzo ważne – ale właśnie dlatego spontaniczność ma u mnie dużą siłę. Im więcej wiem i umiem, tym odważniej pozwalam sobie na puszczenie kontroli.

    W Twoich pracach ciało często staje się narzędziem twórczym. Gdzie przebiega dla Ciebie granica między intymnością a ekspresją artystyczną — i czy ta granica w ogóle istnieje?

    Nie myślę o tym w kategoriach granicy. Ciało jest dla mnie narzędziem, medium, jest częścią procesu. Intymność i ekspresja przenikają się — to, co osobiste, bardzo często okazuje się najbardziej uniwersalne. Nie chodzi o odsłanianie prywatności, tylko o dotykanie doświadczenia bycia w ciele, które jest wspólne dla wszystkich.

    Czym jest dla Ciebie wystawa (a miałaś ich dużo😊) Twoich prac?

    Marcel Duchamp powiedział kiedyś: „Praca jest skończona dopiero wtedy, gdy zobaczy ją odbiorca”. Wystawa jest dla mnie wyjściem do realności, daniem podarowaniem czegoś ludziom, jest konfrontacją i momentem, w którym sztuka zaczyna żyć. Nie wierzę w ideę „sztuki dla sztuki”. Nie wierzę w ideę sztuki dla sztuki. Wystawy są dla mnie bardzo ważne — są mną dla innych.

    Jakie ma dla Ciebie znaczenie fakt, że Twoje prace znajdują się w kolekcjach muzeów narodowych w Polsce?

    Ludzie rodzą i wychowują dzieci, zostawiają po sobie kolejne pokolenia. Ja „pierdolę, nie rodzę”, ale tworzę. Moje prace w kolekcjach, są czymś dla przyszłości, dla następnych pokoleń. Może zapisem procesu, może obiektem emocjonalnym — czymś, co ludzie będą mogli zobaczyć, dotknąć, poczuć za kilkadziesiąt lat, także wtedy, gdy mnie już nie będzie… To oczywiście też dowód uznania i potwierdzenie wartości moich prac.

    Czy malujesz na zamówienie?

    Nie, nigdy nie malowałam na zamówienie. Nawet w czasach, gdy naprawdę nie miałam co jeść. Zawsze trzymałam się siebie, swoich idei, koncepcji, uczuć i intuicji. Wierzę, że jak jest się wiernym sobie, to się przetrwa. I przetrwałam – od ponad 20 lat żyję wyłącznie ze sztuki. Zlecanie komuś namalowanie obrazu, moim zdaniem, rozmija się z istotą sztuki. To oczekiwanie produktu, nie procesu. To już nie sztuka, tylko usługa wykonawcza.

    Stworzyłaś pojęcie „malarstwa performatywnego”. W którym momencie poczułaś, że tradycyjne malarstwo przestaje wystarczać i musi zostać „wprawione w ruch”?

    Właściwie już od pierwszego roku studiów, kiedy poznawałam klasyczne malarstwo, czułam, że potrzebuję czegoś więcej niż tylko statycznego obrazu.
Kiedy zrobiłam swój pierwszy performance, pojawiło się we mnie bardzo wyraźne poczucie, że malarstwo jest żywe — że nie jest martwym obiektem, tylko procesem. Od tamtej pory szukam sposobów, żeby je realnie ożywić i oddać czasowi.

    Czy w sztuce performatywnej odbiorcy współtworzą dzieło sztuki?

    Performatywność to nie obiekt, lecz dzianie się – coś, co istnieje tylko w czasie. Jeśli ktoś jest obok, lub nawet tylko obserwuje to uczestniczy emocjonalnie – staje się elementem procesu. Jednak czy odbiorcy i odbiorczyni współtworzą dzieło? To zależy. Zależy od twórcy, twórczyni, miejsca, ludzi, intencji i interpretacji. Dla mnie ważne jest poruszenie odbiorców i odbiorczyń — ich obecność dopełnia to, co robię.

    Czy zmieniła się publiczność sztuki performatywnej w ostatnich latach?

    Nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Na pewno zmieniło się samo rozumienie performance.
Jak mówił Przemysław Kwiek: „nie ma czegoś takiego jak sztuki performatywne” — choć nie do końca się z tym zgadzam. Dziś często widzę zawężenie performance do ruchu czy tańca.
Dla mnie performowanie to życie — dzianie się, przemijanie, czas. A publiczność? Zmienia się, bo zmieniają się pokolenia.

    Czy rozwijająca się w ostatnim czasie AI ma znaczenie dla współczesnej sztuki?

    Na pewno. Słyszę głosy, zwłaszcza z branży muzycznej, że AI zabiera rynek, a sztuki wizualne są coraz bardziej nasycone cyfrową kreacją. Dla mnie to kolejne narzędzie, które może pomagać w poznawaniu siebie i świata. Czasem z niego korzystam. Jednak najbliższa jest mi sztuka żywa — haptyczna, cielesna, procesualna, doświadczalna, a nie wirtualna. Zastanawiam się czasem, czy kiedyś sztuka realna nie zostanie wyparta przez tę AI-ową. A może wtedy sami przestaniemy być cieleśni?

    Jaki masz stosunek do AI w sztuce?

    Dość ambiwalentny. Z jednej strony zastanawiam się, czy rzeczywistość AI może stać się dla nas ważniejsza niż realność.  Z drugiej – odkrywa przede mną nieznane terytoria, które stają się moją pożywką i inspiracją, kolejnym narzędziem poznania. Nie boję się, że odbierze mi pole tworzenia. Moja sztuka opiera się na doświadczaniu zmysłami, na ciele, na czasie, na kontakcie – i to jest od AI niezależne. Wręcz przeciwnie: może się przy jej pomocy tylko rozwijać. Nie musi z nią rywalizować.

    Więcej o kulturze i sztuce znajdziecie tutaj.

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY