Nikt nie lubi być bankomatem

Nikt nie lubi być bankomatem

Mam na czole napisane: „bankomat” – pomyślałam, kiedy wsiadłam do taksówki. Kierowca spojrzał na mnie i widząc moja minę szybko odjechał. Dokąd? – zapytał po cichu. Jedyne co mi przychodziło do głowy to: lotnisko. Nie mam siły się pakować, zadzwonię do hotelu, niech wyślą mi walizkę na adres z rezerwacji. Byłam taka mądra, a jednocześnie taka głupia. Dobry mix tego, czego zawsze się bałam.

Podzielenie życia na dwie połówki, nigdy nie było dobrym pomysłem, z jednej strony życie zawodowe, w której etos pracy był tak ważny, że z czasem przerodził się w obsesję. Nie wiem, ile mogłabym tutaj na ten temat pisać, bo tak na serio, zupełnie poważnie moje życie zawodowe było dobre, a nawet bardzo dobre i na tym można skończyć. Jednak o ile w życiu zawodowym nie komplikowałam sobie, o tyle moje życie osobiste to była gra w ruletkę, mam wrażenie, że każdy kolejny poznany partner to kolejny stracony czas i nie tylko czas, bo i dużo pieniędzy, na których brak nie narzekałam, ale mimo wszystko nie chciałam być sponsorem. Kurde, zawsze słyszałam od moich kolegów, że to kobiety takie są, nic bardziej mylnego – mężczyźni też tacy są i mam wrażenie szybciej dochodzą do celu niż te kobiety. Przynajmniej w moim przypadku tak było, głupota głupotą, ale ja chciałam być szczęśliwa, chciałam wierzyć, że mogę być z każdym z tych mężczyzn, którzy okazywali się dupkami.

Schemat powtarzał się taki sam za każdym razem, ja poznawałam kogoś na początku było całkiem dobrze, rozmowy, spacery, ja nigdy nie zaczynałam od opowiadania o sobie, tego też nauczyłam się dopiero z czasem. Potem wyjazdy, weekendy, urlopy, pytania o mnie i wracam na drogę ku przepaści. Tak, ja zawsze widziałam, kiedy zaczynałam z nim zmierzać do przepaści. A momentem zepchnięcia mnie w tę przepaść, to moment w którym padało pytanie: pożyczysz?, zapłacisz?, ale oddam.

Potem spadałam, prędkość była jednak różna, zależała od tego, jak dobrze przygotowany do tej roli był on. Bywały takie sytuacje, w których nawet przez długi okres czasu udawało mi się uwierzyć, że będzie dobrze, że w końcu to wygląda tak jak powinno. Jasna cholera, jak ja chciałam być kochana, jak ja bardzo chciałam zasypiać z poczuciem, że ramiona obok mnie uratują mnie przed całym światem, a nie wpędzą w poczucie winy. Popisowo przygotowałam sobie regułkę, którą musiałam wyklepać, zanim nie wsiadłam do auta i nie odjechałam. Upokarzające, strasznie upokarzające, kiedy facet nie widzi w tobie nic interesującego. Nic, oprócz twojej karty bankomatowej.

Lawirując w moich przemyśleniach dochodzimy do punktu, który na zawsze zmienił mnie i zbudował kolejny mur, który zburzyć będzie ciężko. Czuję się silniejsza i pusta jak twierdza, która już nigdy nie pozwoli się zdobyć. Poznaliśmy się przez zupełny przypadek i w zupełnie nienaturalnych dla mnie warunkach. Internet pomógł i myślałam, że mimo tego jak się poznaliśmy, w końcu znalazłam to, na co czekałam tyle lat. Było zwyczajnie dla niego, dla mnie było to tak surrealistyczne, że kochałam z każdym dniem mocniej. Ślepo podążałam za jego słowami, nie analizując większego kontekstu. Obudziłam się jednak i nie był to najlepszy dzień w życiu. Obudziłam się, jak było już trochę za późno na żale i trochę za późno na obwinianie.

Dostałam pierścionek, nie wiedziałam jak bardzo mogę się cieszyć bo bałam się cieszyć, bałam się, że czar pryśnie. I się nie pomyliłam… przygotowania rozpoczęły się pełną para. Tylko beze mnie, zaplanował wszystko w najmniejszym szczególe, beze mnie… nie obejrzałam się i księgowa przyniosłam mi stos faktur, przelewów na zadatki i innych bzdur, za które ja miałam zapłacić, bo były na mnie. Zapytałam ze zdziwieniem, co to ma być, ale ona wychodząc dodała, że termin płatności jest krótki. Wbiłam się w fotel i patrząc na stos papierów, nerwowo zaczęłam wybierać do niego numer z zapytaniem, co to do cholery jest. Usłyszałam, że wszystko kosztuje, a przecież mamy niedługo najważniejszy dzień w życiu, więc chyba liczyłam się z wydatkami, na koniec znamienne słowo… oddam. Poczułam się co najmniej zaskoczona tym, że ok, ja wiem, że kosztuje, ale jakie oddam i dlaczego ja za to płacę i skąd te daty.

Spirala się nakręcała, na dodatek prędkości w tej spirali nadawali moim bliscy, którzy w końcu uznali, że układam sobie życie w końcu. Świetnie, tylko ja mam wrażenie, że je rozwalam, zamiast poskładać do kupy. Nie czułam, że ani to moje, ani na pewno nie chciałam za to płacić. Czułam się zmuszona, jakby szykowano na mnie pułapkę. Na dodatek winę za nią ponoszę ja. Przecież ja jedyne, co chciałam, to być szczęśliwa. Musiałam chyba zabrnąć tak daleko, żeby zrozumieć, jakie jest moje życie i jakie chcę, żeby ono było. Chciałam je zmienić ale nie chciałam zmieniać go na zasadach innych. Ale historia się nie kończy. Zapłaciłam wszystkie faktury. Pomyślałam, że może będzie lepiej, ale nie było. Ja głupia w swojej naiwności myślałam, że to początek i się przyzwyczaję. No tak do płacenia można się przyzwyczaić, nawet dość szybko. Tylko do więzienia ciężej. Musiałam stawić czoła prawdzie, chciałam jak najszybciej uciec. Nie wiedziałam, jak się przekonać, że nie ma sytuacji w życiu, kiedy wszyscy są szczęśliwi. Miałam wybór, albo oni będą szczęśliwi, albo ja będę szczęśliwa, jest oczywiście opcja, że nikt nie będzie. Długo myślałam, czy ktoś nie mógł by mi pomóc, ale jedyną osobą, która mogła naprawić sytuację, byłam ja. Poleciałam na spotkanie z nim, usiadłam naprzeciwko niego i zimno, jak w biznesie, powiedziałam: to koniec. Patrzył na mnie długo, ja na niego, nie powiem, bo bardzo szybko chciałam wyjść. Ale uznałam, że to jest to, na co czekałam długo i doprowadzę sprawę do końca. Serce waliło mi jak oszalałe… powiedziałam, a potok słów nie należał ani do najłatwiejszych do wypowiedzenia, ani do wysłuchania. Wydawało mi się, że on jest zaskoczony, nawet zaczęłam widzieć w jego oczach pewien rodzaj smutku. Jednak jak powiedziałam wszystko, co leżało mi na sercu, wstałam, poprawiłam sukienkę i wychodząc rzuciłam: dziś Ty płacisz.

Wiele lat uczyłam się życia z każdym dniem od nowa, z każdym dniem na innych regułach, żeby tylko przetrwać, kochałam być niezależna, chciałam być kochana. Całe moje życie to prośba o akceptacje i zwykłą dłoń, która w czułym geście dotknie policzka, a nie wysunie dłoń po pieniądze. Bo bycie bankomatem nie jest rolą, którą wybiera człowiek i nie jest ważne, czy jest kobietą, czy mężczyzną. To, że osiągamy sukces, nie może stać się dla nas karą. Dla mnie sukces stał się piętnem, które noszę i pewnie będę nosić już zawsze. Do mnie należy wybór, czy godzę się na to piętno, czy będę z tym walczyć. Ja nie będę przepraszać za nieprzespane noce, ciężką pracę, upór i wiarę w to, co robię. Taki mój los….