Kobieta, która stworzyła siebie
Urodzona w Kijowie, 23 listopada 1904 roku, wychowana w dostatku i otwartości na świat, kulturę i sztukę, Teresa od młodości buntowała się przeciwko konwenansom. Podczas gdy matka – piękna Szwajcarka o jakże poetyckim imieniu Dorothea, dawna frejlina dworu carskiego – kupowała suknie w Wiedniu i jeździła do Monte Carlo, córka malowała paznokcie na zielono, nosiła futro z małpy i opierała się każdej próbie wciśnięcia jej w ramy szeroko pojętej „przyzwoitości”.
Teresa nie była klasyczną pięknością. Zdawała sobie z tego sprawę, odkąd usłyszała w operze: „Takie nieładne dziecko, a tak ładnie ubrane”. Ale konwencjonalne piękno nie było jej do niczego potrzebne. Z czasem stworzyła własne – egzotyczne, pociągające w swej surowości, niepowtarzalne. Każdy jej strój był manifestem, każdy element garderoby – przemyślanym aktem twórczym.
Inny świat
Piękny świat państwa Roszkowskich runął wraz z początkiem rewolucji. Gdy NKWD przyszło aresztować ojca, ten uciekł – zabierając syna, a Teresę z matką i gosposią zostawiając w Kijowie. Nagle panienka z dobrego domu musiała kraść drewno ze skonfiskowanej fabryki ojca, by mieć czym palić w piecu. Sprzedawała wszystko, co dało się spieniężyć.
Dopiero w 1922 roku, po dwóch latach rozłąki, rodzina znów się zjednoczyła. Przyjechali do Warszawy – najpierw wynajmując pokoje, aż w końcu w 1927 roku osiedli na Saskiej Kępie przy ulicy Obrońców 15. To tam Teresa miała mieszkać przez kolejne sześćdziesiąt pięć lat.
W Warszawie rzuciła się w wir nauki – Konserwatorium Muzyczne, Szkoła Malarstwa Rychtarskiego, wreszcie Akademia Sztuk Pięknych. Trafiła do pracowni Tadeusza Pruszkowskiego, który stał się jej mistrzem i odkrył talent młodej artystki. Letnie plenery w Kazimierzu Dolnym nazywała później najszczęśliwszym czasem życia.
Artystka bezkompromisowa
Rozkwitła. Stała się jedną z najbardziej cenionych scenografek, projektowała też kostiumy. Twórcy teatralni marzyli, by z nią współpracować. Mimo że w sztuce Roszkowska była bezwzględna. Gdy reżyser próbował zmienić jej wizję scenograficzną, wypędzała go ze sceny. Gdy aktorki narzekały na kostiumy, nazywała to „histeriami i fanaberiami”. Elżbieta Barszczewska – gwiazda przedwojennego kina i powojennego teatru – padała ofiarą tej artystycznej bezwzględności szczególnie często. Roszkowska nie zniosła jej prób ingerowania w projekty i w końcu zmusiła aktorkę, by ta sama zaprojektowała swój kostium. Gdy Barszczewska nie potrafiła, dostała gotowy strój tuż przed premierą.
„Jak by to wyglądało, żeby aktor zaczął dyktować, jaki kostium będzie” – mawiała bez cienia wątpliwości w znaczenie swojej pracy. I nikt się z nią nie spierał. Bo wizje Teresy uznawano za genialne – barwne, spektakularne, poetyckie.
W malarstwie również szła własną drogą. Jej obrazy pełne fantastycznych architektur, jaskrawych kolorów i baśniowych narracji nie pasowały do żadnego nurtu. Krytycy nazywali ją „kolorystką wśród Pruszkowiaków” albo „ilustratorką wśród kolorystów”. Ona tymczasem malowała dalej – po swojemu, słuchając wyłącznie własnej intuicji.
Sztuka była jej życiem i głosem. Gdy nad Wisłą toczyło się powstanie, ona zrywała kwiaty i malowała martwe natury. „Wciąż człowiek patrzył, co się pali… I te białe kwiaty, to dziwne” – wspominała.
Gdy pod koniec lat 70. uznała, że teatr nie spełniał już jej standardów, odeszła. „Z dobrym reżyserem robiłabym dekoracje nawet w klozecie, ale brakuje dobrego towarzystwa” – stwierdziła. Nie dała się namówić na powrót. Nie zrobiła wyjątku nawet dla Kazimierza Dejmka.
Skupiła się na obrazach. Pracownia na drugim piętrze. Telefon celowo w kuchni na parterze – żeby nikt nie przeszkadzał w tworzeniu. Malowała codziennie, jak zawsze. Według własnych zasad.
A gdy przyszedł czas na uporządkowanie pamiątek i wspomnień, swoje szkice scenograficzne przekazała między innymi Muzeum Teatralnemu w Warszawie, sztukę zapisała Muzeum Narodowemu. Ale ona sama była, jak mówił Aleksander Bardini, „dziełem sztuki”.
Perła w koronie
Po śmierci rodziców w willi przy Obrońców 15 mieszkała sama. Była samotniczką. Nigdy się nie związała. „Życie przeżyłam, chłopa nie miałam, może byłam wariatka” – mówiła pod koniec życia. Miłości – takie na całe życie – miała dwie: sztukę i zwierzęta. A może i Saską Kępę kochała równie mocno?
Mieszkała niedaleko Agnieszki Osieckiej. Poetka zapamiętała ją tak: ,,Figurynka. Filigranowa, smagła, aż prawie brązowa i dalekowschodnia, z owymi złocistymi kołami w uszach, z kokiem z ozdobną szpilą albo w aksamitnym berecie, z pekińczykiem na smyczce – Teresa Roszkowska od niepamiętnych lat była perłą w koronie swej ślicznej dzielnicy. Mieszkała na Obrońców, w takim ni to domku, ni to willi wspartej na kamiennych schodkach i ozdobionej kamiennymi fintifluszkami”.
Barwna, nieco ekscentryczna (zwłaszcza na tle poszarzałej rzeczywistości PRL), na Saskiej Kępie już za życia stała się legendą. Wszyscy ją znali. Miała w sobie jakąś tajemnicę, fascynującą inność i odwagę w jej wyrażaniu.
Codziennie kupowała kilogramy ryb i litry mleka, by nakarmić bezdomne koty błąkające się po uliczkach Saskiej Kępy. W jej domu zawsze było otwarte okno piwnicy – dla dzikich kotów szukających schronienia. Dokarmiała ptaki, a te z wdzięczności śpiewały pod jej oknami. „Życzliwa ludziom i zwierzętom” – widnieje dziś na tabliczce upamiętniającej jej obecność przy Obrońców.
Pamięć o Kolorowym Ptaku
Gdy jesienią 1992 roku znajoma, Elżbieta Baniewicz, zwróciła Teresie uwagę, że skoro mieszka sama w wielkim domu, powinna bardziej zadbać o swoje bezpieczeństwo, artystka odpowiedziała: „Przecie ja nic złego nikomu nie zrobiła”.
W nocy z 24 na 25 października 1992 roku włamywacze zamordowali Teresę Roszkowską w jej domu. Miała 88 lat. Śledczy ustalili później, że niemal do końca walczyła z napastnikami.
Dziś, niestety, nieczęsto wspomina się o Teresie Roszkowskiej jako malarce, scenografce czy barwnej osobowości. Piękno jej życia staje się wątkiem pobocznym w historii o tajemniczym zabójstwie, którego artystka padła ofiarą.
Zostawiła po sobie obrazy pełne słońca, koloru i światła. Spektakle, które na zawsze zapisały się w historii polskiego teatru. I wspomnienie kobiety w złotych kolczykach, która spacerowała ulicami Saskiej Kępy, zachwycając się światem i pozwalając, by świat zachwycał się nią.



