Poród to dopiero początek

Poród to dopiero początek

Czuję się jak wypalony sztuczny ogień, którego dzieciaki zapaliły w Wigilię, tak by zapracowana tego dnia matka nic nie zauważyła. Czuję się, jakbym nie miała siły, jakbym walczyła sama ze sobą, nie wiem, czego chcę, nie wiem, jak mogę to zmienić, znikam. Jestem hermetycznie zamkniętą puszką, w której nie wiedząc czemu nic nie ma, a jednak nie można jej otworzyć od tak. Jest mi źle, chcę krzyczeć, płakać, chcę uciekać. Co się ze mną dzieję? Przecież w gruncie rzeczy powinno być dobrze.

Tak mogłabym opisać mój stan, gdyby w ogóle ktoś chciał mnie słuchać. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że nikt nie widzi, że ze mną jest źle, albo co gorsza widzi, ale liczy, że minie samo. Od zawsze chciałam mieć rodzinę, męża, dzieci. Moje pragnienie posiadania męża szybko się ziściło. Bardzo kochałam tego człowieka i chyba nadal kocham, ale nie do końca chyba rozumiem. Nigdy tak nie było. Marzenia o pierwszym dziecku odłożyliśmy, chcieliśmy spędzić trochę czasu razem. Ja chciałam spełnić się zawodowo, bardzo lubiłam swoją pracę i miałam wiele możliwości. Mój mąż kochał podróże, miał różne hobby, jakoś do dzieci nam się nie spieszyło. Minęło kilka lat i oboje świadomie podjęliśmy decyzje, że to odpowiedni czas na powiększenie rodziny. Cieszyłam się, on też, kiedy zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreski. Czytałam dużo prasy na temat samego okresu ciąży, tysiące lektur o wychowaniu dziecka. Jednak już początek ciąży zweryfikował, że to co jest napisane, nie do końca i na pewno nie zawsze podparte jest rzeczywistością.

Myślałam, że w trakcie ciąży będę pracować, jak długo będę mogła. Już to zostało obalone, dość szybko. Ja prawie zamieszkałam w łazience. Mdłości miałam tak duże, że nie mogłam nawet myśleć o jedzeniu, skończyło się na L4, potem nie było wcale lepiej. Częściej mnie nie było w pracy, jak byłam, w końcu szef zaproponował, żebym skupiła się teraz na sobie, bo w pracy nie ma ze mnie pożytku. Wkurzyłam się, ale niestety musiałam przyznać mu rację. I się zaczęło, siedzenie w domu potęgowało złość, wyżywałam się na mężu i tym samym na sobie, on i tak wykazywał się cierpliwością, sama miałam czasem siebie dość. Ostatni trymestr był gehenną. Nie chciało mi się nic, nawet nie miałam siły się wkurzać. Drażniło mnie wszystko, ale też w różnym stopniu miałam wszystko gdzieś. Mąż zajmował się pracą, domem, mną, a ja miałam miliony wyrzutów sumienia, że on to wszystko robi, że ja jestem tak nieporadna i w końcu, że nie jestem samodzielna, nie mogłam nawet butów zasznurować, nie mówiąc, że czułam się jak wielki czołg. Tak przytyłam, tak dużo, że nie mogłam na siebie patrzeć.

Liczyłam, że po porodzie będzie lepiej. Niestety, poród to dopiero początek tego, co działo się potem. Sam poród, zostawię dla siebie, nie wiem, czy umiałabym opowiadać o tym traumatycznym wydarzeniu. I chyba będziecie musieli mi to wybaczyć, ale nie będę ukrywać, nie było to tak cudowne wydarzenie, jak się opisuje. Po powrocie z synem do domu czułam się tak zmęczona, wyczerpana, że marzyłam o chwili świętego spokoju, moje dziecko nie dawało za wygraną. Płakało ciągle, albo ja miałam wrażenie, że płacze ciągle. Ja miewałam bóle głowy, bóle całego ciała. Denerwowało mnie wszystko, wszystko nie raz chciałam rzucić i uciec. Mój mąż na pierwszy miesiąc był ze mną. Ale ja nie czułam, żeby on tam był. Czułam się osamotniona, zostawiona sama sobie z dzieckiem, do którego na początku nie czułam nic, ale bałam się o tym mówić. Na dodatek moje ciało nie chciało wrócić tak szybko do stanu sprzed ciąży. Co też mnie zaskoczyło, miałam żal nawet do tych kobiet, które sylwetkę miały idealną, kiedy ja widziałam wielki worek ziemniaków. Po tym, jak mój mąż musiał wrócić do pracy, zaczęły na zmianę pomagać nam moja mama i teściowa. To dobre kobiety, ale ich obecność dopiero mnie irytowała. Zrób to tak, a to inaczej, to zrób lepiej, a tego nie rób, bo to zaszkodzi. Cholerne ekspertki… Jednak cierpliwie znosiłam ich obecność, bo dzięki nim, ja mogłam udawać, że mam wizytę u lekarza i wyjść z domu. Nie miałam wizyty, spałam w aucie na parkingu przed szpitalem. Godzinę, czasem dłużej, byłam wycieńczona psychicznie i fizycznie, a na dodatek nikt nawet nie pytał, jak się czuję, czy wszystko ze mną dobrze. Czasem jak miałam 10 min jak mały spał, a ekspertki coś robiły, ja patrzyłam się w ścianę, szukając tam czegoś… chyba mojego starego życia.

Mój mąż też jakoś nie szukał kontaktu ze mną, owszem pomagał mi, jak wracał z pracy to nawet bardzo pomagał. Chodził na spacer, zmieniał pieluchy, spędzał czas, jednak wieczorami kładł się spać sam, na rozłożonej kanapie w salonie, kiedy pytałam dlaczego, mówił, że musi się wyspać, a dziecko płacze. Kiedy chciałam się do niego przytulić, owszem przytulał 10 sekund i uciekał, o seksie, czy nawet nocnych przytulaniach w łóżku też nie było mowy. Chociaż na seks to nawet ja nie miałam ochoty. Nie miałam ochoty na nic, co wymagałoby ode mnie ściągnięcia ubrania. Czułam się jak słoń. I jeszcze te urocze komentarze:    troszkę po ciąży ci zostało. Chyba kilka cukierków za dużo. Nie wiecie, nie wyobrażacie sobie nawet, co działo się w mojej głowie, jak to słyszałam. Miałam dość. Mój mąż chyba też, oboje czuliśmy się jak w jakiejś pułapce. On pracując, pomagając mi, nie miał czasu na nic więcej, a ja dokładałam mu tylko pretensjami i awanturami. A tego nie chciałam. Nie potrafiłam nad sobą panować. Jak szybko puszczały mi nerwy, to nawet ja się czasem nie poznawałam. Pewnego dnia, nie zdążył zamknąć drzwi, a ja nie wiem dlaczego, najpierw rzuciłam się na niego z potokiem słów, jak mam dość takiego życia, on w końcu nie wytrzymał i zaczął krzyczeć na mnie, że ma już dość, że dziecko było wspólna decyzją, a ja zachowuję się, jakby mi ktoś na siłę to dziecko dał. I, że jeśli nie umiem poradzić sobie sama ze sobą, to może powinnam pójść na terapię. Najpierw rzuciłam, że nie jestem żadnym wariatem, ale po chwili doszło do mnie, że ma rację, że ja nie daję sobie rady, że czuję się jak zero, a powinnam się czuć inaczej. Dotarło do mnie, że jeśli nie zmienię czegoś, stracę męża, rodzinę i stracę w tym wszystkim siebie.

Decyzja o terapii nie była łatwa. Pewnie dlatego, że żyję w społeczeństwie, które ma takie, a nie inne, podejście do terapii. Nie wiem, jak szybko wrócę do normalności, ale wiem, że tego potrzebowałam. Nie napisali mi w książkach, że będzie tak ciężko, nie napisali, że to może wyglądać tak źle. A powinni. Co chciałabym usłyszeć, kiedy planowałam ciążę… że będzie różnie, że będzie ciężko, że będzie milion doradców, że będzie ważne dziecko. Jednak, żeby to dziecko było szczęśliwe, jego matka musi być szczęśliwa sama ze sobą. Chciałabym usłyszeć, że jeśli nie będę dawać rady, a mam do tego prawo, są ludzie, którzy mi pomogą, tylko muszę poprosić o pomoc i umieć się przyznać sama przed sobą, że potrzebuję tej pomocy. A tego mi jakoś zabrakło w tych dobrych radach.