"Nie żyłam. Najgorsze, do czego można się doprowadzić, to do śmierci za życia"

"Nie żyłam. Najgorsze, do czego można się doprowadzić, to do śmierci za życia"

Świat stworzony jest do zmian. Gdyby nie ten fakt, do dziś nie wiedzielibyśmy, czym jest samochód, nie używalibyśmy mediów społecznościowych, tak, ten fakt wielu by zmartwił. My nie bylibyśmy tu gdzie jesteśmy. W końcu nic nie dzieje się ot tak, samo bez naszej wiedzy. Musimy podejmować wyzwania i realizować cele. Każdy z nas zasługuje na to, aby dać sobie szansę. Wiem, to tylko milion górnolotnych słów, które biją nas po oczach, ale na oczach się kończy. Znam ten stan, w którym widzisz wszystko w ciemnych okularach. Niby żyjesz, ale jak zombie w szarej rzeczywistości dnia codziennego. Nie chcesz tak żyć, ale zmiana sama nie przychodzi. A Tobie nie jest po drodze, żeby rozpocząć wielki etap tej zmiany. Mnie też nie było i powiem Ci więcej, sama zmiana nie jest tak trudna, ale decyzja, że w to wchodzisz, wymaga od nas najwięcej. Strach, poczucie, że lepiej będzie mi jak jest, bo to znam albo co gorsza przekonanie, że na pewno nie wyjdzie, paraliżuje bardziej, niż to uczucie wkurzenia, że nasze życie poddało się jakiejś monotonni. Czujesz się jak w ciemniej dziurze.

Nie chce mi się, pomyślałam przekładając jedną teczkę na drugą. Żyje w jakimś cholernym monotonnym zaścianku. Nic mnie nie cieszy. Wstań, idź do pracy, wróć, zrób to, co robisz każdego dnia. Ile ja razy w ciągu ostatnich 10 lat na tym samym stanowisku, w tym samym miejscu, pomyślałam rusz się, idź dalej, zrób coś. Ale na myśleniu w gruncie rzeczy się kończyło. Od kiedy pojawiły się dzieci, już całkiem uznałam się za jakąś Matkę Polkę i w ogóle nie brałam pod uwagę zmiany pracy, a co dopiero miejsca zamieszkania. Mówiłam sobie, że muszę poczekać, moje dzieci dorosną. Tak tylko teraz z tej perspektywy, dziecko dla matki, pozostaje zawsze małe i uporczywie wmawiamy sobie, że będzie nas potrzebowało cały czas. Tak tkwiłam w biegu, porannej, zimnej kawie, raportach. Najgorsze było to, że jak myślałam o tym jak byłoby mi dobrze w innym miejscu, w innej pracy, miałam wrażenie, wręcz odmiennej rzeczywistości – karciłam się za takie myślenie. Obarczałam siebie przekonaniem, że jestem wyrodną matką. Jak mam być szczera, nie przechodziłam momentu wypalenia, ja czułam się jak popiół. Taki, który każdego dnia ktoś zbiera w jeden kubełek, doleje wody i myśli, że wszystko jest dobrze. Nie jest dobrze, wtedy myślałam, że nigdy nie będzie. Straciłam siebie w tym wszystkim. Nie chce mi cię, wróciłam do domu i patrzyłam na stos prania, gary w zlewie, mieszkanie do ogarnięcia. Jakbym brała udział w jakimś programie z cyklu: wirtuoz życia i Ty musisz być najlepsza. Po zrobieniu wszystkiego, z miną skazanego za nie swoje przewinienie, siadałam przy stole i patrzyłam w ścianę. Wiecie, co było najgorsze w tej sytuacji, te słowa: co tak siedzisz? Myślałam, pewnie siedzę tak od rana i liczę muchy w rogu. Jaka ja byłam wtedy wściekła, jak bardzo chciałam wyć. Miałam poczucie, że nikt mnie nie rozumie. Prawda była inna. To ja siebie nie rozumiałam. Widziałam innych w różowych okularach, tylko ja miałam problemy, inni byli szczęśliwi. Nie chce mi się, myślałam tak wtedy, kiedy miałam coś zrobić dla siebie. Brałam książkę, próbowałam oglądać serial. Próbowałam to bardzo ważne słowo, bo – tak teraz myślę – nie były to próby, udawałam, byłam zmęczona, czułam się zniszczona, czułam, że żyję w klatce, życiem za karę. Najgorsze z tej perspektywy, którą mam teraz jest to, że sama zgotowałam sobie taki los. Poczucie winy i uzależnienie siebie i swojego życia od innych napędzało mnie żalem. Słowa: nie chce mi się, stały się mantrą, powtarzaną za każdym razem jak zaczynałam każdą najmniejszą aktywność w życiu. Lata leciały, moje dzieci były coraz starsze, a ja coraz bardziej zacierałam się jako człowiek. Nie miałam pasji, nie miałam nic, co mogłoby mnie cieszyć. Absolutnie nie miałam nic. Na pytanie: na co masz ochotę mówiłam: nie wiem, wymyśl coś. Nie żyłam, najgorsze do czego można się doprowadzić to do śmierci za życia. Moje problemy zwiększyły się, jak meta mojego starego życia zbliżała się nieuchronnie. Dzieci dorastały, a ja miałam w końcu rozpocząć swoją wielką drogę. Tylko nie przewidziałam w tym planowaniu jednego, że czas, który upłynie zmieni nie tylko to, że moje dzieci dorosną, ale zmieni przede wszystkim mnie. Moja narastająca pustka i poczucie odrzucenia, wahania nastrojów, stan, w którym moja mantra brzmiała i w mojej głowie i w moim sercu, wszystko to już nie było częścią mnie, bo to byłam ja. I ja, cała ja nie umiałam się zmienić, chociaż na tą zmianę czekałam tyle lat. Wyprowadzka pierwszego dziecka, potem pozostałej dwójki. Pierwszego dnia, po tym jak zostaliśmy w domu sami z mężem, wróciłam do niego z taką samą ilością zakupów, z tym samym podejściem. Nie było garów w zlewie, nie było stosu prania, nie było nic, a ja, co powiedziałam sobie to samo: nie chce mi się. Rozpłakałam się, tak długo czekałam na moment tej cholernej zmiany, że moment nadszedł, a ja głupia stałam zmęczona, zapuszczona i wściekła. Mogłam w końcu rzucić pracę, przeprowadzić się gdzie chce i czuć to, co czułam w mojej wyobraźni lata temu. Nie czuć się winna, nie udawać, być sobą. Spojrzałam w lustro i to, co tam zobaczyłam, nie było ani tym, czym chciałam żeby było, ani tym, na co byłam gotowa. Lata nie patrzyłam w lustro, nie znałam tego odbicia samej siebie. Co się ze mną stało? – powiedziałam na głos, ufając mocno, że nikt mnie usłyszy. Jak to co? Zestarzeliśmy się – mój mąż roześmiany stanął w drzwiach. Ciebie to bawi? – zirytowałam się. A ma nie bawić, nie będę się przejmował tym, na co nie mam wpływu. – spojrzał na mnie i kontynuował – chyba nie spodziewałaś się, że czas zatrzyma się w jednym miejscu, ty będziesz mogła zrobić wszystko, co sobie zaplanowałaś, a jak już będziesz wolna, wystartujesz z tego samego miejsca. Nie bądź głupia. – uśmiechnął się i wyszedł. Ja byłam głupia, przez te wszystkie lata byłam głupia, tzn. jak mam być z Wami szczera, to naprzemiennie głupia i zmęczona. Co teraz z moim domem, co teraz z moim życiem. Jak nadrobić ten stracony czas? Czy w ogóle mogę go nadrobić? I znowu zmieniłam płytę, jak w gramofonie, jedno w tym wszystkim było wspólne: nie chce mi się. Wspólny mianownik tego wszystkiego nie będzie się zamykał w tej jednej krótkiej myśli. Wspólny mianownik będzie taki, że nie jest istotne, co robisz, gdzie jesteś, na co czekasz lub nie czekasz, jeśli nic nie zrobisz dla siebie, przeżyjesz to życie w stanie wiecznego oczekiwania. A przecież nie o to chodzi. Ja dziś mając już wiele lat oczekiwania za sobą zmieniłam swoje życie, ale nie mogłam się tym zbyt długo cieszyć. Choroba męża, potem moja i znowu czekam, tylko niestety to, co przede mną jest nieuniknione, nic z tym nie zrobię i mogę mieć nadzieję, że jak już nadejdzie, nie będę zaskoczona.

Z każdej dziury można wyjść, nie ma takiej sytuacji, w której nie ma rozwiązania. Owszem są rozwiązania, które nie wszystkim będą się podobać. Jednak pokładanie swojego życia w ręce innych, uzależnianie szczęścia od czegoś i tak każdego dnia za dniem, doprowadzi do tego, że minie mnóstwo czasu, a my przyzwyczaimy się, że nie potrzebujemy być zwyczajnie szczęśliwi. Nie jest tak, że mamy być egoistami idącymi ślepo po trupach. Mamy spojrzeć na swoje życie, tak jakby nasza meta miała być jutro i nie marnujmy czasu na marzenia, zmieniajmy je w cele i zwyczajnie je realizujmy.

Paulina Oleśkiewicz